Na skraju przepaści…

Rozmowa z dr. hab. Marcinem Urbaniakiem – pracownikiem naukowym krakowskiego Uniwersytetu Pedagogicznego im. KEN, gdzie zajmuje się głównie etyką środowiskową, neuroetyką oraz moralnością w świecie zwierząt. Organizatorem cyklicznych konferencji naukowych poświęconych zagadnieniom dobrostanu i praw zwierząt oraz ochrony przyrody; autora specjalistycznych publikacji z zakresu etyki, ekologii, filozofii umysłu i ewolucji. Prywatnie realizującego się jako aktywista społeczny, współpracujący z organizacjami pozarządowymi, w których zajmuje się edukacją ekologiczną, a także koordynacją działań i projektów na rzecz ochrony zwierząt oraz przyrody.

Prowadzi pan wykłady z etyki dla studentów i uczy tego przedmiotu w krakowskich liceach. Jak studenci i uczniowie reagują na określenie „zwierzęta pozaludzkie”?

– Zarówno uczniowie, jak i studenci nie zwracając szczególnej uwagi na ten termin i traktują go jako stwierdzenie oczywistego stanu. Sądzę, że w dużej mierze wynika to z racjonalnego spojrzenia na ludzi – w tym na samych siebie – jako na zwierzęta z gatunku Homo sapiens sapiens, którymi biologicznie jesteśmy. Prowadzę lekcje i wykłady z młodymi i niewiele starszymi osobami, które na co dzień przyswajają duże ilości wiedzy; ćwiczą się również w kreatywnej i krytycznej refleksji. Te edukacyjne wymogi między innymi zmuszają do wysiłku i rozwojowi intelektualnego, dzięki czemu – mam nadzieję – skutecznie chronią przed fałszywymi uproszeniami oraz irracjonalnymi stereotypami, a zarazem otwierają umysły na nowe perspektywy. Mimo to, w XXI wieku wciąż istnieją grupy społeczne, które konsekwentnie negują zwierzęcą naturę człowieka lub też wypierają fakt, że gatunek ludzki jest wynikiem działania ślepych mechanizmów ewolucji. Niewątpliwie jest to jakaś forma magicznego myślenia o człowieku i jego wyróżnionym miejscu pośród innych form życia.

Termin ten, który wywołał u wielu polityków i komentatorów oburzenie, nie jest nowy. Jak pan myśli, dlaczego spowodował tak skrajnie negatywne opinie? Czy to wynika z zaniedbań edukatorów? Czy może za ten stan rzeczy trzeba winić system nauczania?

– Oczywiście, że termin nie jest nowy – w dyskursach humanistyczno-przyrodniczych pojawia się regularnie od co najmiej pół wieku. Jak już wspomniałem, ewentualne oburzenie czy negatywne opinie mogą być wynikiem utkwienia w anachronicznych postawach i prymitywnych schematach myślenia, typu kartezjański mit wyjątkowości człowieka. Wówczas zwierzęta postrzegane są w kategoriach użytkowo-instrumentalnych maszyn. To głęboko przedmiotowe pojmowanie przyrody przekłada się na bezmyślną konsumpcję np. produktów odzwierzęcych, na eksploatację przyrody i na różnorodne akty okrucieństwa względem zwierząt, choćby w przemyśle rozrywkowo-naukowym. Konsekwencją jest również poczucie dominacji na naturą i zarazem przeświadczenie o naszej niezależności względem biosfery. Takie mentalne wyobcowanie się ze świata zwierząt wraz z poczuciem totalnej władzy i służalczej roli zwierząt oznacza także opór, gdy nagle ktoś przypomni o naszym ewolucyjnym pochodzeniu. Być może w grę wchodzą też osobiste kompleksy bądź narcystyczne przekonanie o prywatnej wyjątkowości. Z pewnością system nauczania ponosi częściową odpowiedzialność za to, że mniejsza czy większa grupa ludzi za wszelką cenę neguje oczywiste fakty biologiczne.

W styczniu 2020 roku rozpoczął pan czteroletnią kadencję jako członek Lokalnej Komisji Etycznej ds. Doświadczeń na Zwierzętach w Krakowie. Myślę, że niemal już roczne uczestnictwo w pracach tej komisji ugruntowało pana wiedzę na temat eksperymentów na zwierzętach pozaludzkich. Czy może się pan nią podzielić?

