Miasto po zamknięciu oczu
Tajemnicze miejsca w Krakowie? Tak, sporo się o nich mówi. To przecież miasto, którego historyczne centrum znalazło się wśród pierwszych dwunastu obiektów wpisanych na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Nie jest więc oficjalnie jednym z cudów świata, ale czy Kraków potrzebuje takiego potwierdzenia? No nie!
Na wawelskim wzgórzu ma leżeć tajemniczy, magiczny kamień. Ponoć jest jedną z czakr świata, bramą kosmicznej energii. Jeżeli ktoś w to wierzy, nie odbieram mu mocy czerpania darów z kosmicznych miejsc wszechświata… Są też inne cuda. Ponoć pod pomnikiem Kopernika, tuż przy Uniwersytecie Jagiellońskim, znajduje się kosmiczna skała… Ponoć. Kraków lubi to słowo, bo pozwala opowiadać dalej…
Pomyślmy, gdzie jeszcze ukrył się jakiś tajemniczy kamień. No tak, słyszałem o pewnym zakładzie pomiędzy pracownikami remontującymi piwnice ratusza na krakowskim Rynku a profesorem Zinem. Przynajmniej tak słyszałem. Gdzieś, od kogoś. Już nawet nie pamiętam od kogo. Brygada założyła się z profesorem, że usunie z piwnicy zalegający tam kamień. Był zbyt duży, żeby wynieść go przez drzwi, i zbyt twardy, żeby go pokruszyć. Jak niesie wieść, stawką była przysłowiowa skrzynka wódki. Być może nawet całkiem nieprzysłowiowa. Tego już pewnie nigdy się nie dowiemy. Panowie powiedzieli, że następnego dnia rano kamienia nie będzie. Nie będzie zalegał w piwnicy i koniec.
Słuchajcie. Profesor przyszedł rano do ratusza, zszedł do piwnic i, nie wierząc własnym oczom, stwierdził, że kamień rzeczywiście zniknął.
– Jak to zrobiliście? – zapytał zaskoczony.
Nie kazali mu długo czekać na odpowiedź.
– Zakopaliśmy go.
– To dobre. Skrzynka wódki jest wasza.
No tak, magiczny kamień był. Nadal jest, tylko trochę głębiej.
Co jeszcze jest magicznego w naszym Krakowie, ale z tych miejsc mniej oczywistych? Moim zdaniem jest takie jedno miejsce. Trzeba się tam wybrać późnym wieczorem albo nocą. Gdzieś na środek Błoń, tej ogromnej łąki w środku miasta. Stanąć, podnieść wzrok do nieba, rozłożyć ręce i przez chwilę mieć cały kosmos oraz całą przestrzeń Błoń tylko dla siebie. To jest prawdziwie magiczne miejsce. Niby ciche, a jednak wypełnione szumem i gwarem miasta. W nocy chłodne, ale z docierającą do niego falą miejskiego ciepła.
Jeszcze jakieś miejsce Wam podpowiedzieć? Dobrze. Jest takie miejsce pod Wawelem, z którego wieczorem widać z jednej strony światła Mostu Dębnickiego, a z drugiej światła Jubilata odbijające się w powolnych falach Wisły. To też jest magiczne miejsce. Tej właśnie magicznej ławki już nie ma, ale są inne, stojące obok. Równie magiczne, choć już nie tak wygodne i niezwykłe.
Jeszcze jedno mogę Wam podpowiedzieć, choć tutaj trzeba już być mną, żeby magia mogła się wydarzyć. To miejsce na Rynku Głównym, naprzeciwko ulicy Szewskiej, pod Sukiennicami, pośrodku przejścia. Można stamtąd zobaczyć Teatr Bagatelę i dzisiejszy Kraków. Można też zamknąć oczy i popatrzeć wspomnieniami na miasto sprzed kilkudziesięciu lat. Nie uwierzylibyście, jak bardzo się zmieniło.
