Dlaczego powinniśmy się bać. Aktualizacja tekstu.

Webinarium prowadził dr hab. Marcin Urbaniak.

Na początku maja dr hab. Marcin Urbaniak poprowadził webinarium pt. Czego powinniśmy się bać? Raport z katastrofy cywilizacyjnej. Był to godzinny wykład, połączony z dyskusją z internautami, na zaproszenie krakowskiego Centrum Kultury Dworek Białoprądnicki, w ramach cyklu wykładów, zatytułowanych „Horyzonty”. Punktem rozpoczęcia prelekcji były dwa założenia: (1) wydarzają się pewne zjawiska i procesy, które nie tylko mogą wywoływać w nas strach, ale wręcz powinniśmy się ich obawiać; (2) te zjawiska i procesu można zbiorczo określić mianem katastrofy ekologiczno-klimatycznej, która stała się źródłem kolejnego kataklizmu – tym razem cywilizacyjnego. To, czy cywilizacyjna katastrofa już trwa, czy też dopiero się rozpoczyna i będzie eskalować, jest kwestią pozbawioną większego znaczenia. Głównym problemem pozostaje fakt, że globalne zmiany środowiskowo-klimatyczne mają katastrofalne oddziaływania na nasz aktualny stan rozwoju ludzkości, czyli cywilizację „globalnej wioski”, jednak mieszkańcy globalnej wioski beztrosko ignorują skalę tych oddziaływań. Teza, którą uzasadniał Urbaniak, brzmiała: współczesna cywilizacja wygenerowała wiele komfortowych dóbr i usług, ale zapłaciliśmy za to zabójczą cenę, jaką jest wywołanie katastrofy klimatyczno-ekologicznej, będącej śmiertelnym ciosem w naszą cywilizację.

Jak wyjaśniał prelegent, założył on bezdyskusyjną realność katastrofy klimatyczno-ekologicznej, bowiem istnieje na tyle bogata baza dowodów naukowych co do jej wydarzania się, że nie istnieją racjonalne powody do poddawania jej w wątpienie. Ewentualne wątpliwości mogą wynikać jedynie z niewiedzy, tzw. fake newsów lub mechanizmu wyparcia traumatycznych zdarzeń. Natomiast konieczna jest konstatacja, że globalne zmiany klimatu wraz z degradacją biosfery są charakterystycznymi cechami wyróżniającymi aktualną, choć wciąż nieoficjalną epokę geologiczną, zwaną „antropocenem”. Epoka ta prawdopodobnie rozpoczęła się wraz z rewolucją przemysłową i technologiczną, a więc na przełomie XVIII i XIX wieku, a zdecydowanie przyspieszyła swój rozwój podczas zimnej wojny i wyścigu zbrojeń, wyznaczającego współczesny „wiek atomu”. Zatem epoka antropocenu, to epoka tak radykalnych zmian środowiskowo-klimatycznych, że jej drugą cechą charakterystyczną jest postępujący rozpad współczesnych standardów życia z powodu klęsk żywiołowych, coraz mocniej dewastujących pozornie stabilny i bezpieczny świat człowieka XXI wieku. Jak zauważył Marcin Urbaniak, cechami szczególnymi tej epoki jest: gwałtowne rozprzestrzenianie się aglomeracji miejskich, powodujące dramatyczne kurczenie się ekosystemów; radykalne zanieczyszczanie naturalnego środowiska wraz z emisją gazów cieplarnianych oraz fenomen zwany „wielkim szóstym wymieraniem”. W czasie geologicznym epizody wymierania gatunków nie są rzadkie, ale te najbardziej apokaliptyczne Wielkie Wymierania zdarzyły się tylko pięć razy w czasie 3,8 mld lat życia na Ziemi. Po każdej takiej apokalipsie Ziemia potrzebowała około 10 mln lat na powrót do równowagi ekologicznej. Piąte wielkie wymieranie miało miejsce 66 mln lat temu – zniknęło wtedy co najmniej 75 procent fauny i flory. Współcześnie, w efekcie globalnego zatruwania biosfery, eksploatacji przyrody i urbanizacji dzikiej przestrzeni, w antropocenie człowiek zapoczątkował szóste wielkie wymieranie gatunków. Rozpoczęliśmy dosłowną apokalipsę w dziejach życia na planecie Ziemia. To, co jest bardzo istotne, to uświadomienie sobie, że owa masowa ekstynkcja bioróżnorodności stanowi o wiele większe zagrożenie dla ludzkości i całego pozostałego życia, niż pandemia COVID-19. Drugą kwestią wartą zapamiętania jest, że początkiem wielkiego wymierania wraz z całym kataklizmem była rewolucja przemysłowo-technologiczna sprzed raptem dwustu lat, zaś u jej początku znajduje się tylko i wyłącznie Homo sapiens sapiens. Ponownie należy powtórzyć, że antropogeniczne źródła bieżących katastrof potwierdzone zostały choćby w raportach naukowców z Międzyrządowego Zespółu ds. Zmian Klimatu przy ONZ. Eksperci posiadają 100 procent pewności, iż to działalność człowieka wpłynęła w sposób dominujący na wszystkie dramatyczne zmiany klimatu, środowiskowa i struktur społecznych.

