Benedictus et Corvus

(Opowiadanie 11.)
[Historie obecności]
Benedykt i kruk

Wtedy, w grocie

– Daj mi znak, mój Panie. Choćby najmniejszy gest, oddech, cień, bym wiedział, że mnie słyszysz… – wyszeptałem. – Choć… nie, nie mogę Cię o to prosić…

Mój głos brzmiał obco. Jak nie mój. W tym miejscu, w tak długiej samotności, każda sylaba zdawała się być echem kogoś innego. Mówiłem niemal bezgłośnie, jakby czytając z własnych warg, jakby mówienie było już zapomnianą czynnością. Moje usta były spierzchnięte, zardzewiałe od milczenia. Schowałem głowę w ramionach. Zakryłem twarz dłońmi.

Jestem tylko człowiekiem – pomyślałem – człowiekiem, który nie potrafił już dłużej znieść tamtego życia. Rzymu. Rozpusty, obojętności, smrodu ścieków, pijackiego bełkotu, rozdętego ego i stęchłej chwały. Wróciły obrazy. Jak klątwa. Opowieści o wielkim mieście, ale tylko w ustach spitych senatorów. Kiedy tam żyłem, wszystko we mnie cichło. Uciekałem nie z powodu świata, lecz przez to, co we mnie samym było zbyt kruche, by go znieść.

– Może dlatego, że czułem więcej – wymamrotałem.

Zamknąłem oczy, by znaleźć w sobie światło. Ale była tylko ciemność. Ścisnąłem twarz palcami.

– A może chciałeś, żebym tam został. Może miałem być Twoim świadectwem. Dlatego milczysz?

Dzień po dniu modlitwa wracała, jak echo odbijające się od kamiennych ścian groty. Lecz nigdy nie sięgała dalej niż trójkątny skrawek nieba nad moją głową.

– Moja modlitwa jest jak głos, który nie opuszcza tego miejsca – wyszeptałem. – Czy to kara, Panie? Czy widzisz mnie z Twojego Królestwa?

Przesunąłem dłonią po wilgotnym kamieniu. Skroplona woda tworzyła cienką strużkę, która spływała do glinianej misy. Z niej piłem. Ona poiła moje ciało. Ale przecież moja dusza pragnęła czegoś innego – czegoś, czego nie mogłem znaleźć nawet w najczystszej kropli.

– Ty tworzysz tę kroplę – mówiłem już prawie bez głosu – i ścieżkę, po której płynie. Dajesz mi tylko ją… A przecież potrafisz tworzyć rzeki, jeziora, wzburzone morza. Z falami, które przerażają. A sól zostaje na twarzach, jak mówią pielgrzymi. Ja jestem tylko piaskiem ze wzgórza. Czasem dotyka mnie słońce, czasem księżyc. Migoczę przez chwilę, jak złote szaty władców albo hełmy zbrojnych. A potem znów staję się ziemią.

– Jeśli kiedyś spojrzysz na moją małość… – wyszeptałem – czy mógłbyś wtedy, choć raz, tylko dla mnie, odwrócić Twą twarz ku mnie? Nie tak, by inni to zobaczyli…

– Dlatego tu jestem. Sam. Od trzech lat. Zupełnie sam. – Bym wiedział, że usłyszałeś moją modlitwę.

Oparty o kamień, wdychając zapach gliny, poczułem pod palcami rytm: swoje żebra, ciepło dłoni, chłód groty. Prześwit w stropie, ten trójkąt nieba, rysował na ścianach światła i cienie. Jakby narysowane palcem. Jakby ktoś tu był. Jakby to był Jego pałac, a ja jedynie pustelnikiem, oddechem.

– Może nie jestem godzien? – zapytałem. – Może nigdy taki nie będę. Może jest tu tylko moja tęsknota. Moje echo, które wraca do mnie, coraz słabiej.

Zamilkłem. Wsłuchałem się w ciszę…

A może jestem zbyt głośny. Może mój szept Cię zagłusza! Może powinienem być jak te krople, które są ciche, ale obecne. Może ta cisza jest Twoim znakiem i dla mnie podpowiedzią. Może mówisz przez nią: przez ciemność, przez chłód, przez zapach mchu i dźwięk kapania. Może to ja jestem ślepy i głuchy na Twój głos.

Wtedy poczułem cień. Delikatny, chłodny dotyk na dłoniach, którymi zasłaniałem twarz. Odsłoniłem ją powoli. Spojrzałem w górę. Kruk. Aż krzyknąłem! Siedział na krawędzi prześwitu. Czarny jak noc. Pochylony. Patrzył na mnie. Głowa przechylona w bok, jakby pytał, nie oceniając. Nie widziałem go wyraźnie. Światło oświetlało go od tyłu. Przechyliłem się lekko, by osłonić oczy dłonią i przyjrzeć się. Był dostojny. Połyskliwy. Czarny. Jego oczy były jak dwa korale.

– Czy jesteś znakiem? – pomyślałem. – Czy jesteś znakiem? – wyszeptałem.

Nie odpowiedział. Ale nie odleciał.

– Jestem Benedict – wyjąkałem. – Ojciec cię tu posłał?