– Jako członek Lokalnej Komisji Etycznej nie mogę ujawniać szczegółów eksperymentów – zakazuje tego Ustawa o ochronie zwierząt laboratoryjnych. Prowadzi to do sytuacji, że opinia publiczna nie ma szans dowiedzieć się, co konkretnie eksperymentatorzy robią ze zwierzętami, głównie myszami i szczurami, w rodzimych laboratoriach. A jest to realny horror – na przykład sztuczne wywoływanie chorób somatycznych bądź depresji takimi metodami, które w okolicznościach pozanaukowych byłyby uznane za tortury lub jawne znęcanie się nad zwierzętami. Obecnie zainteresowane osoby wciąż mają możliwość zwrócić się do lokalnych komisji z prośbą o udostępnienie – w ramach prawa dostępu do informacji publicznej – uchwał, podjętych w konkretnym roku przez daną komisję.

Wielu naukowców mówi, że ludzkość stanęła na skraju przepaści „klimatycznej”. Czy według pana krok ku zagładzie naszego gatunku już wykonaliśmy? Czy potrafimy okiełznać nasz gatunkowy egoizm i uratować życie swoje i przyszłych pokoleń?

– Chciałbym się mylić, jednak z analiz specjalistycznych raportów, które zawodowo prowadzę jako bioetyk środowiskowy, bardzo wyraźnie wynika tendencja do globalnego pogrążania się w destrukcji bioróżnorodności oraz klimatu. Lekceważenie rozpaczliwych apeli ekspertów odbywa się na wszystkich poziomach: globalnym, krajowym, regionalnym. Gdy spojrzymy na wrześniowy raport ONZ pt. „Global Biodiversity Outlook 5”, dowiemy się, że na arenie międzynarodowej politykom nie udało się wypełnić żadnego z zakładanych 20 celów ochrony bioróżnorodności na lata 2011-2020, czyli tzw. celów z Aichi. Wręcz odwrotnie – rośnie intensywność wylesiania oraz pustynnienie ekosystemów, wzrasta ilość emisji gazów cieplarnianych, rośnie ilość zabójczego plastiku w środowisku naturalnym i w naszych organizmach. Wedle ostatniego raportu WWF i Londyńskiego Towarzystwa Zoologicznego, w latach 1970-2016 średnia liczebność populacji kręgowców na naszej planecie zmniejszyła się aż o 68 procent – zabiliśmy dwie trzecie populacji kręgowców. Co gorsza, w ciągu najbliższej dekady kolejny milion gatunków flory i fauny bezpowrotnie zniknie z Ziemi, jak donosi raport IPBES z maja 2019. Tak, krok ku zagładzie już wykonaliśmy. Czy okiełznamy nasz egoizm? Jestem mocno sceptyczny. W lokalnej przestrzeni miejskiej na każdym niemal kroku widać, jak konsekwentnie gminy likwidują drzewostany i tereny zielone pod kolejne zabudowy aglomeracyjne. Regionalni decydenci ignorują problem smogu, „wysp ciepła”, wysychania wód gruntowych czy też dramatycznego kurczenia się względnie dzikich terenów zielonych. Te wszystkie dane i obserwacje nie napawają optymizmem, gdy chodzi o życie przyszłych pokoleń.

Jesteśmy świadkami ogromnego poruszenia związanego z ogłoszeniem wyroku TK dotyczącego zaostrzenia przepisów ustawy aborcyjnej w Polsce. Jednak to nie tylko ten temat spowodował wyjście obywateli na ulicę. Protestowali również rolnicy przeciw wprowadzeniu w życie ustawy zwiększającej dobrostan zwierząt. Z czego, według pana, wynika opór Polaków, by wprowadzić w naszym kraju ustawę ułatwiającą życie zwierząt pozaludzkich?

– Najkrócej odpowiadając – ze strachu oraz konformistycznej natury człowieka. Wraz z rozwojem globalnej cywilizacji zmieniła się treść i forma lokalnych niepokojów społecznych. Obecny świat wysoko rozwiniętej nowoczesności jest pełen nieoczywistych twierdzeń i prawd naukowych, które – dzięki dostępowi do massmediów czy Internetu – poważnie zakłócają dotychczasową, pasywną konsumpcję milionów obywateli. Specjalistyczna wiedza, dotycząca embriogenezy gatunku ludzkiego, podmiotowej sfery doznań zwierząt pozaludzkich, bądź też globalnej katastrofy klimatycznej, sączy się do świadomości publicznej, naruszając bezpieczną tkankę nawyków, schematów, stereotypów czy mitów. To budzi frustrację i opór. Rezygnacja z wygodnych, tradycyjnych przyzwyczajeń zmusza nie tylko do porzucenia pewnej dozy komfortu, w tym dobrego samopoczucia na temat własnych działań, ale też porzucenia pasywnej postawy wobec cierpienia choćby zwierząt hodowlanych. Niewiele osób ma ochotę na dojrzałą samokrytykę oraz podjęcie wysiłku rewolucji w swoim indywidualnym życiu, a więc gruntownej zmiany własnej postawy; przyznania się do błędów czy głupoty; wypracowania wegańskich zachowań. Tym bardziej, że dieta roślinna jest nadal postrzegana jako dziwaczna lub niepoważna – grozi ośmieszeniem czy stygmatyzacją w konserwatywnym otoczeniu. A ostracyzmu instynktownie się boimy ze względu na naszą małpią naturę. Zatem doniesienia naukowe – o złożonej umysłowości zwierząt, które cierpią przez naszą obojętność lub o katastrofie klimatycznej, której ponownie winne są nasze bezmyślne działania konsumenckie – stają się swoistym zagrożeniem wygodnej tożsamości; rutynowego porządku świata oraz prostackiego, tradycyjnego podziału na to, co akceptowalne i to, co niemoralne. Takie zagrożenie łatwo jest karykaturalnie przedstawić w formie wrogiej ideologii ekoterroryzmu, animizacji człowieka, humanizacji zwierząt albo wegańskiej sekty, której należy się panicznie bać. Tę karykaturę chętnie uprawiają obyczajowi „dziadersi”, czyli strażnicy przaśnych konwenansów i zacofanych rytuałów, którzy konserwują przeszłość, chcąc zachować poczucie znanego ładu, dominacji i bezpiecznej przewidywalności świata.