Te najbardziej destrukcyjne oddziaływania człowieka na środowisko oraz klimat Marcin Urbaniak streścił w kilku faktach, które okazały się być śmiertelnymi ciosami wymierzonymi w samą cywilizację.

Obserwowany jest nieustanny wzrost wydobywania, przetwarzania oraz spalania paliw kopalnych, gdzie najbardziej destrukcyjny prym wiodą koncerny paliwowe i energetyczne. Niezmienny problem polega na tym, że choć od czasów tzw. Szczytu Ziemi w 1992 roku w Rio de Janeiro odbywają się niemal każdego roku kolejne szczyty klimatyczne, to deklaracje o dekarbonizacji gospodarki nadal stanowią odległą mrzonkę. Przyczyna tego problemu tkwi w niewyobrażalnie wysokich dochodach globalnych korporacji, które mieszają się ze społecznym oporem przed zaakceptowaniem energetyki jądrowej i budowy elektrowni atomowych, które powinny być wspierane przez dofinansowane OZE.

Podobnie obserwowany jest wzrost produkcji i zużycia tworzyw sztucznych, a więc kolokwialnego „plastiku”. O zabójczych efektach wszechobecnych mikrogranulek plastiku oraz gigantycznych wysypisk syntetycznych odpadów wiemy od dawna. Piszą o tym media popularnonaukowe (National Geographic), donoszą ekspertyzy prestiżowych czasopism (artykuły w Science). Od 1997 roku mamy informacje o nowym „kontynencie”, czyli Wielkiej Pacyficznej Wyspie Śmieci, której aktualna powierzchnia wynosi 1,6 mln km², co równe jest pięciu powierzchniom Polski. Rozwija się prężnie społeczny ruch Zero Waste, a jednak cała posiadana wiedza nic nie zmienia. Wciąż na porządku dziennym zdarzają się sytuacje, jak ta z grudnia 2019, kiedy to na szkockiej plaży znaleziono martwego kaszalota ze stu kilogramową kulą plastiku w żołądku.

Wraz ze zużyciem paliw kopalnych rośnie globalna emisji trzech głównych gazów cieplarnianych w atmosferze: dwutlenku węgla, metanu i podtlenku azotu. Równocześnie rośnie średnia temperatura powierzchni Ziemi. Innymi słowy, globalne ocieplenie stale postępuje.

Z globalnym ocieplenie i rosnącą ilością metanu w atmosferze związany jest wzrost hodowli przemysłowej zwierząt, czyli rosnący popyt na mięso, wędliny, jajka i nabiał. W sierpniu 2019 ukazał się raport wspomnianego już tutaj Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu, dotyczący degradacji środowiska i klimatu przez produkcję właśnie mięsa, nabiału i jaj. Wniosek wszystkich naukowców był jeden: dieta mięsna generuje globalne ocieplenie. Jeżeli ten nawyk żywnościowy będzie się nadal utrzymywał, będziemy zmuszeni wyciąć większość aktualnych lasów pod tereny z uprawami roślin jako pożywienia dla zwierząt hodowlanych. Już teraz chów przemysłowy uwalnia olbrzymie ilości metanu, który aż 25 razy skuteczniej zatrzymuje ciepło na Ziemi od dwutlenku węgla. Do gazów cieplarnianych trzeba dodać kolejne szkody wyrządzane przez fermy hodowli zwierząt: ogromną energochłonność produkcji mięsa oraz nabiału; potężny ślad wodny, czyli zużycie hektolitrów wody podczas produkcji mięsa i nabiału; szkodliwy dla atmosfery transport międzynarodowy zwierząt; wspomniane karczowanie lasów pod uprawy monokulturowe soi czy kukurydzy. Za wszystkimi wymienionymi szkodami środowiskowymi znajduje się niewyobrażalne cierpienie samych zwierząt, a także choroby odzwierzęce (zoonozy), których siedliskiem są fermy. Pamiętajmy bowiem, że źródłem COVID-19 ostatecznie też była przemoc wobec zwierząt, dokonująca się na tzw. mokrych targowiskach Dalekiego Wschodu.

