Jak być zdrowym

Piotr Skrzynkowski podczas treningu. Fot. Janusz Bończak

Rozmowa z licencjonowanym trenerem triathlonu, sędzią sportowym Polskiego Związku Triathlonu z Opola, witarianinem Piotrem Skrzynkowskim.

Dziś jesteś trenerem triathlonu, trenerem pływaków i biegasz maratony. Kiedyś przyszedł taki moment, który zapoczątkował to, że zmieniłeś swój tryb życia. Co się wydarzyło?

– Można powiedzieć, że to taki klasyczny syndrom średniego wieku i zapuszczenia się. Bardzo wiele osób zaczyna zajmować się sportem, kiedy przychodzi problem ze zdrowiem, kłopoty związane między innymi z nadwagą, gdy czują, że ich organizm zdąża ku autodestrukcji. W którymś momencie dostrzegają, że lat przybywa, a zdrowia coraz mniej i coraz gorzej się czują. Wtedy przychodzi taki moment opamiętania, refleksji na ten temat, że to nie tędy jednak droga…

I stąd Twój pomysł, by uprawiać bieganie.
– Na początku do uprawiania sportu było mi bardzo daleko. I ostatnią rzeczą, jaką bym sobie pomyślał było to, że się tym sportem zajmę. Gdyby ktoś mi powiedział, że tak będzie, to bym się popukał w czoło. Sport nigdy nie sprawiał mi przyjemności, musiałem się bardzo zmuszać, by wykonać jakikolwiek wysiłek fizyczny. W pewnym momencie jednak nie było po prostu wyjścia… Na tyle przybrałem na wadze, że musiałem zacząć coś z tym robić! Kiedy odważyłem się stanąć na wadze, tak na poważnie, było to lekko poniżej 130 kilogramów.

I wtedy miałeś 30 lat…
– No tak, to było w tych okolicach. Stwierdziłem, że jednak grubo przesadziłem… Pojawiły się problemy związane z żołądkiem, nadkwaśność. Zaczęły się problemy z sercem, ze stawami do tego stopnia, że ciężko mi było w pewnym momencie nawet wstać z krzesła, w dodatku kolana zaczęły bardzo boleć. No i tak sobie pomyślałem, że jak tak dalej pójdzie, to zrobię się kaleką. W którymś momencie przestanę być mobilny. Na początku zacząłem od redukcji wagi poprzez jakąś tam dietę, co niespecjalnie mi wychodziło. Męczyłem się z tym, nie mając żadnego doświadczenia. Ktoś mi powiedział, że dieta to nie wszystko i że samą dietą nie załatwię tej sprawy. Musi się pojawić jakiś wysiłek fizyczny i że ten wysiłek fizyczny dopiero będzie w stanie trwale zmienić moją wagę, moje samopoczucie, samoocenę. Postawiłem pierwsze kroki ku zdrowszemu trybowi życia, wprowadzając proste ćwiczenia, kupiłem stepper, przy okazji oglądania telewizji ćwiczyłem, chodząc w miejscu.

