Kiedy Alvin Toffler pisał The Third Wave, świat wyglądał zupełnie inaczej niż dziś. Był rok 1980. Nie było Internetu w obecnym rozumieniu, smartfonów, mediów społecznościowych, sztucznej inteligencji dostępnej zwykłemu człowiekowi ani pracy zdalnej, która potrafi dziś zmienić rytm całych miast. A jednak czytając tę książkę po niemal pół wieku, coraz trudniej traktować ją jak futurologiczną ciekawostkę z końca XX wieku. Coraz częściej ma się wrażenie, że Toffler nie opisywał odległej przyszłości, lecz świat, który właśnie próbujemy zrozumieć.
Autor podzielił historię cywilizacji na trzy wielkie fale. Pierwsza była rolnicza. Człowiek żył wtedy blisko ziemi, rytmu przyrody, lokalnej wspólnoty i własnej produkcji żywności. Druga fala była przemysłowa i to ona stworzyła świat fabryk, masowej edukacji, wielkich miast, centralizacji oraz społeczeństwa podporządkowanego rytmowi maszyny. To właśnie wtedy człowiek zaczął coraz mocniej podporządkowywać sobie przyrodę logice wydajności, produkcji i wzrostu.
Wraz z uprzemysłowieniem rolnictwa zmieniła się również relacja ze zwierzętami. Coraz częściej przestawały być postrzegane jako żywe istoty obecne w codziennym rytmie wspólnoty i gospodarstwa, a zaczynały funkcjonować jako element systemu produkcyjnego, parametr ekonomiczny, urządzenie biologiczne lub czynnik zysku. Oderwanie człowieka od bezpośredniej relacji ze zwierzętami sprawiło, że ich cierpienie stało się mniej widoczne, ukryte za ścianami przemysłowych procesów, technologii i anonimowości wielkich systemów produkcji żywności.
Trzecia fala miała być informacyjna. Toffler przewidywał, że świat zacznie odchodzić od logiki wielkiej fabryki i coraz bardziej opierać się na wiedzy, komunikacji, elastyczności oraz rozproszonych relacjach społecznych.
Dziś widać wyraźnie, że nie pomylił się w kierunku zmian. Pomylił się chyba jedynie w tym, że wierzył, iż przejście pomiędzy epokami będzie bardziej uporządkowane i spokojniejsze. Tymczasem rzeczywistość okazała się dużo bardziej chaotyczna, pełna napięć i wewnętrznych sprzeczności. Dziś wiemy również, że epoki nie zmieniają się nagle, jedna po drugiej, jak po przewróceniu kartki w kalendarzu. To długi proces nakładania się światów, technologii, sposobów myślenia i filozofii życia. Stare systemy bronią się często przez dziesięciolecia, próbując utrzymać dawny porządek, podczas gdy nowe powoli przenikają codzienność i zmieniają sposób funkcjonowania społeczeństw. Z czasem dawne rozwiązania pozostają już tylko w muzealnych gablotach, stając się świadectwem epoki, ale również ostrzeżeniem i przypomnieniem, że każda cywilizacja kiedyś była przekonana o własnej trwałości.
Żyjemy bowiem w świecie, który technologicznie wszedł już w trzecią falę, ale mentalnie, społecznie i politycznie nadal próbuje funkcjonować według zasad drugiej. Państwa, szkoły, administracja, gospodarka i wielkie instytucje wciąż często działają według logiki centralizacji, standaryzacji i kontroli, podczas gdy codzienność staje się coraz bardziej rozproszona, płynna i przeciążona informacją.
I właśnie dlatego ta książka dziś tak mocno porusza. Wystarczy spojrzeć na współczesność. Napięcia wokół Tajwanu i półprzewodników. Uzależnienie gospodarek od kilku miejsc produkcji na świecie. Kryzysy łańcuchów dostaw. Wojny wpływające na ceny żywności tysiące kilometrów dalej. Algorytmy sterujące uwagą społeczną. Chaos informacyjny. Przeciążenie psychiczne ludzi, którzy każdego dnia próbują odnaleźć się w świecie nieustannego nadmiaru bodźców.
To wszystko sprawia, że „Trzecia fala” zaczyna dziś przypominać nie książkę o przyszłości, lecz opis naszego obecnego stanu cywilizacyjnego.
„Jesteśmy ostatnim pokoleniem starej cywilizacji i pierwszym pokoleniem nowej”
Tofflerowska myśl po niemal pół wieku brzmi zaskakująco aktualnie, ponieważ coraz wyraźniej widać, że nie żyjemy już w świecie przemysłowym, ale jednocześnie nadal nie umiemy żyć w świecie po nim. Autor rozwija tę refleksję jeszcze mocniej, pisząc, że większość naszego zagubienia, lęku i dezorientacji wynika bezpośrednio z konfliktu pomiędzy umierającą cywilizacją Drugiej Fali a wyłaniającą się cywilizacją Trzeciej Fali.
Trudno dziś nie odnieść wrażenia, że właśnie w takim stanie znajduje się współczesny świat. Technologicznie weszliśmy już w nową epokę, ale psychicznie, społecznie i politycznie nadal próbujemy funkcjonować według zasad starego porządku. Być może właśnie dlatego współczesność tak często przypomina jednocześnie czas ogromnych możliwości i równie wielkiego zagubienia.
Dawniej wojny toczyły się przede wszystkim o ziemię, porty, kopalnie, szlaki handlowe czy ropę. Dziś coraz częściej chodzi o dane, energię, półprzewodniki, logistykę oraz kontrolę nad przepływem informacji. Tajwan stał się symbolem tej nowej epoki. Mała wyspa ma dziś wpływ na funkcjonowanie ogromnej części światowej gospodarki, ponieważ właśnie tam skoncentrowana jest produkcja technologii niezbędnych współczesnemu światu.