Czy dieta roślinna jest ratunkiem dla naszego świata?

– Tak, decydowanie jest ratunkiem i piszą o tym światowe autorytety naukowe. Ponownie odwołam się do raportu IPBES, tym razem z października bieżącego roku. Jego tematem jest przenikanie się problemu pandemii oraz wymierania bioróżnorodności, Wnioski są jednoznaczne: wspólną przyczyną emisji metanu, wycinki lasów i szalejącej pandemii są zakłócenia ekologiczne wywołane naszymi nawykami żywieniowymi, a więc przemysłową hodowlą zwierząt na mięso i nabiał, handlem dzikimi zwierzętami, a przede wszystkim – wysoce niezrównoważoną konsumpcja mięsa. Wedle ekspertów, koszt zapobiegania pandemii jest setki razy niższy, niż koszt reagowania na istniejącą pandemię, co w praktyce oznacza konieczność nie tylko efektywnej ochrony dzikich zwierząt, likwidację kłusownictwa oraz praktyk myśliwskich, ale też narzucenia wysokich podatków węglowych i podatków od spożywania mięsa czy nabiału. Nie mamy dzisiaj czasu na łagodne perswadowanie mięsożercom, aby rezygnowali z głęboko zakorzenionej, szkodliwej rutyny kulinarnej. A pamiętajmy, że takie codzienne rytuały stanowią, jak pisał Erving Goffman, jednostkowe mechanizmy obronne, chroniące poczucie własnych racji czy godności, zatem są wyjątkowo trudne do wykorzenienia. Dzisiaj – w dobie kryzysu klimatycznego – szkodliwe nawyki należy przerywać bardziej drastycznymi metodami: zakazami, opłatami, karami. Z pewnością propagowanie diety roślinnej jest obecnie dosłownie sprawą życia i śmierci – zarówno ludzkości, jak i całej biosfery. Sytuacja jest nawet jeszcze gorsza, ponieważ stopniowo adoptujemy się do narracji mówiących o katastrofie i „kresie natury” żeby użyć terminu Bruno Latoura. Następuje powolna normalizacja kryzysu – staje się on elementem starej codzienności; wchłoniętym i zneutralizowanym przez dotychczasowy spektakl konsumpcji. Mimo wszystko, jak apelował wspomniany Latour, zanikająca natura potrzebuje naszej ciągłej opieki oraz całkowitej uwagi, a weganizm jest postawą właśnie takiej troskliwej uważności

Marcin Urbaniak podczas wydarzenia “Sióstr Rzek” w Krakowie.

Weganizm to nie tylko niejedzenie mięsa, ale także sposób postrzegania świata.
Jak pan na to patrzy?

