– Może przejdzie się pani ze mną, niekoniecznie daleko, wystarczy do końca ulicy albo jeszcze kawałek dalej, bo czasem łatwiej rozmawia się w ruchu, gdy nie trzeba siedzieć naprzeciwko siebie i pilnować każdego spojrzenia, a słowa mogą iść obok nas własnym krokiem, raz przyspieszać, innym razem zostawać nieco z tyłu, jakby zastanawiały się, czy naprawdę powinny zostać wypowiedziane. Nie mam wprawdzie przygotowanego tematu tej rozmowy ani pewności, dokąd nas zaprowadzi, ale przecież większość spacerów rozpoczyna się właśnie w taki sposób, od pierwszego kroku, po którym następny wydaje się już czymś zupełnie naturalnym.
Proszę mi podać rękę, tutaj chodnik jest trochę nierówny, a poza tym chciałbym przez chwilę zatrzymać się przy tym zwyczajnym geście, przy zetknięciu dwóch dłoni, którego zazwyczaj nawet nie zauważamy, chociaż trudno znaleźć coś bardziej rzeczywistego, bezpośredniego i niepozostawiającego wątpliwości, że spotkanie naprawdę się wydarzyło. Raz ten dotyk jest miękki i delikatny, innym razem dłoń okazuje się twarda, sucha, poorana liniami, i można pomyśleć, że osoba, do której należy, nie miała życia, o którym dałoby się powiedzieć, że było usłane różami, ponieważ skóra ma swój język Braille’a, a chociaż alfabet pozostaje nam nieznany, próbujemy odczytać siłę uścisku, szorstkość, ciepło, drżenie, niepewność, zmęczenie albo spokój, czasem nawet to, czy ktoś chce iść z nami dalej, czy tylko pozwala swojej dłoni na krótką chwilę znaleźć się w naszej.
Niech pani jeszcze jej nie cofa, nie dlatego, że chciałbym przedłużać tę chwilę ponad miarę albo wyczytać coś, czego nie chciałaby pani powiedzieć, lecz dlatego, że zastanawiam się, gdzie jeszcze mamy podobną pewność, że coś istnieje, ponieważ możemy poczuć jego opór, ciężar, twardość albo miękkość. Może przy codziennym sznurowaniu butów, zwłaszcza w chwili zaciskania sznurówek, gdy przekładamy jedną przez drugą, zakładamy pętelkę i czujemy, jak obuwie obejmuje stopę, chociaż można mieć mokasyny, szpilki, sandały albo kapcie i nie chodzi przecież o rodzaj obuwia, tylko o to, czy czujemy napięcie materiału, jego dotyk, czasem ucisk, czasem wygodę i bezpieczeństwo, a skoro czujemy, możemy uznać, że mamy dowód, iż jesteśmy tutaj, podłoga znajduje się pod stopami, ulica biegnie przed nami, a świat, przynajmniej na razie, zachowuje swoje właściwości.
No właśnie, czujemy, tylko że we śnie również wydaje nam się, że czujemy, dotykamy ścian, klamek, czyjejś twarzy, mokrej trawy, czasem spadamy, czasem ktoś nas przytula i po przebudzeniu przez kilka chwil ciało jeszcze pamięta ten uścisk, chociaż w pokoju nie było nikogo, żadna dłoń nie dotknęła naszej dłoni, a jednak serce bije szybciej i trudno powiedzieć, że tamto nie wydarzyło się w żaden sposób, że nie pozostawiło śladu, bo ciało pamięta coś, czego według faktów nie było, tak samo jak prawdziwe zdarzenie po latach potrafi przypominać sen, czyjaś ręka na ramieniu, chłód stołu, ciepło policzka, twarz człowieka, którego już nie ma, wszystko to było, a jednak z czasem traci kontury, miesza się z wyobrażeniem, pamięć umysłu wchodzi w pamięć ciała, poprawia świat jak redaktor, a rzeczy, które były blisko nas, przechowują czasem więcej niż my.
Granica dotyku i czucia okazuje się więc niewyobrażalnie szeroka, ponieważ przyszłości nie przewidzimy, przeszłości nie zachowamy w całości, a chcielibyśmy mieć dowód trwałej cielesności, potwierdzenie, że jesteśmy, że świat jest, że kamień pozostaje kamieniem, dłoń dłonią, a stół stołem, tylko że wtedy nauka daje nam przysłowiowo w kość i mówi, że to, co uznajemy za zwarte, zbudowane jest z pustki, pól, sił, ruchu i prawdopodobieństwa, że to, co nieruchome, drga, a to, co twarde, wcale nie jest jednolitą twardością.
Nietoperz widzi poprzez słuch i jest fantastyczną istotą, chociaż nie o nim przecież mowa, lecz o nas, którzy chcemy dotknąć świata, a dowiadujemy się, że dotyk nie jest tak prosty, jak się wydaje, bo zakaz Pauliego i oddziaływania sprawiają, że dłonie nie przenikają się przez siebie, lecz zatrzymują się na granicy, i właśnie tę granicę nazywamy uściskiem, chociaż bliskość powstaje dzięki temu, że nie możemy się przeniknąć, a mimo to przepływa ciepło, pojawia się drżenie, spokój albo lęk.