Szukałeś porady u jakiegoś facho­wca? Dietetyka lub trenera?
– Na początku nie. Chciałem dojść do celu metodą prób i błędów. Ale nie ukrywam, że dużo czytałem i trochę podglądałem innych. Ćwiczenia na stepperze zaczęły dawać dobre rezultaty. Z biegiem czasu mogłem coraz dłużej na nim ćwiczyć. Zaczynałem od 15 minut marszu, później wydłużałem czas ćwiczeń, ale doszedłem do wniosku, że fajnie by było ćwiczyć na świeżym powietrzu. A wtedy zaczynała się moda na bieganie i pomyślałem, że też pójdę pobiegać jak inni. Pobiegłem. Jednak po pierwszych 100 metrach poczułem, jakbym umierał ze zmęczenia i że nie jestem w stanie przebiec więcej. A ból w kolanach jeszcze bardziej się nasilił. Byłem świadomy, że przy mojej masie i braku ogólnej sprawności, braku siły mięśni, robię sobie krzywdę tym bieganiem. I wtedy postanowiłem spytać o radę mojego lekarza, który stwierdził, że jednak bieganie nie jest dla mnie zbyt korzystne, gdyż może w moim przypadku prowadzić do wielu kontuzji. I zaproponował mi jazdę na rowerze. Stwierdziłem, że to w sumie fajny pomysł. Bo zamiast chodzić do pracy, to mogę do tej pracy jeździć na rowerze, a miałem do niej około 5 kilometrów. Kupiłem rower, na początku składak, ale z biegiem czasu poczułem ochotę, by móc rowerem jeździć dalej i szybciej. Przyjemność jazdy zepchnęła na bok dolegliwości spowodowane moją nadwagą,
a osiągane prędkości były motywacją, by na ten rower wsiąść. Ponieważ chciałem osiągać coraz lepsze czasy, zdecydowałem się na kupienie roweru szosowego. Ale oglądając je w sklepie miałem wątpliwości, czy taki rower będzie w stanie wytrzymać moją wagę. W wielu przypadkach w opisie wytrzymałości było napisane, że maksymalna masa zawodnika to 100 kg, a ja jeszcze wtedy dobijałem do 120 kg. Zdecydowałem, że rower sam złożę i przygotuję go pod siebie. Jak zamierzałem, tak zrobiłem. Złożyłem rower i zacząłem na nim jeździć. Bardzo spodobała mi się ta jazda. Mogłem osiągnąć większą prędkość i pokonywać coraz dłuższe dystanse. Zacząłem od 20-30 km, później 50 km z Opola do mojego rodzinnego domu pod Nysą i z powrotem. Później pierwsza setka, następnie dwieście kilometrów, aż w końcu doszedłem do tego, że w ciągu 24 godzin robiłem trasy po 500 km, czyli np. jechałem z domu w Opolu do Przemyśla albo Warszawy. Wyruszałem nocą i jeszcze miałem cały dzień na jazdę, by wieczorem wsiąść do pociągu i wrócić do domu. Jeździłem sam. Później postanowiłem wystartować i sprawdzić się w zawodach kolarskich. Wystartowałem w Tour de Polonia w 2012 roku. Były tam dwa etapy, jeden w Jeleniej Górze, drugi w Bukowinie Tatrzańskiej. Nie byłem ostatni w tym wyścigu! To spowodowało, że zdecydowałem się kontynuować przygotowania do kolejnych zawodów kolarskich, ale podczas tych ćwiczeń pojawiły się znów problemy z kolanami, gdyż moja waga nadal utrzymywała się jeszcze grubo powyżej 100 kg. I ktoś poradził mi, że może powinienem wzbogacić swoje treningi o pływanie. Rozpocząłem więc naukę w szkole pływania. Efekty na początku nie były satysfakcjonujące, nie szło mi zbyt dobrze, ale zauważyłem, że pływanie dobrze służyło mojemu kręgosłupowi. Podczas jazdy na rowerze w pochylonej sylwetce kolarskiej kręgosłup nie miał zbyt optymalnego położenia i po kilku godzinach zazwyczaj odczuwałem bóle kręgosłupa. Dodatkowo
w trasę zabierałem plecak, co pogłębiało ból, gdyż podczas drogi obijał się o moje plecy. A pływanie niwelowało w pewnym stopniu te dolegliwości.

Czyli ile czasu upłynęło od mome­ntu, gdy zdecydowałeś się zawalczyć o swoje zdrowie?
– Myślę, że to było w okolicach półtora roku. Na początku spadek masy postępował dość szybko, ale z biegiem czasu waga zaczęła się utrzymywać na jednym poziomie. Nasz organizm ma umiejętność dopasowywania się do warunków, w których żyjemy, dlatego by waga spadała, trzeba stosować mieszane techniki treningowe. Dziś, mając już o wiele większą świadomość swojego ciała i metod treningowych muszę stwierdzić, że w tamtym czasie popełniałem wiele błędów podczas treningów. Szkoda, że starałem się sam zająć swoim trenowaniem i nie pomyślałem, że mógłbym skorzystać z doświadczeń osób, które zawodowo się tym zajmują i które widząc moje poczynania powiedziałyby: – Słuchaj, opamiętaj się! Zaszkodzisz swojemu zdrowiu…

