Tekst powstał na podstawie rozmowy prowadzonej podczas Wielkowiejskiego Targu 20 czerwca br., w Szycach w Gminie Wielka Wieś. Wypowiedzi zostały redakcyjnie uporządkowane, z zachowaniem sensu rozmowy.
Wielkowiejski Targ zaczął się od jedzenia, rękodzieła i lokalnego spotkania. Z czasem okazało się jednak, że targowisko może być czymś więcej niż miejscem sprzedaży. Może stać się małą agorą, na której rozmowy o zdrowiu, ruchu, przyrodzie, szlakach i relacjach społecznych zaczynają układać się w konkretną diagnozę lokalnego życia.
Podczas ostatniego targu w Szycach rozmawialiśmy o aktywności fizycznej, nordic walking, historii lokalnych tras i krajobrazie Gminy Wielka Wieś. W pewnym momencie ta rozmowa przesunęła się jednak w stronę pytania znacznie poważniejszego: czy krajobraz, którym tak chętnie się chwalimy, rzeczywiście jest dostępny dla wszystkich?
Nie chodzi o hasło w folderze promocyjnym. Nie chodzi o ogólne zdanie, że „zapraszamy każdego”. Chodzi o sytuację bardzo konkretną: osoba z niepełnosprawnością chce wyjść z domu, pójść na szlak, zobaczyć dolinkę, poczuć zapach lasu, posłuchać opowieści o miejscu, w którym żyje. Czy lokalna wspólnota potrafi jej to umożliwić?
Gośćmi panelu byli przedstawiciele Fundacji Wojownicy Plus: Łukasz Kosiara, reprezentant Polski w parałucznictwie, brązowy medalista Mistrzostw Europy 2026 i założyciel fundacji, Agnieszka Kubik-Kosiara – prezeska fundacji, Mateusz Gigoń, instruktor i sędzia bocci, pedagog oraz działacz społeczny, dr Jarosław Amarowicz, fizjoterapeuta i pracownik naukowo-dydaktyczny Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Medicum, Jarosław Wojdała, przedsiębiorca i przyjaciel fundacji, oraz Agata Kurzepa, studentka dziennikarstwa, fotografka i wolontariuszka. Rozmowę prowadził Janusz Bończak.
Na początku była rozmowa o sporcie. Szybko stało się jednak jasne, że sport w działaniach Wojowników Plus nie jest celem samym w sobie. Jest narzędziem powrotu do świata. Dla jednych oznacza trening i rywalizację. Dla innych pierwszy wyjazd z domu po chorobie, pierwsze spotkanie z grupą, pierwsze doświadczenie, że ciało, nawet ograniczone, nadal może być źródłem sprawczości.
JB: Skąd wzięła się Fundacja Wojownicy Plus? Pytam nie tylko o formalny początek, ale o potrzebę. Co sprawiło, że uznał Pan, że taka fundacja jest konieczna?
Łukasz Kosiara: Pomysł wziął się z życia. Jestem osobą z niepełnosprawnością. Po tym, jak sam stałem się osobą z niepełnosprawnością, przeszedłem swoją drogę: rehabilitację, małe kroki, pytania o to, co dalej i jak teraz będzie wyglądało moje życie. Zobaczyłem wtedy, że jest potrzeba organizacji, które nie tylko pomagają formalnie, ale naprawdę są przy człowieku. Chciałem doświadczenie, które zdobyłem w czasie rehabilitacji i powrotu do sprawności, przekazać innym.
W tej odpowiedzi jest ważna różnica. Fundacja nie wyrasta wyłącznie z idei pomagania. Wyrasta z doświadczenia przejścia przez zmianę, która rozbija dotychczasowy porządek życia. Człowiek po wypadku, chorobie albo utracie sprawności nie potrzebuje jedynie współczucia. Potrzebuje informacji, spokoju, kontaktu z kimś, kto zna podobny proces i potrafi powiedzieć nie tyle „będzie dobrze”, ile: teraz trzeba zrobić pierwszy krok, potem następny, a potem zobaczymy, co dalej.
