Miasto magii
Miasto ma wiele magicznych miejsc, które zapadają w pamięć na zawsze, na chwilę, przelotnie. Można je przywołać w każdym momencie, który na nie zasługuje. Mogą być przystanią właśnie teraz albo później, kiedy wspomnienia znów będą szukały dla siebie miejsca. I choć nie mówią dokładnie o historii, osobach, czasach, to jednak zawierają je w sobie, wszyte w swoją strukturę, jak książka, którą można czytać dotykiem, podążając palcami i dłońmi po powierzchni kamieni, murów, cegieł kamienic.
Każde z tych miejsc, w zależności od pory dnia i pogody, ma swoją odpowiedź. Ciepło wapienia nagrzanego słońcem inaczej opowiada o sobie. Jest chropowaty, czasem miejscami gładki, a w deszczu te różnice zanikają i dłonie mówią tylko, że kamień jest mokry. Później inaczej pachną, deszczem, kredą, chłodem. Inaczej mają się cegły. Te są szorstkie, czasem na krawędziach kruszą się i w palcach historia zostaje jak drobne okruszki. Jakby wysypały się minione sekundy, jakby minuty odpadły od ściany i w dłoniach został ten czas, który już nie powróci w pełnej całości, już nie stworzy tej samej, stałej, jednolitej struktury.
Są takie miejsca w starym mieście, które pamiętam, choć dziś moje dłonie są o wiele większe od tych, które kiedyś ich dotykały, przytulały je, badały wgłębienia i załamania. To na przykład szare lwy, które śpią albo drzemią na Krakowskim Rynku. Wielokroć byłem na nich sadzany z uśmiechem i też wielokroć sam wdrapywałem się na nie, żeby usiąść, przytulić się do twardej, choć zmierzwionej lwiej czupryny. Tam jakby stawiałem pierwsze kroki, żeby wejść tam, gdzie inni już potrafili. A dziś, gdy moje dłonie są już duże, mogę podejść i niby z ciekawości poklepać lwa po nosie, czytając tamte dotknięcia, uśmiechy i zdziwienia.
Ulica św. Tomasza, choć dziś już nie ta sama, nie tak zaniedbana, nie tak szara, nadal daje się czytać ręką. Idąc, można przesuwać palcami wzdłuż ścian i elewacji, jak patykiem po płocie albo jak igłą gramofonową po płycie, odsłuchując załamania, fakturę, chłód, ostrość lub miękkość powierzchni. To takie melodie, które zawsze mają swój klucz wiolinowy, a później, w miarę tempa przechodzenia, można razem z ulicą śpiewać. Nie otwierając ust, jedynie tym wrażeniem dotyku wysłuchać całego koncertu.
To niezwykłe, że fragmenty ulic zawsze podobnie brzmią. Ciekawymi wątkami są kamienne obramowania witryn. Czasem można je poczuć jak solowy występ altowych załamań, a czasem aż sopranowych, zaostrzonych, lecz miękko zamalowanych zakrzywień. Tak, zdecydowanie miasto śpiewa. I w zależności od nastroju można zagłębić się w te historie, czasem na bardzo długo. Może to wyglądać zabawnie, gdy ktoś zatrzymuje się przy ścianie, przy latarni, przy pniu drzewa, ale to tylko z boku wygląda jak dziwactwo. W środku jest wędrówką.
Ławki na Plantach, latarnie z odpryskującą farbą, drzewa, które zostawiają czarny pył na dłoniach, liście jesienne, śnieg, deszcz i zapach. Wszystko to zostaje w człowieku nie jak obraz, ale jak ślad na skórze. Miasto czasem pamięta za nas. Wystarczy dotknąć. Idź na spacer i posłuchaj jak gra dla Ciebie miasto.
Janusz Bończak























