Z szarego, ciemnego, pustego i głuchego stało się hałaśliwe, kolorowe, pełne gwaru oraz niezasypiającego dźwięku ludzkich głosów i instrumentów. Pamiętam bardzo jazzującą trąbkę i gitary. Tej najbardziej historycznej trąbki też można wysłuchać, a jakże, o każdej pełnej godzinie.
Największym zaskoczeniem są jednak krakowskie dorożki. Dziś wielkie, białe i dworskie, jakby przyjechały prosto z magnackiej powozowni w Łańcucie. Ciągnione przez dwa konie, lśniące złotymi ozdobami, powożone najczęściej przez kobiety w białych strojach, z cylindrami na głowach. Przecież ja takich dorożek nie pamiętam.
Tak, były dorożki. Małe, czarne, ciągnięte przez jednego konia. Jedna miała nawet napis „Zaczarowana”. Dzisiejszemu widokowi ciągle się dziwię. Widzę w nim jakiś wielki kulturowy kompleks. Miasto królewskie musi być przecież dostojne. Pamięta o wielkim malarzu Janie Matejce, który nieopodal Rynku, przy ulicy Floriańskiej, mieszkał i malował. Jest też Jagiełło, który ze swojego pomnika na placu, właśnie Matejki, spogląda konno na Kraków, ponad wieżyczkami Barbakanu.
Może jednak chodzi tylko o turystów, którzy prawie wyparli mieszkańców ze Starego Miasta i na których można zarobić pieniądze? Nie jestem pewien, czy dzieje się to z pożytkiem dla mieszkańców. Nie sądzę też, żeby było z pożytkiem dla koni. W naszych czasach, jeżeli już są z nami, powinny raczej hasać po łąkach.
Dziś widok dorożek smuci mnie bardziej niż kiedyś, choć lubię patrzeć na konie. Są piękne i dostojne. Może właśnie dlatego ten widok tak bardzo mi nie pasuje. Ich piękno nie powinno oznaczać, że muszą przez wiele godzin stać na kamiennej płycie Rynku, otoczone hałasem, tłumem i ruchem miasta. Zamykam oczy, później je otwieram, a zgrzyt nadal pozostaje.
W lipcu 2026 roku radni Krakowa odrzucili projekt, który miał rozpocząć stopniowe zastępowanie dorożek konnych innymi formami transportu. Dorożki zostały. Nie oznacza to jednak, że mieszkańcy nie mają nic przeciwko. Oznacza tylko, że tak zdecydowała większość głosujących radnych.
Dla mnie czas dorożek minął. Przynajmniej tych poruszających się po betonowych, kamiennych i asfaltowych drogach, bez trawy, bez łąki i bez spokoju. W hałasie, kurzu, z workiem podstawionym pod ogon. Będę przychodził na płytę Rynku i zamykał oczy. Później będę je otwierał z nadzieją, że udało mi się jakoś pomóc koniom. Może pewnego dnia, kiedy ponownie spojrzę przed siebie, nie będzie ich już pod Sukiennicami.
Prawda jest taka, że każdy kawałek Krakowa jest magiczny. Chciałbym w tej chwili przywołać następny, ale czuję w sobie wszystkie naraz. Te związane ze wspomnieniami, słowami i spacerami. Te podziwiane i oglądane. Te, z których jestem dumny albo kiedyś czułem się dumny.
Są też miejsca mówiące o wspólnocie. Miejsca protestujące, opierające się i walczące o swoją godność, równość i szacunek. Kiedyś walczyły o zwykły chleb, pracę oraz wolność. Wolność jest przecież najbardziej magiczną przestrzenią naszego miasta.
Zapraszam Was na spacer. Krok po kroku, z jednego magicznego miejsca w następne. Przez zaczarowane zaułki, pełne wróżb i zaklęć. Czasem wystarczy zamknąć oczy. Czasem przeciwnie, trzeba je wreszcie otworzyć.
Tekst Janusz Bończak
Ćwiczenia miejskie | Opowiadanie 4























