Łukasz mówił o Fundacji Wojownicy Plus jako o pomocy dla osób z niepełnosprawnościami i osób przewlekle chorych, które próbują odbudować życie po trudnym doświadczeniu. Pojawił się obraz powstawania z popiołu. W tym kontekście nie był ozdobną metaforą. Był opisem procesu, w którym człowiek musi na nowo rozpoznać swoje ciało, możliwości, relacje, lęki i codzienne granice.
Fundacja ma być w tym procesie pomostem. Nie zastępuje rehabilitacji, medycyny ani instytucji publicznych. Może jednak zrobić coś, czego system często nie potrafi zrobić wystarczająco szybko: wejść w pierwszy kontakt, porozmawiać, nazwać najprostsze potrzeby, pokazać, gdzie można szukać dalszego wsparcia i jak nie zostać samemu.
JB: W tej wizji mocno uderza mnie lęk przed zamknięciem. Przed sytuacją, w której człowiek po wypadku albo chorobie zostaje sam, w czterech ścianach.
Łukasz Kosiara: Dla mnie to było bardzo ważne. Strasznie martwiła mnie wizja zamknięcia w domu i wyłączenia społecznego. Dlatego trzeba szukać rozwiązań, trzeba wychodzić do ludzi, trzeba próbować wracać do aktywności.
To zdanie dobrze porządkuje cały panel. Niepełnosprawność nie jest wyłącznie problemem medycznym. Jest również problemem społecznym, przestrzennym i komunikacyjnym. Człowiek może mieć zapewnioną rehabilitację, ale jeśli nie ma jak wyjść z domu, dojechać na zajęcia, wejść w grupę, przełamać wstyd albo lęk, nadal pozostaje poza wspólnotą.
Sport w tym ujęciu nie jest dodatkiem do życia. Jest jedną z metod odzyskiwania uczestnictwa. Nie chodzi tylko o wynik, medal czy regularny trening. Chodzi o sytuację, w której człowiek znowu może coś zrobić, podjąć decyzję, spotkać ludzi, poczuć zmęczenie, radość, porażkę, ambicję i własną obecność.
Jednym z narzędzi, które Fundacja Wojownicy Plus wykorzystuje w pracy, jest boccia. Mateusz Gigoń tłumaczył, że to dyscyplina paralimpijska, ale jednocześnie bardzo dobre narzędzie integracji. Liczą się w niej precyzja, koncentracja i strategia. Jej siła polega jednak także na tym, że może być dostępna dla osób o bardzo różnym poziomie sprawności.
Mateusz Gigoń: Boccia może być uprawiana profesjonalnie, ale my wykorzystujemy ją także jako formę integracji i aktywizacji. To sport, w którym mogą spotkać się osoby w różnym wieku i o bardzo różnych możliwościach. Mamy dzieci, osoby starsze, osoby z niepełnosprawnościami ruchowymi i intelektualnymi. Każdy może znaleźć w tym coś dla siebie.
To ważny element rozmowy, bo pokazuje inną logikę projektowania aktywności. Zwykle najpierw tworzymy wydarzenie, a potem zastanawiamy się, kto może w nim uczestniczyć. Boccia odwraca ten porządek. Punktem wyjścia jest pytanie, jak stworzyć aktywność, w której udział mogą wziąć osoby o różnych możliwościach ruchowych, intelektualnych i społecznych.
W takim podejściu dostępność nie jest dodatkiem. Jest zasadą projektowania.
Fundacja przypomniała także, że niepełnosprawność ma wiele warstw. W rozmowach publicznych najłatwiej zauważamy to, co widoczne: wózek, kule, ograniczony ruch. Tymczasem za tym, co widzimy, często kryją się problemy z termoregulacją, napięciem mięśni, wydolnością, codziennym funkcjonowaniem, psychiką i poczuciem bezpieczeństwa. Wózek bywa tylko najbardziej widocznym fragmentem doświadczenia.
