Czas prezentów
Istnieją dwa rodzaje prezentów. Te które sami chcemy dostać i te które chce dostać osoba obdarowywana. Taka to smutna prawda. Najłatwiej kupuje się to, co nam się podoba, co dla nas jest ładne, czy przez nas upragnione. To taki prezent dla nas tylko podarowany komu innemu. Gdy obdarowywana osoba w oczach ma zawód, zawsze możemy się poirytować i poczuć żal: przecież wydaliśmy pieniądze, zainwestowaliśmy czas w poszukiwania prezentów. Tylko, że to były w zasadzie prezenty dla nas. A tu chodzi o coś odwrotnego. Lepiej nie inwestować czasu, a go dawać, lepiej nie kupować prezentów, tylko je wypracować. Prezent jest wtedy podarunkiem, kiedy jest rzeczywiście dla tego, kto jest jego adresatem. Gdy dajemy komuś to, co chciał/a, o czym marzył/a to wówczas pokazujemy tej osobie, że jest dla nas ważny/a, że ją znamy, że naprawdę o niej myślimy i dajemy jej coś co jest w istocie dla niej i tylko dla niej. Taki gest, mówiący, że: „jesteś w moim sercu” i „w moich myślach”.
W święta – zwłaszcza te grudniowe, dla jednych boże narodzenie dla innych święta rodzinne – szał zakupów i prezentomania przybrały formy chorobowe. Zanurzeni w konsumpcjonizm nawet nie liczymy ile ton śmieci za sobą zostawiamy, nie liczymy, nie analizujemy biegnąć od przeceny, do przeceny. W sklepach ledwo znikną dynie z powycinanymi krzywymi uśmiechami, a już pokazują się mikołaje, czapeczki, renifery, gwiazdeczki, choinki, bombki, okolicznościowe ubrania, obrusy, serwetki, szale, chusteczki… nawet papier toaletowy można znaleźć w mikołaje. W grudniu konsumpcjonizm rusza już na pełnych obrotach, w sklepach pojawiają się specjalne punkty do pakowania prezentów, a w galeriach osobne stoiska z pomysłami na prezent. Ilość gadżetów i promocji, reklamy i przedmiotów wspaniale zbędnych i nikomu niepotrzebnych, zewsząd rozlewa się po świecie. Nie można się nigdzie ruszyć, żeby nie trafić na anioła sprzedającego opłatki, czekoladki, pomadki, kremiki, pakiety telewizyjne i dodatkowe abonamenty. Kredyty rozdawane są we wszystkich bankach ze szczodrym oprocentowaniem (rzecz jasna dla banków, nie dla nas), a zakupowy szał zajmuje każdą wolną chwilę.
Święta, święta i po świętach. Tak co roku. Co roku też nie zauważamy, że Polska produkuje około 14,2 mln ton rocznie śmieci, co oznacza, ze każdy/każda z nas produkuje 377 kg rocznie. Unia Europejska to mniej więcej 228 mln ton, a w skali światowe 2,1 do 2,2 mld ton śmieci. Równie wydajni jesteśmy w produkcji plastiku. Na tym polu nasze osiągnięcia to 400 mln ton plastikowych odpadów. Wedle raportów ONZ z tego ogromu plastikowego zanieczyszczenia tylko 9–10% trafia do recyklingu, a 50% (czyli ok. 200 mln ton) trafia bezpośrednio na wysypiska. To oznacza, że około 40% plastikowych odpadów, co roku trafia od razu, bezpośrednio do środowiska. Patrząc na te dane utwierdzam się w jednym i jak co roku powtarzam, mam dość świąt. Świąt konsumpcji i czarnych piątków, weekendów, szaleństwa wyprzedaży. Rozumiem, że człowiek musi się w coś ubrać, coś zjeść, gdzieś mieszkać. Ale kolejny plastikowy potworek/zabaweczka/durnostójka zalewająca sklepy w ramach bożonarodzeniowej ekscytacji to już nie jest przesada. To ekobójstwo.
Dlatego w tym roku, w te święta, razem z moją mamą postanowiłyśmy dać sobie specjalne prezenty. Ponieważ nic nam nie brakuje – mamy przecież siebie, więc mamy wszystko ponieważ jesteśmy razem – nie potrzebujemy niczego nowego. Chyba, że ktoś chciałby się zaprzyjaźnić to taką nowością zawsze można nas obdarować. A że prezenty stały się częścią składową świąt –stąd damy sobie po wpłacie na Fundację Przyjaciele Konia Petrusa.
