Inne, to samo Miasto
Za każdym razem, kiedy idziesz ulicą Floriańską od strony kościoła Mariackiego, możesz zobaczyć ją inaczej niż kiedyś. Nie myślę tu tylko o tym, że może być pełna innego światła. Wschodzącego słońca albo ostatniego skrawka dnia, który zachodzi gdzieś za kamienicami i jeszcze przez chwilę wędruje po niebie. Nie myślę też o tym, że możesz patrzeć na tę ulicę, mrużąc oczy od deszczu, albo chowając się w upalne dni w cieniu kamienic. Nie mówię nawet o tym, że możesz być smutny, podekscytowany, zamyślony albo zły. Choć to oczywiście robi dużą różnicę. Wiem. Pewnie też tak to odczuwasz. Pewnie nieraz zaskakiwał cię taki widok samego siebie. Może nie w czasie spaceru, ale wtedy, gdy przypominałeś sobie tę drogę od mariackich wież. Nie, jednak nie mówię o tym. Nie o tym egzystencjalnym czasie. Raczej o bardziej prozaicznej perspektywie. O zwykłym przesunięciu wzroku, które nagle zmienia całe miasto.
Idąc od strony wież, możesz patrzeć przed siebie. Na szczyty kamienic, zwieńczenia elewacji, ornamenty i maszkarony. Na te wszystkie miejsca, których zwykle nie widzisz, bo idziesz za nisko. Jakbyś patrzył na inne miasto. Nie z nudów, ale ze zdziwienia, że w ruchu nie możesz zobaczyć go w całości. Z tej niskiej perspektywy widać daleki obszar, ale nie widać szczegółów. Wiem, możesz powiedzieć, że jest czas, żeby zatrzymać się przed każdą elewacją. Obejrzeć bramy, okiennice, czasem ruch firanek. Może nawet poczuć ciężar zasłon po drugiej stronie okna. Ale to nie jest to samo, co patrzeć na miasto podczas ruchu, w spacerze. Wtedy myśli ogarniają naraz kolory, faktury ścian, gołębie wciśnięte gdzieś w gzymsy, jaskółki albo jerzyki, które przed deszczem nisko kłaniają się domom. Przynajmniej tak to sobie tłumaczysz, choć wiesz, że chodzi o te małe, owadzie smakołyki.
Ta perspektywa małej istoty jest ci bliska, bo jesteśmy bezbronni w tym mieście. Idziemy wzdłuż ulicy, tuż przy murach z okiennicami, prawie czując zapach wilgotnego tynku. Trochę też zapach uświęconego kamienia, którym przesiąknięte jest wnętrze Mariackiego. Kadzidła, zimnego marmuru, wielkości i maleńkości własnego bycia. Idziesz ulicą tak bezbronny, z utkwionym wzrokiem w nierównościach dachów, i jesteś jakby w innym, tym samym mieście. Prawie nie widzisz tych, którzy cię mijają. Głośnych, pośpiesznych, czasem ordynarnych i nie zawsze pachnących tak, żebyś poczuł, że uścisk byłby w tej chwili tym, czego najbardziej potrzebujesz.
Idziesz dalej. Czasem musisz spojrzeć niżej, zmienić perspektywę, popatrzeć pod nogi. Może nawet na chwilę zakręci ci się w głowie, ale zaraz wracasz wzrokiem w górę. Widzisz maszkarony, które są tu od dziesiątek lat, a prawie nikt ich nie zauważa. Czasem przewodnik. Czasem turysta. Zobaczy, zrobi zdjęcie i pójdzie dalej. Ja zawsze odrobinę zatrzymuję wzrok po lewej stronie, na kamiennej wiewiórce nad jedną z bram. Jest taka miła. Pamiętam też osobę, która mieszkała w tej kamienicy, na drugim piętrze. Drewniane schody, korytarz trzeszczący od długich, ciemnobrązowych desek, proste brązowe drzwi. Taki półmrok starego domu, którego nie da się dobrze opowiedzieć, bo on bardziej zostaje w ciele niż w zdaniu.
Ale wracasz szybko i idziesz dalej z myślami. Znów pamiętasz bramę po drugiej stronie ulicy, przez którą przechodziłeś kiedyś do znajomego. Długi korytarz, podwórze, wąskie i pachnące gołębim siedliskiem. Kraty w ścianie, z których unosił się zapach jakiegoś magazynu. Najbardziej jednak zatrzymuję wzrok na symbolu orła na czerwonym tle. Dostojnym, prostym, miłym dla oka i bardzo dumnym. Takim, jak powinien być widziany.
Idziesz dalej. Wiesz, że przed tobą jest jeszcze cień innych kamienic i kamienny mur z bramą, przez którą kiedyś przejeżdżali konno rycerze. Dziś ta droga jest już głęboko zakopana w ziemi. Dziś może tylko na osiołku mógłby się tamtędy przecisnąć uchodźca z palmą i kurzu na ubraniu albo krakowiak w czapce z pawim piórem. I…,
Taka droga. Nigdy, przenigdy nie wracałem nią, patrząc w ten sposób na kamienice w powrotnym kierunku. Może zadasz sobie pytanie: dlaczego? Może nawet będziesz zaskoczony, ale pewnie sam byś to odczuł, gdybyś zdecydował się tak wracać albo po prostu iść w tamtą stronę. Wtedy wzrok nieodmiennie i nieuchronnie zatrzymują dwie wieże kościoła Mariackiego. Zawłaszczają cię całkowicie, zabierają cały obraz. Wyrastają przed tobą krok za krokiem. Niezwykła budowla. Pasująca dokładnie do tej ulicy, do jej nastroju, do deszczu, do nocy i do zimy, która ogarnia krawędzie chodników. Zawsze jesteś tu trochę tą małą istotą idącą przy murze. To jest ulica owadów, pokarmów jerzyków i jaskółek, ale też ludzi, którzy czasem dopiero po latach widzą, którędy naprawdę szli. A ty jesteś żuczkiem. Drewnianym, na drucikach, w skrzyneczce, która mieści się w dziecięcej ręce. Takim żuczkiem z krakowskiego jarmarku.
Janusz Bończak
Ćwiczenia miejskie | Opowiadanie 3























