To ważne, jeśli poważnie myślimy o dostępnych szlakach. Dostępność nie może oznaczać jedynie pytania, czy gdzieś da się wjechać wózkiem. Trzeba pytać także o długość trasy, nachylenie, nawierzchnię, cień, możliwość odpoczynku, kontakt telefoniczny, transport, toaletę, obecność asysty, punkty ewakuacji i stopień przewidywalności terenu. Dla jednych barierą będzie kamienista ścieżka. Dla innych brak ławki. Dla jeszcze innych lęk, że jeśli zabraknie sił, nikt nie będzie wiedział, co zrobić.
JB: Czy dlatego tak ważne jest, kto pierwszy przychodzi do osoby po wypadku? Czy inaczej brzmi rozmowa z kimś, kto sam przeszedł podobną drogę?
Łukasz Kosiara: Tak. Jestem bardzo blisko osób po urazach rdzenia kręgowego, bo wiem, jak to wygląda z mojej perspektywy. Kiedy spotykam taką osobę, trzeba porozmawiać, pomóc, nakierować na rzeczy, które trzeba zrobić w pierwszej kolejności. Czasem to są proste rzeczy, o których nikt nie mówi, a które otwierają drogę do dalszego wsparcia. Trzeba przede wszystkim pokazać spokój.
Pierwszy kontakt jest jednym z najważniejszych momentów całego procesu. Po wypadku, chorobie, diagnozie albo utracie sprawności człowiek często nie wie, jakie ma możliwości. Nie wie, gdzie zadzwonić, jakie dokumenty przygotować, jakie organizacje mogą pomóc, z kim porozmawiać, czego oczekiwać od rehabilitacji i jak w ogóle zacząć układać codzienność od nowa.
Informacja ma znaczenie, ale równie ważny jest jej nośnik. Inaczej brzmi instrukcja przekazana przez instytucję, a inaczej zdanie wypowiedziane przez człowieka, który sam przeszedł podobną drogę. To nie znaczy, że doświadczenie zastępuje specjalistyczną wiedzę. Znaczy, że może otworzyć zaufanie.
Dr Jarosław Amarowicz mówił o systemie wsparcia. Zwracał uwagę, że nie zawsze musi być nim rodzina. Czasem jest to przyjaciel, koleżanka, fundacja, asystent, trener albo osoba, która ma podobne doświadczenie. To bardzo istotne, bo w polskiej kulturze łatwo zakładamy, że rodzina „jakoś sobie poradzi”. Tymczasem rodzina również bywa zmęczona, bezradna, przerażona albo niewyposażona w wiedzę. Wsparcie powinno więc być siecią, a nie jednym punktem.
W rozmowie pojawiła się historia opowiedziana przez Mateusza Gigonia. Pracując jako asystent osoby z niepełnosprawnością, spotkał człowieka, który przez kilka miesięcy nie chciał wyjść z domu z wcześniejszymi asystentami. Nie zadziałały formalne procedury ani namowy. Zadziałała zwykła prośba.
Mateusz Gigoń: Powiedziałem mu mniej więcej: nie znam tego osiedla, chodź ze mną, bo chciałbym kupić przysłowiową bułkę. Rozmowa trwała kilkanaście minut. I ten człowiek wyszedł. Czasem małe kroki są skuteczne. Nie mówię, że to uniwersalne rozwiązanie, ale czasem trzeba szukać tego, co jest najbliżej.
Ta historia jest merytorycznie ważna, bo pokazuje mechanizm przełamywania izolacji. Nie zawsze zaczyna się on od wielkich programów, kampanii społecznych czy motywacyjnych haseł. Czasem skuteczniejsza okazuje się zwykła sytuacja, w której człowiek nie jest traktowany jak przypadek terapeutyczny, ale jak ktoś potrzebny drugiej osobie. Wyjście po bułkę może być pierwszym ćwiczeniem sprawczości.