Wspomniane wylesianie i zanikanie różnorodności biologicznej. Szeroko znane i komentowane są przykłady deforestacji oraz wypalania lasów deszczowych m.in. Sumatry i Borneo pod plantacje palm oleistych, produkujących wyjątkowo niezdrowy dla nas olej palmowy. Warto jednak przypomnieć o innym fakcie zabijania bioróżnorodności, jakim jest dramatyczna sytuacja owadów. Niewiele osób ma świadomość, że w ostatnich 30 latach Ziemia straciła ponad 25% entomofauny. Trwający w tym tempie spadek ilości owadów (szczególnie zapylających) będzie zabójczy dla biosfery i nas samych. Zapylacze – od pszczół, które mają kluczowe znaczenie dla światowej produkcji żywności, po motyle – znikają w tempie poniżej 1% rocznie. Spadek ten jest różny w zależności od miejsca, jak podaje Urbaniak za magazynem Science, ale konsekwencja równie dramatyczna.

Rośnie liczba konsumentów, którzy korzystają z usług trzeciorzędnych dla naszych potrzeb, lecz bardzo wygodnych, a zarazem dewastujących biosferę. Chodzi np. o masowe korzystanie z tanich linii lotniczych bądź samochodów w przestrzeni miejskiej. Za komfort płacimy zdrowiem i życiem nie tylko swoim, ale też innych organizmów.

Rośnie tempo przyrostu ludzkości na świecie – przeludnienie jest faktem, a zarazem kolejną tragedią dla bioróżnorodności i nas samych. Pierwszy miliard osiągnęliśmy na początku XIX wieku. Drugim miliardem powitaliśmy XX wiek.. Trzeci miliard pojawił się o wiele szybciej, bo już w połowie XX wieku. Przerażające jest tempo pojawiania się kolejnych miliardów mieszkańców Ziemi. Wedle ONZ, około 60 procent populacji świata stanowią Azjaci, 17 procent mieszka w Afryce, zaś tylko 10 procent, to mieszkańcy Europy. Najszybszy przyrost naturalny ma miejsce w Azji (zwłaszcza Indie) oraz w Afryce. Jest nas zbyt wiele, jednak wszelkie koncepcje, jak temu zaradzić, wywołują natychmiastową falę oburzenia, stanowiąc wyjątkowo bulwersujący temat dyskusji. Mimo kontrowersji i przemilczania, problem przeludnienia nie zniknie – przeciwnie, będzie coraz poważniejszy.

Przechodząc do części poświęconej temu, „czego powinniśmy się bać?”, Marcin Urbaniak omówił wybrane, społeczno-gospodarcze konsekwencje katastrofy środowiskowo-klimatycznej. Konsekwencje te składają się sumarycznie na tytułową katastrofę cywilizacyjną, a ich siła oraz rozległość powoduje, że należy się obawiać w najbliższej przyszłości.

Przede wszystkim, czekają nas coraz częstsze braki w dostawie wodzie pitnej. Sytuacja wodna w Polsce jest zła, o czym wiemy od lat, bowiem kryzys wodny wyraźnie został podniesiony w mediach około 2015 – od tamtego czasu konsekwentnie się pogłębia. Jesteśmy wśród krajów o najmniejszych zasobach wody w całej Unii Europejskiej; wskutek zmian klimatycznych mamy bezśnieżne zimy i suche jesienie; do tego dochodzi wzrost średniej temperatury; a na dodatek sami tworzymy architekturę tak, aby woda opadowa wyparowywała z asfaltu i betonu lub wpływała do kanalizacji. Praktycznie w ogóle nie próbujemy jej retencjonować w strefach aglomeracji miejskich. Gdy dodać do tego kopalnie, które odwodniły pewne regiony (wydobycie np. węgla brunatnego w Bełchatowie odwodniło województwo Łódzkie) i osuszanie stawów, mokradeł czy łąk (katowiccy urzędnicy chcą pomimo trwającej suszy… osuszyć łąkę na Muchowcu, przy Katowickim Parku Leśnym), sytuacja staje się śmiertelnie niebezpieczna. Niewiele osób pamięta, że w czerwcu 2019 roku zabrakło wody w kranach w Skierniewicach, gdzie mieszkańcy obficie podlewali swoje ogródki, a przydomowe trawniki miały zainstalowane automatyczne podlewanie, uruchamiane niezależnie od pogody. To wskazuje na głębokie braki w edukacji klimatycznej, związanej ze zrównoważonym gospodarowaniem i retencją wody. Jakby tego wszystkiego było mało, wciąż aktualna jest skandaliczna propozycja utworzenia betonowych autostrad rzecznych, które – poza dewastacją naturalnych siedlisk nadrzecznych – spowodują, że woda z Polski będzie uciekała rzekami jeszcze szybciej.