Jazda na rowerze, pływanie i bieganie…
– Miałem o wiele więcej znajomych, którzy biegali, niż amatorów pływania czy jazdy na rowerze. Dlatego też zacząłem z powrotem biegać, tym bardziej że przez ten ostatni okres moja waga obniżyła się o kolejne 20 kg i zaczęła oscylować w granicach 100 kg. Kupiłem buty biegowe i ruszyłem z nowymi treningami. Bieganie było dla mnie dużym wyzwaniem, dlatego też na początku lata rozpocząłem je od marszobiegów przeplatanych odpoczynkami i chwilami biegu. Postanowiłem również, że zacznę ćwiczyć na siłowni. Nie był to dobry pomysł. Niezaplanowane i zintensyfikowane treningi bardzo mnie osłabiły, a brak odpoczynku powodował, że organizm nie miał możliwości się zregenerować. Wszystkiego było za dużo i ja też chciałem osiągnąć efekty w jak najkrótszym czasie. Teraz wiem, że wszystko wymaga odpowiedniego czasu, a cierpliwość jest dobrą wspomagającą cechą. Na swoje urodziny postanowiłem wystartować w pierwszych zawodach biegowych na dystansie 10 km. Trasa była przełajowa. Pierwsza jej część biegła pod górę, około 300 metrów przewyższenia, a w drugiej zbiegałem. Trasę pokonałem w bardzo męczący dla mnie sposób, cóż, nie znałem wówczas technik biegowych, wszystko wykonywałem siłowo i w dużym napięciu. Przebiegłem trasę, ale moje mięśnie i stawy nie były zadowolone z takiego prezentu urodzinowego. Podczas zbiegania nie byłem w stanie zapanować nad swoim tempem i wyhamowywałem, prostując nogi i spadając na pięty… Przez kolejny tydzień nie byłem w stanie poruszać się nie czując bólu mięśni i stawów. Później bieg na 15 km, który ukończyłem gdzieś w końcówce stawki i przez kolejny tydzień nie mogłem bezboleśnie chodzić. Problemem było nawet wejście po schodach. Kolejny bieg odbył się zimą w Strzelcach Opolskich, tu poszło mi trochę lepiej, następnie Półmaraton Ślężański, gdzie trasę pokonałem w około dwie godziny. I w końcu mój pierwszy maraton w moim rodzinnym mieście Opolu. Choć zdawałem sobie sprawę, że nie jestem dobrze do niego przygotowany, wystartowałem. Pokonałem cały dystans w 4,5 godziny. Pamiętam, że ten maraton dość poważnie odbił się na moim zdrowiu. Wchodziło tu w grę spore wyczerpanie organizmu, byłem przemęczony. Źle odbiło się to na moim układzie krążeniowo-oddechowym. Potrzebowałem około miesiąca, był wrócić do formy, którą miałem przed startem w tym biegu.

Czyli nie polecasz takiego biegu bez przygotowania…
– Zdecydowanie! To jest najgorsza rzecz, którą można zrobić! Trening maratoński jest zdrowy dla naszego organizmu, ale sam udział w biegu na takim dystansie powinien być raczej zarezerwowany dla osób, które mają bardzo duży staż w biegach i już osiągają dobre wyniki. Patrząc, jaka teraz jest moda na bieganie, wydaje mi się, że idzie to w złym kierunku, to znaczy wszyscy chcą biec coraz dłużej i coraz dłuższe dystanse, nawet ultramaratony. To nie jest zdrowe. Dla człowieka wysiłek trwający dłużej niż 2-3 godziny w przypadku amatora jest autodestrukcją, która może nawet doprowadzić do stałego uszczerbku na zdrowiu. Przeprowadzone badania potwierdzają moją tezę, większość amatorów biegających te maratony lub ultratrasy doznaje uszkodzenia serca, które może doprowadzić do groźniejszych zmian, nawet zawałowych. Oczywiście organizm się adaptuje do takiego wysiłku, ale w przypadku amatorów koszt adaptacji jest ogromny i niewspółmierny do zysku, jaki osiągamy. Tym bardziej że sposób regeneracji powinien też być przeprowadzony mądrze. Nie każdy może być maratończykiem. Kiedyś maratony biegali tylko zawodowcy, a czas przebiegnięcia ograniczony był do czterech godzin i ktoś, kto nie jest w stanie osiągnąć takiego czasu w ogóle nie powinien myśleć o tym biegu. Dziś każdy chce przebiec taką trasę, a organizatorzy wychodząc naprzeciw oczekiwaniom startujących, wydłużają limity przebiegnięcia trasy nawet do 6-8 godzin! Nie o to tu chodzi. Ciekawszą propozycją są organizowane w każdym większym mieście parkruny, gdzie biega się po 5 km.
Dziękuję za rozmowę,
Rozmawiał Janusz Bończak

 

Istotnie tak!