I właśnie tu rozmowa z Wojownikami Plus połączyła się z wcześniejszym tematem dnia: szlakami.
Tego samego dnia rozmawialiśmy z dr. Krzysztofem Śmigielskim o historii lokalnych tras, dawnych granicach, miejscach pamięci i krajobrazie Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Rozmawialiśmy z Sylwią Pasińską-Skowron o nordic walking, technice chodzenia z kijkami i aktywnym odkrywaniu Gminy Wielka Wieś. Te rozmowy mogły pozostać osobnymi tematami. Historia osobno, rekreacja osobno, sport osób z niepełnosprawnościami osobno. Jednak w praktyce zaczęły składać się w jeden projekt.
Czy lokalne szlaki mogą być dostępne także dla osób z niepełnosprawnościami?
Nie symbolicznie. Realnie. Z trasą sprawdzoną pod kątem trudności, z opisem barier, z miejscami odpoczynku, z możliwością asysty, z przewodnikiem, z elementem historycznym, przyrodniczym i rekreacyjnym. Z takim przygotowaniem, by osoba z niepełnosprawnością mogła powiedzieć: chciałabym pójść tym szlakiem. Czy możemy zrobić to razem?
JB: Wyobrażam sobie taką sytuację: ktoś dzwoni i mówi, że jest osobą z niepełnosprawnością, ale chciałby pójść jednym z naszych szlaków. Czy można sobie wyobrazić, że umawiamy się o dziewiątej, że ktoś pomoże, że ktoś przejdzie tę trasę razem z nim? Może trzeba o czymś takim pomyśleć.
Łukasz Kosiara: To jest piękna wizja. Powinniśmy wrócić do tej rozmowy. Jestem otwarty, bo jestem mieszkańcem tej gminy i też mam ochotę. Dlaczego ma mnie to ograniczać? Myślę, że razem będziemy w stanie coś wymyślić, co pomoże nie tylko mi, ale całemu społeczeństwu.
„Dlaczego ma mnie to ograniczać?” To zdanie powinno stać się punktem wyjścia do dalszej pracy. Nie jest pretensją. Jest pytaniem o organizację wspólnoty. Jeśli krajobraz, dolinki, ścieżki, historia i przyroda są lokalnym dobrem wspólnym, to trzeba zapytać, kto realnie może z tego dobra korzystać.
Pomysł dostępnego szlaku nie oznacza, że każda trasa ma być dostępna dla każdego. To byłoby nierealne i nieuczciwe wobec samego terenu. Oznacza natomiast, że można wybrać odcinek pilotażowy i opracować go odpowiedzialnie. Najpierw przejść trasę z osobami, które znają teren. Potem sprawdzić ją z perspektywy osób z różnymi potrzebami. Opisać nawierzchnię, nachylenia, długość, miejsca odpoczynku, punkty trudne, możliwe skróty, zasięg telefonu, dojazd, parking, toaletę, możliwość obecności asystenta lub przewodnika.
Taki szlak nie musi udawać, że usuwa wszystkie bariery. Powinien uczciwie je nazwać. Dla osoby z niepełnosprawnością przewidywalność bywa równie ważna jak sama dostępność. Lepiej wiedzieć, że na trasie jest trudny odcinek, niż usłyszeć ogólne zapewnienie, że „jakoś się da”.
W tym miejscu spotykają się kompetencje, które już pojawiły się na targu. Dr Krzysztof Śmigielski wnosi wiedzę krajoznawczą, historyczną i umiejętność czytania krajobrazu. Sylwia Pasińska-Skowron wnosi doświadczenie ruchu w terenie, techniki marszu, prowadzenia grup i oceny tras pod kątem aktywności fizycznej. Fundacja Wojownicy Plus wnosi praktykę pracy z osobami z niepełnosprawnościami, doświadczenie pierwszego kontaktu, sportu adaptowanego i przełamywania izolacji. Lokalna wspólnota wnosi znajomość miejsca i możliwość organizacyjnego wsparcia.