Pani dłoń także coś mówi, chociaż nie będę odgadywał, czy zapisane jest w niej zmęczenie, nieufność czy tylko zdziwienie, że obcy człowiek trzyma ją tak długo i opowiada o elektronach, nietoperzach, sznurówkach i baśniach, bo być może właśnie na tym polega nieuczciwość naszych odczytań, że chcemy poznać całą opowieść po jednym zdaniu, nie pytając nawet, czy druga osoba chce nam pozwolić czytać dalej.
A gdzie są dowody na istnienie samego faktu dotyku, skoro naukowcy mówią, że jesteśmy energią, że kamień także jest energią, a wszystko to zapisują kredą, światłem ekranu, zerem i jedynką, językiem, który być może niedługo będzie wyglądał jak pismo klinowe, bo zastąpi go język pętli, strun, splątań, czarnych dziur, ciemnej materii i horyzontu zdarzeń, pojęć brzmiących czasem bardziej jak baśń niż chłodna nauka.
Baśnie przecież od zawsze robiły to samo, nadawały postać temu, czego nie można było dotknąć, miłość otrzymywała twarz, tęsknota drogę, strach las, nadzieja światło w oknie, śmierć stawała się łodzią, rzeką albo bramą, a człowiek opowiadał, ponieważ samo istnienie faktu nigdy mu nie wystarczało i potrzebował jeszcze znaczenia, dlatego fakt mówił, że ktoś odszedł, a baśń, że wyruszył w drogę, fakt mówił, że ojciec wrócił, lecz baśń zaczynała się dopiero wtedy, gdy stanął w drzwiach i objął dziecko mocniej, niż wymagał zwykły gest powitania, ponieważ tęsknota, wartość niemierzalna i niemożliwa do zapisania w tabeli, kazała mu przycisnąć je bliżej, podobnie jak fakt mówił, że matka trzymała dziecko za rękę, lecz baśń pozostawała w tej dłoni wiele lat później, kiedy matki już nie było, a podobny dotyk innego człowieka przywoływał nagle spokój, bezpieczeństwo i pamięć, której nie dało się opisać dokładnymi słowami.
Kiedy zamykam oczy, widzę kamień, który jest energią, muchę uwięzioną w pajęczynie, którą targa wiatr razem z kroplami deszczu i tęczą ukrytą w każdej z nich, kosmiczne przestrzenie, galaktyki, dziury i obłoki, których nigdy nie dotkniemy, a jednak wiemy albo wierzymy, że istnieją, widzę dłonie spotykające się nad niewidzialną przepaścią pustki, pól i sił, dłonie, które nie mogą się przeniknąć, więc zatrzymują się na granicy materii i właśnie tam pojawia się bliskość.
Jak więc mógłbym powiedzieć, że nie jestem jak baśń, która czeka na przeczytanie, chce być odczytana, zrozumiana i zapamiętana, skoro każdy z nas zapisuje się w ruchach, bliznach, sposobie milczenia, w tym, jak wiąże buty i jak podaje rękę, skoro czytamy siebie nawzajem bez znajomości alfabetu, czasem odczytując jedno zdanie, czasem tylko znak, a czasem myląc się całkowicie, ponieważ bez opowieści człowiek pozostałby wyłącznie zbiorem faktów, wzrostem, wagą, datą urodzenia, temperaturą ciała i siłą uścisku, a przecież nie to czujemy, gdy ktoś wraca, nie to, gdy odchodzi, i nie to, gdy dotyka nas z czułością albo gdy jego dotyk napawa nas lękiem.
Najważniejsze może więc nie jest to, by nieustannie doszukiwać się faktów, lecz uwierzyć, że baśń również jest faktem, nie takim, który można położyć na stole, zmierzyć linijką i wpisać do rubryki, ale takim, który zmienia sposób, w jaki patrzymy, pamiętamy i żyjemy, bo gdybyśmy tego nie uznali, nasze życie przypominałoby oglądanie dzieł sztuki wyłącznie jako farby na płótnie, widzielibyśmy kolory, kształty i powierzchnię, lecz bez historii nie miałyby one głębi, a przecież wiedza o obrazie nie odbiera mu tajemnicy, tylko pozwala dotknąć tego, czego dotknąć nie można.
Dlatego kiedy nadal trzymam pani dłoń i czuję jej ciepło, miękkość, szorstkość albo lekkie drżenie, wiem, że to się wydarzyło, ale wiem również, że wydarzyło się coś więcej, czego żaden przyrząd nie zapisze, bo przez tę chwilę spotkały się dwie opowieści, które stały się dla siebie faktem, a może po prostu dwa fakty, które dopiero w dotyku przypomniały sobie, że od początku były baśnią, i mógłbym teraz panią przeprosić, puścić dłoń i odejść w swoją stronę, pozostawiając całe to spotkanie jako jeszcze jedno zdarzenie, które z czasem zmieni się we wspomnienie, a później może w sen, ale skoro już wiemy, że dotyk nie kończy opowieści, tylko czasem ją rozpoczyna, proszę pozwolić, że zaproponuję coś prostszego niż wszystkie naukowe dowody i wyjaśnienia.
– Proszę więc nie cofać jeszcze dłoni i pójść ze mną na spacer, może tylko do końca tej ulicy, a może dalej, do życia jak w baśni, która nie jest ucieczką od rzeczywistości, lecz rzeczywistością odczytaną głębiej, wspólnie i bez pewności, co wydarzy się na następnej stronie.
Janusz Bończak
Spacer






















