Pojawią się również braki w dostawie energii elektrycznej. Prawie 90 procent prądu generujemy w elektrowniach węglowych, które potrzebują wody do chłodzenia. A jej poziom w polskich rzekach i zbiornikach jest – jak wiadomo – bardzo niski. Już dwukrotnie w ciągu ostatnich lat byliśmy na krawędzi utraty napięcia w sieci elektroenergetycznej, obejmującej dużą część kraju. Brak energii elektrycznej, utrzymujący się przez kilkadziesiąt godzin już wydaje się być katastrofą na niewyobrażalną skalę, gdy chodzi o bankowość, finanse, komunikację czy realizację setek codziennych potrzeb. A to zagrożenie będzie się powtarzać, ponieważ nasze wymagania energetyczne rosną, wody coraz bardziej brakuje, zaś rząd zamiast inwestować w odnawialne źródła energii – przede wszystkim w fotowoltaikę – nadal upieramy się przy gospodarce węglowej. Pewne jest, że jeśli decydenci nic nie zrobią (a wszystko na to wskazuje), będzie tylko gorzej.

Kolejne są obserwowalne problemy w obszarze dostępu do żywności zarówno lokalnie, jak i globalnie. Szef Światowego Programu Żywnościowego przy ONZ wskazuje, że obecnie z powodu niedożywienia cierpi 820 milionów ludzi na świecie – najbardziej narażone państwa Globalnego Południa, to Wenezuela, Haiti, Jemen, Etiopia, Nigeria, Sudan, Afganistan i Syria. Z powodu zmian klimatycznych i regionalnych klęsk suszy, plony rolne są dużo słabsze, zatem ceny jedzenia rosną tak w Polsce, jak też w innych częściach świata. Dodatkowy aspekt anomalii klimatycznych i dostępu do żywności, to zjawisko, które nawiedziło Afrykę Wschodnią w lutym i marcu 2020. Otóż pojawiła się tam, poza pandemią i suszą, największa plaga szarańczy od ostatnich 70 lat. Setki miliardów owadów pożarły uprawy i pastwiska w co najmniej ośmiu krajach, w efekcie czego całe regiony doświadczają głodu. Co to ma wspólnego z klimatem? Za plagę szarańczy odpowiadają właśnie zmiany klimatyczne, bowiem to one sprawiły, że na pustynię w Półwyspie Arabskim spadło wcześniej wyjątkowo wiele deszczu, tworząc idealne warunki do wylęgu szarańczy. Tylko do końca stycznia 2020 r. szarańcza zniszczyła niemal wszystkie uprawy Somalii, którą trawi dodatkowo susza. Biorąc te wszystkie zdarzenia pod uwagę, można szacować, że globalna liczba głodujących ludzi może wzrosnąć o kolejne 130 milionów już przed końcem 2020 r. Lokalnie zaś doświadczamy wzrostu cen jedzenia z powodu słabych plonów. Branża spożywcza odczuwa spadek obrotów w związku z powszechną kwarantanną oraz ograniczeniami w międzynarodowym imporcie i eksporcie towarów – to również może odbić się na cenach żywności.

Poza brakiem wody, prądu i jedzenia, realnie grożą nam kolejne pandemie chorób. Niektóre wirusy, które odkrywamy w topniejącej wiecznej zmarzlinie, przeniosą się na ludzi, a pamiętać trzeba, że prędkość topnienia wiecznej zmarzliny dramatycznie przyspiesza. Dochodzi do tego zwiększony zasięg chorób, które już w tym momencie funkcjonują wyłącznie na Globalnym Południu, jednak z czasem przeniosą się na północną część globu z powodu milionów migrujących osób, uciekających przed upałami strefy międzyzwrotnikowej. Poza chorobami czekają nas także ekstremalne doświadczenia związane z samą pogodą: zabójcze, gigantyczne fale upałów; susze destabilizujące cały system produkcji żywności; tornada, huragany i powodzie opadowe.

