ISTOTA.info

Niezależne dziennikarstwo. Journalism with integrity

Advertisement

Obrzeża. I co dalej?

Kraków administracyjnie kończy się na swojej granicy, ale życie miasta już dawno ją przekroczyło. Ludzie mieszkają pod Krakowem, pracują w Krakowie, korzystają z tych samych dróg, oddychają tym samym powietrzem i kupują tę samą żywność, a pola i gospodarstwa położone poza miastem coraz częściej stają się częścią jego zaplecza. W tym samym czasie sąsiednie gminy próbują samodzielnie budować lokalne rynki, krótkie łańcuchy dostaw, transport, miejsca spotkań i nowe relacje między wsią a miastem. Czy Kraków potrafi już myśleć o sobie nie jak o samotnej wyspie, ale jak o części większej wspólnoty?

Rozmawiam z prof. Joanną Hańderek, filozofką i wykładowczynią Uniwersytetu Jagiellońskiego, radną Krakowa, przewodniczącą Rady Krakowskiej Nowej Lewicy oraz Komisji Ochrony Środowiska Rady Miasta Krakowa. Jest też przewodniczącą zespołu „Mądre Wioski. Przedmieścia w Mieście”, dlatego tym razem nie będziemy rozmawiać wyłącznie o ideach. Zapytamy, co z nich naprawdę wynika.

Gdzie dzisiaj naprawdę kończy się Kraków? Na tablicy z nazwą miasta czy dużo dalej, tam, gdzie mieszkają ludzie, którzy codziennie przyjeżdżają do Krakowa, tutaj pracują, uczą się i korzystają z miasta?

Kraków, jak każde inne miasto, tak naprawdę nigdy nie kończył się na swoich rogatkach. W jego przypadku jest to z jednej strony szczególna zależność wynikająca z historii, z drugiej – niezwykłe uwarunkowanie geograficzne związane ze specyfiką rolnictwa w Małopolsce. Małopolska to niezwykła ziemia Jury Krakowsko-Częstochowskiej i wiele małych, rodzinnych gospodarstw rolnych.

Mamy więc ogromny potencjał dostępu do wyjątkowych produktów lokalnych. Pozwala to skrócić łańcuchy dostaw, zmniejszyć ślad węglowy, a przede wszystkim uzyskać zdrową i unikalną żywność. W Krakowie już wiele się dzieje. Mamy Targ Pietruszkowy i inicjatywy społeczne umożliwiające dostarczanie do miasta żywności produkowanej przez lokalnych rolników. Podpisano również wielostronne porozumienie w ramach inicjatywy „Mądre Wioski. Przedmieścia w Mieście” i powołano zespół do rozwoju programu.

Kraków rozwija się również kosztem przestrzeni wokół siebie. Przybywa osiedli i samochodów, znika ziemia rolna, a gminy muszą budować szkoły, drogi i usługi. Czy miasto powinno brać większą odpowiedzialność także za to, co dzieje się poza jego granicami?

Oczywiście. Miasto jest organizmem opartym na bardzo wrażliwych połączeniach społecznych, dlatego nie można patrzeć na nie wyłącznie jak na przestrzeń urbanistyczną. Jest ono siecią relacji międzyludzkich.

Z drugiej strony ekspansja miasta wymaga odpowiedzialności i uważności. Ziemia w Małopolsce oraz specyfika tutejszego rolnictwa powinny skłaniać do ochrony terenów rolniczych i zagwarantowania możliwości rozwoju gospodarstwom rodzinnym.

Odpowiedzialna polityka przestrzenna miasta i gmin ościennych powinna powstrzymywać niekontrolowaną ekspansję zabudowy. Z perspektywy rolnika prostsze może być sprzedanie ziemi uprawnej i przekształcenie jej w teren budowlany. Ogranicza to jednak dostęp do lokalnej żywności i uzależnia nas od produkcji masowej. Każde miasto powinno więc dbać o relacje z rolnikami z najbliższych sołectw i gmin, aby zachować tereny uprawne.

W programie „Mądre Wioski. Przedmieścia w Mieście” chcemy rozwijać integrację Krakowa z Wielką Wsią oraz innymi gminami i sołectwami ościennymi. Naszą misją jest dotarcie do rolników produkujących zdrową, lokalną żywność, aby zachować to dziedzictwo żywieniowe. Odpowiedzialna polityka miejska powinna traktować lokalne rolnictwo właśnie jako jego część.

Od kilku lat rozmawiamy o Mądrych Wioskach, krótkich łańcuchach dostaw i współpracy miasta z jego otoczeniem. W marcu podpisano wielostronne porozumienie. Co powinno wydarzyć się teraz, żeby za kilka lat nie pozostały po nim jedynie podpisy i dobre wspomnienie?