I właśnie tutaj książka Tofflera zaczyna być czymś więcej niż analizą technologii. Staje się opowieścią o kruchości współczesnej cywilizacji. O świecie niezwykle nowoczesnym, ale jednocześnie bardzo podatnym na załamanie.
Najciekawsze jest jednak to, że równolegle do tej globalizacji wraca lokalność. Im bardziej świat staje się cyfrowy, szybki i globalny, tym mocniej ludzie zaczynają szukać relacji, wspólnoty, rozpoznawalności i wpływu na własne życie.
Bo jeśli druga fala próbowała zamienić człowieka w element wielkiej maszyny produkcyjnej, to coraz więcej ludzi zaczyna dziś szukać czegoś odwrotnego. Szuka sensu miejsca, relacji i bezpośredniego kontaktu z drugim człowiekiem. Widać to coraz wyraźniej w powrocie zainteresowania lokalnością, krótkimi łańcuchami dostaw, targami lokalnymi, małymi gospodarstwami i próbą odbudowy wspólnotowości. Rolnik przestaje być anonimowym dostawcą surowca, a mieszkaniec miasta coraz częściej chce wiedzieć, skąd pochodzi jedzenie, które trafia na jego stół. Coraz więcej ludzi próbuje odzyskać sprawczość i wpływ na własne życie.
Toffler przewidział pojawienie się prosumenta, czyli człowieka, który nie jest już wyłącznie biernym odbiorcą, ale także współtwórcą rzeczywistości. Dziś widzimy to w niezależnych mediach, lokalnych społecznościach, energetyce obywatelskiej, rękodziele i ruchach obywatelskich. Coraz więcej osób zaczyna rozumieć, że nowoczesność nie musi oznaczać wyłącznie centralizacji i anonimowości.
I właśnie dlatego rolnictwo wraca dziś jako temat strategiczny. Nie tylko gospodarczy, ale wręcz cywilizacyjny. Pierwsza fala była oparta na ziemi. Druga próbowała zamienić żywność w element przemysłowej wydajności. Trzecia coraz wyraźniej pokazuje, że bezpieczeństwo żywnościowe, lokalność i odporność społeczna mogą być ważniejsze niż sama maksymalizacja produkcji.
Pandemie, wojny i kryzysy energetyczne pokazały coś bardzo prostego. Świat oparty wyłącznie na długich i kruchych zależnościach może być niezwykle wydajny, ale jednocześnie bardzo podatny na załamanie. Wystarczy jeden poważniejszy kryzys, aby zachwiać całymi systemami dostaw, produkcji i bezpieczeństwa społecznego.
I właśnie tutaj pojawia się pytanie, które wydaje się coraz ważniejsze. Czy po epoce przemysłowej i epoce informacji nie zaczyna rodzić się coś jeszcze? Nie kolejna fala technologiczna, lecz fala bardziej relacyjna, próbująca ponownie połączyć człowieka z przyrodą, lokalnością i odpowiedzialnością za otoczenie.
W tym miejscu proponuję ideę Demokracji Przyrodniczej. Nie jako utopię ani obietnicę „raju na ziemi”, bo historia pokazuje, że każda epoka wierzyła kiedyś w swoją trwałość i doskonałość. Być może właśnie dlatego warto zachować ostrożność wobec wielkich wizji idealnego świata. Demokracja Przyrodnicza wydaje się raczej próbą odzyskania równowagi po epoce nadmiernego przyspieszenia i oderwania człowieka od biosfery.
Nie odrzuca technologii, ale przypomina, że człowiek nadal pozostaje częścią przyrody. Nie neguje nowoczesności, lecz pyta o jej kierunek i granice. Nie próbuje cofnąć świata do pierwszej fali, lecz być może szuka sposobu, aby doświadczenia wszystkich trzech epok połączyć w bardziej świadomy model życia społecznego. Być może właśnie tutaj zaczyna się próba myślenia o kolejnej fali cywilizacyjnej, nie opartej wyłącznie na informacji i technologii, ale również na relacji, odpowiedzialności oraz świadomości zależności pomiędzy człowiekiem, przyrodą i wspólnotą. Osoby zainteresowane tym kierunkiem refleksji zachęcam do spojrzenia na próby opisywania idei Demokracji Przyrodniczej i relacyjnego modelu społeczeństwa publikowane na łamach naszego pisma.
Bo jeśli Toffler miał rację, to zmiany cywilizacyjne nie trwają kilku lat, ale całe dziesięciolecia, a czasem stulecia. Być może przez bardzo długi czas będziemy jednocześnie żyli w świecie pierwszej fali, gdzie nadal najważniejsza pozostaje ziemia i żywność, w świecie drugiej fali opartym na przemyśle i masowości oraz w świecie trzeciej fali, czyli informacji, algorytmów i cyfrowych sieci.
I być może właśnie od tego, czy nauczymy się utrzymywać pomiędzy nimi równowagę, zależy przyszłość kolejnych pokoleń.
Dlatego „Trzecia fala” nie jest dziś ciekawostką z historii futurologii. To jedna z tych książek, które pomagają spojrzeć szerzej i zrozumieć, że wiele współczesnych kryzysów nie jest przypadkiem, lecz skutkiem zderzenia różnych logik świata. Świata przemysłowego, który jeszcze nie odszedł, oraz świata informacyjnego, który nadal nie nauczył się żyć w równowadze.
I być może właśnie dlatego warto dziś wrócić do Tofflera. Nie po to, by szukać prostych odpowiedzi, lecz po to, by spróbować spojrzeć na własne miejsce w historii trochę szerzej niż z perspektywy kolejnego newsa.
Tekst Janusz Bończak























