Z tego może powstać nie tylko spacer. Może powstać lokalny model dostępnego szlaku.
W rozmowie pojawił się przykład Szerpów Nadziei, organizacji pomagającej osobom z niepełnosprawnościami zdobywać górskie szczyty i testującej specjalistyczny sprzęt terenowy. To ważne odniesienie, bo pokazuje, że udostępnianie wymagającego krajobrazu nie jest fantazją. Wymaga przygotowania, sprzętu, ludzi, procedur i odpowiedzialności, ale jest możliwe.
Dla Gminy Wielka Wieś taki projekt mógłby mieć szczególne znaczenie. Mamy bliskość Ojcowskiego Parku Narodowego, dolinki, lokalne szlaki, krajobraz, historię, ludzi znających teren i społeczność, która potrafi się organizować wokół konkretnych działań. Dostępny szlak mógłby stać się praktycznym rozwinięciem idei Mądrych Wiosek i Przedmieść w Mieście. Nie kolejnym hasłem, ale rozwiązaniem pokazującym, że nowoczesność lokalna polega także na tym, czy potrafimy włączać osoby, które zwykle zostają poza głównym nurtem wydarzeń.
Wojownicy Plus przypomnieli jeszcze jedną rzecz: pomoc osobom z niepełnosprawnościami nie polega na litości. Polega na przywracaniu sprawczości. Na tym, by człowiek mógł zrobić coś sam albo z odpowiednim wsparciem. Wyjść z domu. Spróbować sportu. Zagrać w boccię. Pojechać na trening. Pójść na szlak. Poczuć krajobraz. Wrócić do ludzi.
JB: Mam poczucie, że rozmawiamy nie tylko o niepełnosprawności, ale o tym, jak wspólnota widzi swoich mieszkańców. Czy widzi ich dopiero wtedy, gdy trzeba rozwiązać problem, czy wcześniej, gdy można stworzyć możliwość?
To pytanie zostaje. Dostępność nie zaczyna się od podjazdu, regulaminu ani projektu, choć wszystkie są potrzebne. Zaczyna się wcześniej. Od decyzji, że drugi człowiek nie jest problemem do obsłużenia, ale mieszkańcem, uczestnikiem, sąsiadem, sportowcem, turystą, rozmówcą, kimś, kto ma prawo do krajobrazu tak samo jak inni.
Wielkowiejski Targ po raz kolejny okazał się miejscem, w którym z rozmowy może narodzić się konkretna propozycja. Tym razem jest to pomysł szlaku dla osób z niepełnosprawnościami. Szlaku, który nie będzie tylko trasą w terenie, ale narzędziem społecznego włączenia. Szlaku z historią, przyrodą i ruchem, ale także z uczciwym opisem barier, z asystą, z odpowiedzialnością i z pytaniem, które warto potraktować poważnie: dlaczego ma mnie to ograniczać?
Warto dopowiedzieć, że w tej samej rozmowie uczestniczyła także prof. Joanna Hańderek, filozofka, przewodnicząca Porozumienia Mądre Wioski, Przedmieścia w Mieście, która zwróciła uwagę na jeszcze jeden wymiar szlaków. Szlak nie jest tylko wyznaczoną trasą. Jest także opowieścią o miejscu i o nas samych. Pokazuje, co uznajemy za ważne, co chcemy ocalić, jakie fragmenty krajobrazu i pamięci wydobywamy z zapomnienia. W tym sensie dostępny szlak dla osób z niepełnosprawnościami nie byłby jedynie udogodnieniem technicznym. Byłby także zmianą sposobu myślenia o wspólnocie. Bo jeśli mapa jest opowieścią o tym, kogo zapraszamy do świata, to warto zadbać, by w tej opowieści nikt nie został pominięty.
Dziękuję za rozmowę
Tekst: Janusz Bończak. Fot. archiwum























