Razem z moim klubem zaproponowałam uchwałę wspierającą program „Mądre Wioski. Przedmieścia w Mieście”. Proponujemy w niej zaktywizowanie rad dzielnic, aby nawiązywały kontakty z najbliższymi gminami i sołectwami, oraz tworzenie nowych targowisk. Potrzebne są miejskie dotacje dla targowisk i społeczności pragnących organizować targi weekendowe lub jednodniowe.

Najważniejsze jest to, żeby rolnikom opłacało się przyjeżdżać do miasta i sprzedawać towary bezpośrednio konsumentom. Potrzebujemy uproszczonych procedur organizowania jednodniowych i weekendowych targów oraz wsparcia rolników działających z poszanowaniem ziemi i środowiska. Nie wolno zaniedbać tego, co dobre i co działa. Należy inwestować w ten model i rozwijać go w mieście.

Jaki będzie pierwszy konkretny krok po przyjęciu uchwały: kto ma go wykonać, w jakim terminie i z jakiego budżetu zostanie sfinansowany?

Liczę na spotkania z radnymi dzielnic. Już wiem, że są osoby zainteresowane, które również liczą na współpracę. Ponieważ budżet na ten rok jest już zaplanowany, o dotacji na wsparcie projektu będzie można dyskutować w grudniu. Na pewno złożę poprawkę z propozycją wyasygnowania odpowiedniej kwoty na ten cel. Na razie pozostanie praca urzędnicza, by przygotować wszystko na nowy rok. Oczywiście mówię o planach. Uchwała jeszcze nie została przyjęta przez Radę Miasta, więc najbliższym działaniem jest przekonanie wszystkich, jak bardzo potrzebna jest nam mądra polityka proekologiczna, wspierająca naszą lokalność.

We wrześniu ubiegłego roku Rada Miasta, z inicjatywy Koalicji Obywatelskiej, przyjęła uchwałę dotyczącą Miejskiego Programu Promocji Placów Targowych. Pani głosowała za. Minął prawie rok. Co rzeczywiście zrobiono?

Trochę się wydarzyło. Wydział do spraw Przedsiębiorczości i Innowacji Urzędu Miasta Krakowa uruchomił pulę środków na tak zwane małe granty, przyznawane w trybie art. 19a ustawy o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie. Organizacje pozarządowe mogą ubiegać się o dotacje do 10 tysięcy złotych na projekty aktywizujące i integrujące społeczności lokalne na miejskich placach targowych.

Zgodnie z założeniem, że targowiska nie powinny pełnić wyłącznie funkcji handlowej, organizowano na nich wydarzenia integrujące. Na placu targowym Unitarg przy ulicy Grzegórzeckiej odbywało się kino letnie, a na Tandecie przy ulicy Krzywda organizowano wymiany ubrań, warsztaty upcyklingu oraz kiermasze lokalnego rękodzieła. Na Starym Kleparzu, placu Na Stawach, placu Nowym i targowisku przy ulicy Bulwarowej organizowano sąsiedzkie wymianki, targi żywności lokalnej i sezonowej oraz kiermasze promujące regionalnych dostawców.

W budżecie znalazło się sto tysięcy złotych na promocję placów targowych. Czy jednak problemem krakowskich targowisk jest brak promocji? Czy ważniejsze nie jest pytanie, kto na nich handluje, skąd pochodzi żywność i czy mały producent z podkrakowskiej gminy w ogóle może się tam dostać?

Promocja jest istotnym elementem. Współczesny sposób odżywiania pokazuje, że wiele osób bez oporu daje dzieciom pieniądze, które są następnie wydawane na wysoko przetworzoną żywność z popularnych sklepów i łatwo dostępnych punktów gastronomicznych. Promocja targów może więc rozpocząć debatę społeczną o wartości zdrowej żywności.

Przede wszystkim musimy jednak ponownie określić, czym jest jedzenie. Jeżeli będziemy rozumieć posiłek wyłącznie jako sposób zapobiegania głodowi, mechaniczną czynność pozwalającą przetrwać i podstawową funkcję biologiczną organizmu, nadal będziemy popełniać błędy żywieniowe. Potrzebujemy nowej narracji i filozoficznego podejścia do jedzenia jako wydarzenia towarzyskiego, społecznego i rodzinnego.

Promocja nie rozwiązuje jednak problemu dostępu małego producenta do targowiska. Czy miasto przygotuje dla rolników z gmin ościennych preferencyjne stawki, wyznaczone miejsca handlowe albo wsparcie transportowe? Jeśli tak, kiedy?