Wtedy wzbił się w powietrze. Nie zostawił nic. Ani pióra. Ani głosu. Tylko echo skrzydeł, które odprowadziło ciszę z powrotem na jej miejsce. A moje dłonie powrotnie zakryły twarz.

Teraz, w modlitwie

Czy to wtedy, gdy Benedykt miał dwadzieścia parę lat, spotkał kruka? Nikt dziś tego nie potwierdzi, ale nikt też nie powie, że to spotkanie nie mogło tak wyglądać. Wiem, że Benedykt skrył się jak pustelnik w grocie i z pewnością pytał o świadectwo Boga. Czy tym świadectwem był kruk? Tego również nie mogę potwierdzić. Tak jak nikt nie potrafi naukowo potwierdzić istnienia Boga, bo w tej przestrzeni działa tylko wiara i świadectwo, a nie dowód.

Z opowieści, legend wiem, że kruk uratował życie Benedyktowi. Niektóre przekazy snują przypuszczenia, że wydarzyło się to dwukrotnie. Za pierwszym razem, gdy odniósł chleb nasączony wcześniej trucizną. Za drugim razem, gdy ponoć rozbił kielich z zatrutym napojem. Choć inni mówią, że kielich pękł sam, po znaku krzyża, który uczynił Benedykt.

Czy tak było naprawdę? Może tak. A może nie. Czy kruk żył z Benedyktem do końca jego dni? Bardzo możliwe, bo kruki potrafią żyć długo. Czy oboje obdarzyli się więzią, pewnym rodzajem przywiązania? Nie wiemy tego. I pewnie nigdy się nie dowiem…

Istnieje prawdopodobieństwo, że Benedykt dostrzegł w kruku emisariusza Boga. Posłańca, który nad nim czuwał. Albo po prostu patrzył na ptaka, bez mistycyzmu, i widział w nim tylko ptaka. A może kruk był symbolem dawnej, pogańskiej wiary, która przecież towarzyszyła początkom chrześcijaństwa. Tego również nie wiem…

A gdy dziś, w modlitwie, szukam aktu istnienia Stwórcy? Jak patrzę na ptaki, które mnie otaczają? Jak patrzę na zwierzęta, które się nam przyglądają? Koty, psy, gołębie w mieście, kury na wsi. One nas obserwują. Patrzą, jak przechodzę obok codziennie, dzień w dzień. A może jakaś wiewiórka w parku zeskoczyła z drzewa tuż przy moich nogach, przebiegła i wdrapała się na pień obok. Zatrzymała się na chwilkę i spojrzała tymi czarnymi oczami, tak jak kruk przed wiekami na Benedykta. Może właśnie wtedy chciała coś powiedzieć. Może była odpowiedzią na wezwanie. Może moją modlitwę usłyszał nie kto inny, jak ona – emisariuszka. Albo to był tylko mały wróbelek. Taki niepozorny, a dziś coraz rzadszy. Tak mało ich już w miastach. I może właśnie, choć tak mały, to on był tym emisariuszem. Posłańcem z wysoka. Przyniósł wiadomość: „Widzę cię. Jestem. Ja też jestem z tobą. Jestem twoim świadkiem”.

Nie wiem, czy tak mogło być. Może tak, może nie. Nikt nie pokaże dowodów z podpisami i odpowiednimi pieczęciami. Nikt nie wystawi certyfikatu tej bosko-wiewiórczo-wróblowej obecności. Nikt nie sfalsyfikuje tej prawdy, bo nie da się jej nawet zapisać. Bo jak wyglądałby taki dowód? Jak go uwierzytelnić? Nie da się.

Może ten głos Stwórcy słyszę właśnie wtedy, gdy wierzę, że tak jest. Nadaję mu wartość prawdy, sprawczości. Pozwalam być – sobie, Jemu, razem w moim życiu. I wtedy cała przyroda patrzy na mnie, a ja już nie jestem samotny. Wtedy jestem szczęśliwy i Benedyktowi sprzed tysiąca pięciuset lat kruk odpowiada: „On mnie przysłał!”

I żadne pytanie, żadna wątpliwość nie spłoszy już kruka. Ale nikt tego nie udowodni. Dowodów na to nie mam. Ale już nie patrzę z groty na niebo tylko przez trójkątną szczelinę. Nie szukam potwierdzenia. Bo widzę całą przyrodę. Zwierzęta, rośliny, owady. Wodę w strumieniach, kamienie na stoku góry. I wiem, że wszystko jest Jego głosem.

Dlatego przyrody nie niszczę. Bo widzę, że jest dobra. Tak, jak On to powiedział, gdy stwarzał świat.

Ty sam, sama – musisz Go zobaczyć w drodze i już nie czuć się samotnie. Choć dowodu wam na to nie dam, to musi być wasze świadectwo.

…i nie pytaj kruka, czy przysłał go Ojciec!

Tekst i rysunek Janusz Bończak

Manifest Wegański punkt – 11. Zachęcamy duchowość i religie do spojrzenia na zwierzęta z miłością i troską.

Kolejne opowiadanie: 10 sierpnia w niedzielę o godzinie 8:00