ISTOTA.info

Niezależne dziennikarstwo. Journalism with integrity

Advertisement

Ćwiczenia miejskie | Opowiadanie 1

Na Plantach
Takie uczucie, wiesz, jak Ci to opowiedzieć…?, jakbyś chciał być nie tu, gdzie jesteś. Jakbyś się śpieszył, choć przecież wcale nie wybrałeś się w drogę. Leżysz na plecach, czujesz wszystkie mięśnie, a w głowie masz myśl, że poszedłbyś już, z kimś porozmawiał, choć nie, nie jesteś sam w tej chwili i mógłbyś coś powiedzieć. Ale co to miałoby być? Co mogłoby kogokolwiek zainteresować? Znów te same zwroty, myśli, słowa wypowiadane gdzieś do przodu, w bok, ukosem, więc wolisz milczeć. Nic nie powiesz na głos, tylko ciągle mówisz w sobie, tym swoim głosem, który brzmi wyłącznie w twojej głowie. Jest twój, taki miękki, choć kiedy mówisz naprawdę, słychać coś innego. Jakby głos był jeszcze sprzed mutacji. Inny głos, inne myśli, a Ty milczysz, leżysz, patrzysz w sufit.

Jest już nie tak jasno, jak w upalny dzień. Podwieczór rozpoznaje się nie tylko po świetle, ale też po nastroju, po walorze cieni na ścianach. Leżysz tak i czujesz, jak przebiegają po tobie zimne ciarki. To frustrujące, więc wstajesz, ubierasz się i wychodzisz. Mówisz, że na spacer, że musisz wyjść, że cię gdzieś niesie. I idziesz, a pozostali oddychają z ulgą, bo choć byłeś złożony w horyzontalnym położeniu, to jednak wszystkie twoje wibracje dotykały ścian, powietrza, nawet ruchu firanki, gdy przechodziłeś obok.

Jesteś za domem. Idziesz, patrzysz pod nogi, albo uczciwiej, nie patrzysz przed siebie, tylko pozwalasz, żeby ulica sama cię prowadziła. Sięgasz ręką do wewnętrznej kieszeni. Tam już czujesz zapach papierosów w miękkiej paczce. Wyczuwasz, że zostały jeszcze trzy, może cztery. Wyciągasz jednego. To już rytuał. Zapalniczka albo zapałki. Z zapałkami więcej zachodu i ten zapach fosforu, bo wiesz, że tam jest i dym, pierwszy dym z drewna przesiąkniętego chemią. Niemiły zapach, choć płomień zawsze jest inny i ciekawy, zbudowany z błękitów, kadmowych żółci, bieli i ciemnego dymu na końcu, już po spaleniu.

Zapalasz, zaciągasz się. To nie jest miłe, nie jest fajne. Po co ja w ogóle palę, po co daję sobie coś, co wcale nie jest dla mnie, a jednak palisz. Idziesz, patrzysz ukradkiem po twarzach innych, na ich śmieszne ruchy, szare ubrania, pośpiech, brud kamienic, śmieci i zapach moczu, który tu, w mieście, zawsze wita każdego wieczornego spacerowicza.

Znasz uliczki, którymi można szybko przemknąć, niepostrzeżenie, cicho, tam, gdzie alejki Plant krakowskich otaczają miasto jak szalikiem. Miasto jeszcze jest nagrzane słońcem dnia, a teraz powoli oddaje to ciepło. Czujesz, jak stopy, nogi, dostają je z kamienia, z chodnika, z tych kilku godzin upału. Tuż nad karkiem puka już chłód wieczornego nieba. Okrywa ci barki, ramiona, sięga na głowę jak kaptur bluzy, zasnuwa cię i idziesz jak wędrowiec. Pod wpływem tej termicznej barwy wieczornego chłodu wnikasz w alejki, przy ławkach, w przejścia, którymi o tej porze nie każdy chce chodzić, bo nie każdy chce słyszeć tylko swoje kroki.

A teraz dym czujesz w oczach, zapach bibułki i dotyk filtra w ustach. To nie jest jakieś niezwykłe. Właśnie takie zwykłe, inaczej szare. Pasujesz do tego wieczornego spaceru, wychodząc z brudnego miasta, z pośpiechu, z irytacji, z frustracji, w chwilę, w której znów jesteś napięty, bez poczucia, że wiesz, gdzie chcesz iść. Choć przecież znasz te ławki i wiesz, gdzie mógłbyś przysiąść. Znasz też to, jak odgniatają się deseczki na udach, na pośladkach, a kiedy wtulisz się w kształt oparcia, ostre krawędzie będą ocierać się o kręgi twojego kręgosłupa lędźwiowego. Kiedy dopasujesz kark do tego zakrzywienia, zostanie taki niedosyt, bo głowy właściwie nie oprzesz. Ona będzie zawieszona niczym ptak siedzący na gałęzi, który nie widzi gwiazd, bo gwiazd jeszcze nie widać. Nie jest jeszcze na tyle ciemno, na tyle cicho, na tyle magicznie, by można je było zobaczyć.

Jesteś niecierpliwy. Nie chcesz siedzieć na ławce, zaraz ci się to znudzi, więc przechodzisz obojętnie obok. Zostało jeszcze kilka pociągnięć dymu do płuc. Robisz to, czując gorzki, piekący dym, który gdzieś wpływa, a później jakoś się ulatnia, częściowo na zewnątrz i gdzieś schowany wewnątrz ciebie. Idziesz, przyśpieszasz, z ciemnej, chłodnej alejki znów wpadasz w ulicę, chodnik, ściany kamienic, które zarysowują przestrzeń ciepła, wilgoci, innych ludzi, gołębi, krzywych płytek chodnikowych, porysowanych kredą ścian. Nawet sam mógłbyś kiedyś coś napisać, ale nie, nie masz na to w ogóle ochoty. Nigdy nie miałeś.

Idziesz dalej, rozglądasz się po oknach. Jest na tyle ciemno, że światła w domach migają, poruszają się jak w niemym filmie, choć miasto żyje dźwiękiem, buczeniem, piskiem, rozmowami, czasem szczekaniem małych psów, bo duże trudno jest mieć w kamienicy.

Idziesz gdzieś, już nie palisz, gdzieś coś myślisz i nawet zapomniałeś, że czegoś chciałeś. Zachwycasz się miastem, tymi ludźmi, których minąłeś. Odpuściła ci głowa, znikło zniecierpliwienie. Może nikotyna zadziałała, może to, że miasto jest twoje i ty dziś znów z nim zatańczyłeś, poza sceną. Moje miasto. Mój taniec. Nasz wspólny wieczór podczas spaceru.

Janusz Bończak