Dlaczego właśnie na Fundację Przyjaciele Konia Petrusa? Dlaczego chcemy tak się obdarować wspierając działalność Magdaleny Hejdy i jej podopiecznych? Rzecz to prosta. Co roku na świecie na tak zwane mięso zabija się ponad 84 miliardy zwierząt lądowych. Liczba ta podwoiła się w ciągu ostatnich 20 lat. Według oficjalnych danych Głównego Lekarza Weterynarii (GLW) oraz raportów NIK, w polskich schroniskach przebywa obecnie średnio od 110 do 120 tysięcy zwierząt. Zdecydowana większość bezdomnych zwierząt w Polsce nie trafia do schronisk. Szacuje się, że bezdomnych psów i kotów w Polsce żyje około 825 000. To ofiary udomowienia, ludzkiej manipulacji, braku odpowiedzialności i chciwości. Psy i koty traktowane jak zabawki, czy jak narzędzia do spełniania ludzkich potrzeb, tak samo szczurki, chomiki, świnki morskie, ptaszki w klatkach – okrucieństwo człowieka bywa perfidne. Tortury zadawane przez całe życie, gdy nie szanuje się potrzeb, gdy nagina zwierzę do własnej woli. Do tego bicie, głodzenie, przetrzymywanie na łańcuchu, lub wyrzucanie z domu tylko dlatego, że pies czy kot zrobił się stary i generuje duże koszty leczenia.
Człowiek jest w stanie powiedzieć o swoim cierpieniu – zwierzę nie. Ludzkie łzy są dla nas zauważalne, rozpacz porzuconego psa czy kota może zostać dla nas nieczytelna. Wzruszają nas bezradność i choroba człowieka, zwierzęca może być traktowana w kategoriach „tak to już jest”, „taki los”. W przypadku człowieka nauczyliśmy się empatii w przypadku zwierzęcia ciągle mamy deficyty w zrozumieniu co ono czuje i jaki jest ogrom jego cierpienia.
W Fundacji Przyjaciele Konia Petrusa pojawiły się kolejne psy przywiezione prosto z Ukrainy, ze schroniska leżącego w samym centrum wojennego horroru. Jedna suczka nie ma łapki, ktoś wyciągnął ją z gruzowiska, ktoś ją zoperował. Tam na miejscu, znaleźli się ludzie, którzy w wojennym horrorze zrobili wszystko by uratować drobnego, młodego pieska. Teraz ten pies jest tutaj w Krakowie, dostał kolejną szansę. Suczka przyjechała razem z dwiema innymi psimi uciekinierkami. Do tego w Fundacji są psy i koty, które tutaj w Polsce spotkał okrutny los z ręki człowieka. Dręczone latami, bite, niedożywione, żyjące w przerażeniu i cierpieniu, w Fundacji Przyjaciele Konia Petrusa znalazły swoją przystań, ciepły dom, szansę na wyleczenie i adopcję. A wszystko dzięki niezwykłej osobie, dziennikarce, aktywistce – Magdzie Hejdzie – która dzień i noc, bez chwili przerwy pracuje na rzecz tych najbardziej skrzywdzonych, niewidocznych dla systemu, porzuconych przez nasz egoizm i brak empatii.
W te święta razem z moją mamą dajemy sobie szczególny prezent. Wpłacamy na Fundację, by przerwać cykl ślepego konsumpcjonizmu, kupowania rzeczy niepotrzebnych, pustych gestów i prezentów na pokaz. Moja mama podarowuje dla mnie wpłatę na rzecz Fundacji, a ja robię to samo dla niej. Są dwa rodzaje prezentów: taki który sami chcemy dostać i taki, który chce dostać osoba obdarowana. Ten drugi rodzaj prezentu to znak, że zależy nam na osobie obdarowanej, że chcemy jej przekazać: „myślę o tobie, jesteś dla mnie ważna/y”. Prezent jaki dajemy sobie z mamą to trzeci rodzaj prezentu, w którym zawarte jest współmyślenie i współdziałanie. Fakt, że nie jestem w stanie pomóc wszystkim, nie mogę równocześnie być i w mojej pracy i w fundacji by na przykład zająć się chorym, nie oznacza, że nie mogę pomóc. Przecież mogę wpłacić na cele statutowe, mogę przekazać potrzebne rzeczy, mogę zachęcić innych by pomogli. Pomoc może działać na wielu płaszczyznach. Co najważniejsze właśnie pomoc, a więc udzielanie mocy, przekazywanie siły, dawanie nadziei, możliwości, obecności – jest najpiękniejszym prezentem. Dlatego w tym roku w wigilię w naszym domu nie będzie zapakowanych prezentów, tylko pojawi się ta dobra myśl, że parę psów i kotów będzie miało dobre jedzenie, leczenie i szansę na nowe życie. A może Państwo zechcą się przyłączyć do takich prezentów?
Tekst, fot. prof. Joanna Hańderek