Trwają prace. Mam nadzieję, że ten projekt uda się zamknąć w tej kadencji. Na pewno powstaną nowe miejsca targowe, które zobaczymy już w przyszłym roku. Niektóre procedury już są upraszczane. Proponuję powiedzieć: „sprawdzam”. W przyszłym roku wszyscy powinniśmy już zobaczyć różnicę.

Relacja pomiędzy Krakowem a gminami ościennymi staje się napięta również z powodu Strefy Czystego Transportu i obaw rolników korzystających ze starszych samochodów, które nie spełniają wymaganych norm. Moim zdaniem ten problem należy przepracować. Radni z mojego klubu rozmawiali o możliwości wsparcia czystego transportu. Można również rozważyć rozwiązania umożliwiające rolnikom dowożenie towarów w dni targowe. Najważniejsze jest wypracowanie ulg lub innych form wsparcia dla dostawców z gospodarstw rolnych. W przeciwnym razie napięcie pomiędzy Krakowem a rolnikami z gmin i sołectw ościennych będzie się utrzymywać.

Często mówi Pani o wykluczeniu i o tym, że Lewica powinna zauważać tych, których inni nie widzą. Czy wieś i przedmieścia nie stały się niewidocznym obszarem polityki miejskiej, potrzebnym Krakowowi, ale wciąż traktowanym przede wszystkim jako jego zaplecze?

Obawiam się, że tak.

Miasto można potraktować jako metaforę podwójnego wykluczenia. Dotyczy ono zarówno ludzi, którzy na co dzień muszą zmagać się z korkami, przeludnieniem, problemami mieszkaniowymi, wzrostem temperatury i niedostatkiem zieleni, jak i terenów pozamiejskich, gdzie wieś jest traktowana jak sypialnia miasta albo pozostaje niezauważana. Rozwój urbanistyczny, który zabudowuje i wchłania najbliższe tereny, sprowadza wieś do roli obszaru przydatnego miastu.

Polityka i działania samorządowe powinny zmienić tę sytuację. Musimy przejść od instrumentalizacji i uprzedmiotowienia do współdziałania i wzajemnego wsparcia. Podczas lockdownu w pandemii COVID-19 wiele towarów z zagranicy docierało do naszego kraju i naszych miast z opóźnieniem. Wojna może spowodować chaos i utrudnić dostęp do najpotrzebniejszych produktów. Miasta powinny również myśleć o możliwie dużej odporności żywnościowej i zdolności działania w warunkach kryzysu klimatycznego lub żywnościowego. Wykluczenie terenów wiejskich wynika więc nie tylko z niezrozumienia relacji między miastem a wsią. W szerszej perspektywie może także stanowić zagrożenie.

Potrzebujemy myślenia inkluzywnego, łączącego miasto i wieś w jeden organizm, którym w istocie są od zawsze. Administracyjny podział na wieś, gminę, sołectwo, miasto i dzielnice ułatwia zarządzanie, ale wszystkie te obszary tworzą współistniejący organizm instytucji i ludzi, zależnych od siebie i wzajemnie na siebie oddziałujących. To, co dzieje się na wsi – susza, powódź czy urodzaj, wpływa na miasto, między innymi na ceny produktów. To, co dzieje się w mieście, rozwój urbanistyczny czy edukacja, oddziałuje na wieś poprzez napływ nowych mieszkańców i presję zabudowy.

Jest Pani filozofką i radną, więc na koniec połączmy te dwie role. Jak powinna wyglądać uczciwa relacja między Krakowem a otaczającymi go gminami, żeby wieś nie była tylko miejscem, z którego miasto bierze przestrzeń, żywność, pracowników i czyste powietrze, ale rzeczywiście stała się jego równorzędnym partnerem?

Dla mnie bycie radną jest uzupełnieniem bycia filozofką. Przewodniczenie Komisji Ochrony Środowiska traktuję jako praktykę ekoetyki, a pracę radnej – jako praktykę filozofki kultury. Miasto jest organizmem i musimy patrzeć na nie jak na przestrzeń wielu praktyk, aspektów i możliwości. Ten organizm jest jednak niezwykle wrażliwy, podatny na zmianę i zniszczenie. Wyzwania, które stawia przed nami miasto, muszą być rozwiązywane z uwzględnieniem kryzysu klimatycznego i jego konsekwencji.

Relacja między wsią a miastem powinna być relacją wspólnotową. Wzajemność musi wynikać z dialogu zmierzającego do zapewnienia bezpieczeństwa w zmieniającym się świecie. Kraków ma szczęście znajdować się blisko cennych terenów rolniczych, na których przetrwało wiele rodzinnych gospodarstw. To daje nadzieję. Nadal zależy od nas, czy stworzymy wzajemność, nauczymy się doceniać rolników i ich pracę oraz zbudujemy wspólnotę.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Janusz Bończak