Do listy prognozowanych klęsk dodać należy niepokojąco utrzymujące się lekceważenie przez światowych polityków faktów dotyczących zmian klimatycznych. Decydenci na skalę międzynarodową bronią przyczyn katastrofy klimatyczno-środowiskowej, a więc m.in. gospodarki opartej na spalaniu węgla, na drapieżnej eksploatacji surowców naturalnych czy na inwestowaniu w gigantyczne plantacje monokulturowych upraw i ferm przemysłowych. Problem polega na tym, że zmiany klimatu i przyrody dokonają bezpośrednio widocznej, masowej destrukcji w przyszłości, gdy większość obecnej władzy decyzyjnej z dużym prawdopodobieństwem zdąży odejść z tego świata. Niestety następstwa obojętności dzisiejszych decydentów dotkną za jakiś czas pokolenie dzisiejszych nastolatków. W celu przeciwdziałania kryzysom i zagwarantowania bezpiecznej przyszłości aktualnym dziciom nie inwestuje się racjonalnych środków finansowych, co stanowi głęboką niesprawiedliwość międzypokoleniową. Analogicznie bagatelizowano niepokojące sygnały z Chin dotyczące zarażeń COVID-19, choć były wiarygodne dowody na groźbę epidemii. Apele ekspertów – tak wirusologów, klimatologów, jak i ekologów – były i wciąż są marginalizowane, a często oficjalnie wyśmiewane. Na naszym lokalnym polu od dawna lekceważone się problemy upałów, suszy i smogu, czego dowodem są kurczące się w miastach tereny zielone; zaniedbany jest temat retencji wody; bezmyślnie betonuje i asfaltuje się przestrzeń zurbanizowaną. Decydenci zdają się nie zauważać, że tylko w kontekście samej pandemii istnieją badania, iż smogowe zanieczyszczenie powietrza sprzyja szybszemu rozprzestrzenianiu się koronawirusa. W efekcie, na jesieni może pojawić się kolejna fala lokalnych epidemii. Trzeba również pamiętać, że chociaż w związku z kwarantanną nastąpił kilkuprocentowy spadek emisji dwutlenku węgla (m.in. brak intensywnego transportu i przemysłu), to – zdaniem Sekretarza Światowej Organizacji Meteorologicznej przy ONZ – spadek ten będzie niestety tymczasowy. Poziom eksploatacji środowiska oraz zanieczyszczania powinien wrócić do zabójczej dla nas normy już w 2021 roku, gdy trzeba będzie nadrabiać straty ekonomiczne. Dlatego wszelkie działania stymulujące gospodarkę po pandemii COVID-19, dla naszego ogólnoludzkiego dobra, muszą zacząć posiadać głęboko ekologiczny charakter. Jakimi efektownymi metodami ów charakter narzucić bądź wyperswadować, to już temat na kolejną dyskusję.

Ostatecznie, wielce niepokojące są nasze własne, dogłębnie szkodliwe dla przyrody, lecz niezreflektowane przyzwyczajenia konsumpcyjne, szczególnie kulinarne. Równie niebezpieczne są postawy i argumenty klimatycznych denialistów, jak wszelkie krążące w mediach publicznych teorie spiskowe, utrwalające irracjonalne postawy i zachowania w społeczeństwie.

W podsumowaniu Marcin Urbaniak zwrócił uwagę, że tak zwana normalność naszej konsumpcji przed marcową kwarantanną absolutnie nie była stanem normalnym. Wszak „normalność” nie oznacza zabójczego dla biosfery wydobywania i spalanie resztek surowców naturalnych; nie jest tożsama karczowaniu najcenniejszych i najstarszych puszcz; nie jest synonimem rozwijania, przesiąkniętej okrucieństwem, przemysłowej hodowli zwierząt dla mięsa, nabiału czy futer. Ta pseudonormalność prowadzi do wielu równoczesnych kataklizmów, z których jeden tylko – pożary – trawi świat nieustannie od wakacji 2019: w sierpniu i wrześniu płonęły lasy Amazonii; od października do styczniu 2020 płonęła Australia; w marcu pożary objęły lasy okolic Czarnobyla; w kwietniu palił się Biebrzański Park Narodowy (spłonęło ponad 5 tys. hektarów terenów); w pierwszym tylko tygodniu maju – pożary zdewastowały bioróżnorodność aż w dziewięciu jednostkach terytorialnych na Syberii.