– Bardzo pesymistycznie – sam weganizm, bez reform systemowych, nie uratuje świata. W obliczu postępującej katastrofy środowiskowo-klimatycznej oraz przeludnienia, problem wyborów konsumenckich miliardów ludzi jest jednym z najistotniejszych wyzwań XXI wieku. W tak radykalnym kontekście, kwestia konsumpcyjnych decyzji przestaje stanowić sprawę indywidualnego wyboru w sklepie, a staje się globalnym problemem odpowiedzialności kolektywnej. która wymaga nadzoru i korekty. Pomimo aktywności ruchów wegańskich i obrońców praw zwierząt, mimo rosnącej całej kultury ekologicznej, pozostaję mocno sceptyczny co do masowych samoograniczeń i rezygnacji z pewnych wygodnych przyzwyczajeń lub hedonistycznych rytuałów konsumenckich. Dowody? Proszę bardzo: już w 1961 roku Antonina Leńkowa wydała „Oskalpowaną Ziemię”, a w 1972 roku opublikowano znany raport „Granice wzrostu” o wyczerpujących się zasobach naturalnych. W 1992 roku odbył się pierwszy „Szczyt Ziemi”, rozpoczynając serię kolejnych dwudziestu pięciu szczytów klimatycznych; w 1997 wynegocjowano treść Protokołu z Kioto; w 2010 ratyfikowano dwadzieścia ambitnych „celów z Aichi”, ratujących bioróżnorodność. Jakie są rezultaty tych wszystkich górnolotnych inicjatyw? Jak pokazuje wspominany już przeze mnie raport „Global Biodiversity Outlook 5”, nie osiągnięto kompletnie nic. Przeciwnie, utrata naturalnych siedlisk, deforestacja i defaunacja postępuje w przerażającym tempie. Kraje globalnej Północy nie ograniczają największych emisji gazów cieplarnianych, eksploatacji surowców naturalnych ani produkcji plastiku. Nie mają także ochoty zaangażować się w realizację solidarności międzypokoleniowej ani sprawiedliwości międzygatunkowej, co implikowałoby przeznaczenie funduszy na ścisłą ochronę różnorodności biologicznej, w myśl pomysłu Edwarda O. Wilsona „Pół Ziemi”. Będzie zdecydowanie gorzej – gigantyczne megaprojety infrastruktury drogowo-wydobywczej w regionach Amazonii, Indonezji oraz dorzeczu Konga dopiero rozpoczną legalną, niewyobrażalną wycinkę milionów hektarów lasów. Zachęcam do zapoznania się z przygnębiającym, listopadowym raportem „Balancing forests and development”, podsumowującym ostatnie sześć lat działań, mających powstrzymać globalną deforestację, które to działania ogłoszono w tzw. Nowojorskiej Deklaracji o Lasach.

Dlaczego wegetarianizm czy weganizm wzbudza w osobach niepraktykujących takiego sposobu życia tak dużo niechęci i niezrozumienia? Dlaczego taka postawa, zdawałoby się zupełnie naturalna, nadal często jest postrzegana jako skrajność czy dziwactwo? Dlaczego tak często trudno w tej kwestii choćby o zwykłą neutralność? Dlaczego tak bezrefleksyjnie i tak chętnie nazywa się ją modą?

– Myślę, że niechęć jest konsekwencją burzenia przez weganki i wegan zastanej, długofalowej, a zarazem wielce szkodliwej rutyny żywieniowej i konsumpcyjnych nawyków. Weganie wzniecają podejrzenia oraz nieufność, bowiem likwidują wspomniane wcześniej poczucie stabilności i komfortu codziennej prozy życia. Parafrazując Sorena Kierkegaarda, można stwierdzić, że odtwarzana rutyna, lub też powielane schematy decyzyjne, łagodzą różne niepokoje i frustracje naszego codziennego „bycia w świecie”. Powiem więcej – nawyki i działania rutynowe, wedle Anthony’ego Giddensa, są najważniejszym bastionem obrony przed grożącymi jednostce lękami egzystencjalnymi. Nawet jeżeli system powszechnej edukacji oraz autorytety publiczne informują o ekologicznej szkodliwości naszych codziennych praktyk konsumenckich, mimo wszystko pokładamy irracjonalną ufność w tradycyjne, archaiczne formy eksploatacji lub konsumpcji, gdyż pojawia się rodzaj „emocjonalnej szczepionki”, uodparniającej nas na zło, za które jesteśmy współodpowiedzialni. Ta zaszczepiona odporność na cierpienie zwierząt i denializm klimatyczny chronią nas przed bolesną konfrontacją z własnymi słabościami, wadami i pozytywnym wyobrażeniem, jakie o samych sobie pielęgnujemy. Zatem konsumenci mozolnie zamykają się w kokonie obojętności, wyobcowuja się ze świata krzywdzonych zwierząt, a tymczasem środowisko wegan bez pardonu łamie owe bariery ochronne; łamie bezpieczną integralność systemu przekonań mięsożerców. W reakcji pojawia się wrogość bądź niechęć jako próba ratowania własnej, nadszarpniętej wartości. Innymi słowy, weganie – osoby o biocentrycznej tożsamości – wpędzają w kompleksy osoby o tożsamości antropocentrycznej. Jak kształtuje się taka tożsamość, to już odpowiedź na inny zestaw pytań (śmiech).

Dziękują za rozmowę.
Rozmawiał redaktor naczelny magazynu „Istota” Janusz Bończak,
Konsultacje i korekta tekstu Aleksandra Marczuk, fot. autor

Wspieraj Istotę – wpłać datek. Ogłoś się na łamach naszej strony.

Istotnie tak!