„Co należy robić?”, zapytali uczestnicy webinarium naszego prelegenta. „Jakie są zalecenia specjalistów?” W odpowiedzi prof. Urbaniak przytoczył opublikowane oświadczenie naukowców z Instytutu Badań nad Klimatem w Poczdamie z dnia 25 kwietnia: aby odbudować gospodarkę i wrócić do równowagi ekonomiczno-społecznej, rządy muszą rozpoznać, że pandemia i kryzys klimatyczny są ze sobą połączone rosnącą ingerencją człowieka w naturalne ekosystemy naszej planety. Globalne ocieplenie i susze są jednymi ze skutków destrukcji biosfery, zaś eksploatacja zwierząt w przemysłowej hodowli zwierząt niszczy klimat, środowisko i jest źródłem zabójczych dla człowieka zoonoz. Głównym wyzwaniem jest systemowe zapewnienie zdrowia publicznego, ale nie zrobimy tego bez zapewnienia bezpieczeństwa klimatycznego i ekologicznego. Nie jest możliwy cywilizacyjny dobrobyt i zdrowi mieszkańcy na chorej planecie. Pierwszym systemowym krokiem musi być uzdrowienie gospodarki poprzez odchodzenie od paliw kopalnych, maksymalizację inwestycji w czystą energię, w technologie przyszłości oraz w ochronę przyrody. Tylko tym sposobem zmniejszymy ryzyko kolejnych pandemii. Krótko mówiąc, rządy muszą zacząć myśleć nie tylko o energetyce, ale też o transporcie, o rolnictwie, produkcji żywności oraz o polskich lasach i rzekach.

Jak podkreślał prof. Urbaniak, wpływowi decydenci powinni walczyć ze zmianami klimatycznymi co najmniej z taką samą determinacją, jaką wykazują w walce z COVID-19. W Polsce, a więc na poziomie lokalnym, w obliczu samej tylko suszy nasze miasta dramatycznie potrzebują dużych obszarów zielonych i błękitno-zielonych, konstruowanych w taki sposób, aby wodę można było zatrzymywać na jakiś czas. Już susza stanowi wielkie wyzwanie, które wymaga od władz lokalnych dofinansowania zbiorników małej retencji i zbiorników śródpolnych; programu ochrony zadrzewień śródpolnych; kompleksowego programu dla całego zrównoważonego rolnictwa i energetyki – a to tylko w jednym z wielu obszarów koniecznych zmian. Pojawiają się w Polsce miasta, które warto naśladować – np. Gdańsk jako pierwszy zakłada gruntowe ogrody deszczowe. Taki ogród może magazynować nawet do 40% więcej wody niż tradycyjny trawnik. Jak już wspominałem, w mieście – z powodu betonu, asfaltu, szkła i stali – woda zbyt szybko paruje lub spływa po uszczelnionych powierzchniach do kanalizacji, zamiast wsiąkać w grunt. Przez to nie zasila wód gruntowych. Obiekty zielonej retencji pomagają rozwiązać ten problem – to samowystarczalna zieleń, której poza okresami suszy nie trzeba dodatkowo nawadniać. Marcin Urbaniak podał przykład również spoza Polski. Chodzi o Wiedeń, który walczy z miejskimi wyspami ciepła i przygotowuje się na nadchodzące upały w lecie poprzez wchłanianie ulic do parków. Konkretnie: zrywany jest asfalt z ulicy; nasadzane są drzewa, krzewy i trawa; montowane drewniane ławki i plac rekreacyjno-zabawowy dla dzieci. Mało tego, Wiedeń tworzy również sieć „chłodnych ulic” – polega to na wskazywaniu przez klimatologów władzom miasta, na których ulicach sadzić dodatkowe drzewa, aby wzmacniać chłodny mikroklimat konkretnych dzielnic. Prof. Urbaniak zauważył, że sadzone są przede wszystkim duże drzewa, tworzące zielone ściany, a dodatkowo przygotowuje się parkingi rowerowe i wymienia asfalt na nawierzchnię przepuszczającą wodę w głąb gruntu, co w Polsce pozostaje w sferze marzeń. Istnieją jednak pewne przygotowania, jak np. program Greenpeace budowy tzw. “Zielonego państwa dobrobytu”, który zakłada, że tytułowy dobrobyt i bezpieczeństwo społeczeństwa nie może opierać się na dążeniu do nieustannego wzrostu gospodarczego. Program postuluje osiągnięcie przez Polskę neutralności klimatycznej najpóźniej do 2040 r., a także objęcie w ciągu dekady 30 procent naszego kraju różnymi formami ochrony przyrody, jak również odejście od chowu przemysłowego zwierząt.

Ponieważ jednak wszelkie systemowe przemiany rozpoczynają się na poziomie modyfikacji naszych jednostkowych decyzji oraz działań, Marcin Urbaniak podał pewne rekomendacje, bez których niemożliwe będzie jakakolwiek wyhamowanie rozpędzających się katastrof. Po pierwsze, musimy indywidualnie, w swojej prywatnej przestrzeni zacząć rezygnować! Bez oglądania się na swoich znajomych, rodzinę czy sąsiadów; bez przejmowania się ich opinią. Autor webinarium miał na myśli konkretne rezygnacje z codziennych, wielce szkodliwych nawyków konsumpcyjnych, które wyjdą na zdrowie nam samym, zwierzętom i okolicznej przyrodzie. Oto sugerowane zalecenia:

– rezygnacja ze spożywania mięsa i wędlin;

– rezygnacja z jedzenia nabiału;

– rezygnacja z kupowania produktów zawierających olej palmowy;

– rezygnacja z używania produktów plastikowych;

– rezygnacja z kupowania nielokalnych produktów (duży ślad węglowy);

– rezygnacja z jazdy samochodem osobowym, gdy nie jest to absolutnie koniecznie;

– rezygnacja z latania samolotami;

– rezygnacja ze strzyżenia przydomowych trawników;

– rezygnacja z grabienia opadłych liści;

– rezygnacja z wypalania traw;

– rezygnacja z kierowania się internetowymi plotkami, teoriami spiskowymi i tanimi sensacjami.

Drugim etapem, jak proponuje prof. Urbaniak, jest czynne zaangażowanie się każdego z nas w pewne inicjatywy oraz działania:

– kupowanie ekologicznych kosmetyków, nietestowanych na zwierzętach;

– zbieranie deszczówki i organizacja miniretencji w swoim ogródku;

– budowa domków (hoteli) dla owadów zapylających i jeży na zimę;

– sianie własnych łąk kwietnych z kwiatami (chwastami) polnymi,

– sianie nawet w doniczce na balkonie mikro-łąk kwietnych dla lokalnych zapylaczy (miejskie „hot-spoty” bioróżnorodności),

– wystawianie miseczek z wodą dla owadów zapylających, jeży i bezdomnych zwierząt;

– zaopatrzenie się w wielorazowe torby na zakupy, siatki na warzywa i myjki do kuchni / łazienki.

Jak podsumował autor webinarium, warto aktywnie uczestniczyć w dowolnym ekologicznym ruchu społecznym, a nawet w wielu ruchach wzajemnie się inspirujących, jak np. weganizm, zero waste, fair trade, locavore, kampanie dla klimatu, działalność permakulturowa bądź tzw. urban farming. Zawsze przy tym musimy pamiętać, aby opierać się tylko na naukowo rzetelnych źródłach, na wiarygodnych komunikatach ekspertów – niezależnie, czy w kwestii chorób zakaźnych i szczepień; obszaru wirusologii; klimatu lub też ekologii. Globalny system polityczno-gospodarczo-obyczajowym nie tylko kompletnie nie przygotował nas na dopiero rozpędzającą się katastrofę, ale wręcz wygenerował wymieniane wcześniej kataklizmy. „Nie jesteśmy jednak bezwolni – mówi Marcin Urbaniak – możemy skutecznie działać. Mamy do tego wszelkie potrzebne narzędzia i wiedzę. Czasami brakuje jedynie chęci do wykonania pierwszego wysiłku, jakim jest praca nad własnymi zmianami. Gdy już zrobimy ten pierwszy krok, dalsze będą dawały coraz większą satysfakcję w budowaniu przyrodniczo świadomego i zrównoważonego społeczeństwa, czego Państwu i sobie serdecznie życzę.”

Istotnie tak!