ISTOTA.info

Niezależne dziennikarstwo. Journalism with integrity

Advertisement

Czy pies musi być czyjś, żeby mieć dom?

Na pochylni przed wyjściem z supermarketu leżał pies. Leżał sobie po pańsku, jakby to było jego miejsce, a nie nasze, ludzkie. Pracownica sklepu prowadziła po pochylni załadowany po brzegi wózek sklepowy na parking. Pies ani myślał jej ustąpić. Ona nie krzyknęła, nie tupnęła, nie przegoniła go. Zamiast tego zaczęła z nim negocjować. Powolutku przesuwała jego łapki, żeby tylko nie najechać na nie wózkiem. Pies jak leżał, tak leżał. Łaskawie pozwolił przesunąć swoje kończyny. A ona manewrowała i czuła się winna, że narusza jego spokój.

To było dla mnie przecudowne doświadczenie. Może akurat ta kobieta wyjątkowo lubiła zwierzęta, ale odniosłam wrażenie, że na Sri Lance takie podejście ma wiele osób. Pies nie był tu problemem do usunięcia z przestrzeni publicznej. Był uczestnikiem tej przestrzeni. Leżał w tym miejscu, bo ono należało również do niego. Był u siebie.

Przez pół roku mieszkałam z rodziną w Matarze, średniej wielkości mieście na południowym wybrzeżu Sri Lanki. Psy były na każdym rogu, na każdej ulicy. Po pewnym czasie rozpoznajesz je jako znaczące figury w przestrzeni. Mają swoje rewiry. Ten leży zwykle pod sklepem, tamten śpi przy przystanku, inny kręci się przy plaży. Na początku moja europejska perspektywa podsuwała mi najłatwiejsze określenie: bezdomne psy. Ale szybko zrozumiałam, że ono tu nie pasuje.

Na Sri Lance mówi się o nich: streetdogs, czyli uliczne psy. To nie są psy „bezdomne”, bo one mają swoje domy: swoje psie, a bywa, że i ludzkie rodziny, swoje ścieżki, miejsca odpoczynku i miejsca, gdzie można się pożywić. Nie są też „bezpańskie”, bo żadnej władzy nad sobą nie potrzebują. Organizują się w grupy, w których hierarchia nie jest sztywna. Mają swoje sympatie i antypatie, swoje konflikty, swoje pojednania, swoje leniwe popołudnia i ekscytujące wyprawy po okolicy.

Większość lankijskich psów wygląda podobnie: sięgają mniej więcej do ludzkiego kolana, mają gładką, rudawą sierść, smukłe ciała. Im bliżej gór, gdzie jest chłodniej, tym częściej spotyka się psy z dłuższą sierścią i bardziej różnorodnym umaszczeniem. W Sigiriyi, gdzie metalowe schodki oplatają ogromną skałę, pomiędzy nogami turystów przebiegały psy, które trudno było nazwać ulicznymi. To były psy skalne, zwinne jak kozice górskie. Nie bały się wysokości.

Na naszej ulicy też mieszkała psia rodzina. Była tam Mamusia z okaleczoną łapką i szczeniętami, spośród których jedno nie było jej własne, ale opiekowała się nim jak swoim. Była Mamusia Druga, która też miała swoją czeladkę, ale nie była troskliwą matką. Był Czarny Król, był Ryży i Łachmaty. Psy odpoczywały całą grupą u wylotu ulicy, przemieszczały się razem, bawiły, tuliły, kłóciły się. Znikały na jakiś czas, aż zaczynaliśmy się martwić. Gdy wychodziliśmy, to często odprowadzały nas kawałek, a potem wracały do swoich spraw. Jakie to miłe uczucie: iść ze swoim stadem. Być częścią stada. To zupełnie nie do porównania z prowadzeniem na smyczy jednego psa albo nawet dwóch, także ze względu na tworzącą się od razu hierarchię i relację zależności.

Na Sri Lance większość ludzi widziała w psich stadach równoległy ludzkiemu świat, jak najbardziej mający prawo bytu. Nikt psów nie ograniczał, nie izolował, nie uważał, że człowiekowi należy się więcej miejsca. Psi świat czasami przecinał się z ludzkim światem. Najczęściej bezkonfliktowo. Jednak daleka jestem od romantyzowania tego psiego ulicznego życia. To, od czego na Sri Lance boli serce, to widok psów schorowanych i pokaleczonych. Nie znam odsetka przeżywalności szczeniąt do roku, ale musi być dramatycznie niski. Byliśmy świadkami zniknięcia pięciu spośród sześciu szczeniaków Mamusi Drugiej. Nie wiemy, czy to był wypadek czy atak dzikiego zwierzęcia. Z dnia na dzień została z jednym tylko szczenięciem. Natomiast największymi wrogami lankijskich psów ulicznych w każdym wieku są samochody i świerzbowiec.

Psy uliczne na Sri Lance żywią się głównie odpadkami z ludzkich stołów, a na nich przeważa ryż i curry z dużą ilością przypraw. Mięso jest rzadkością dla takiego psa, chyba że jego terytorium to targ rybny. Gdy zaczęliśmy karmić psy z naszej ulicy, kupowaliśmy im kurze żołądki. Było to jedyne mięso, jakie w ogóle kupowaliśmy. Świat nie jest dobrym miejscem i został tak urządzony, że jeden zjada drugiego. Jednym z największych osiągnięć, ale i wyzwań ludzkości, jest możliwość wyrwania się z tego zaklętego kręgu. Psom to nie jest dane. Widziałam, jak regularne jedzenie mięsa i trochę witamin zmienia psie ciała. Czarny Król na początku naszej znajomości wyglądał tak, jak wyglądało jego życie: był wypłowiały, z otarciami, trochę załzawionymi oczami i śladami po stoczonych bitwach. Kiedy wyjeżdżaliśmy, jego sierść lśniła, oczy były czyste, a blizny wyglądały dostojnie. Ale regularne jedzenie nie rozwiązuje wszystkiego. Nie chroni przed wścieklizną, świerzbem, ciążą za ciążą, potrąceniem przez samochód, ropiejącą raną. Gdzie przebiega granica między wolnością a koniecznością opieki?

W tym miejscu wkraczają do akcji rządowe i pozarządowe programy pomocowe: minimum to szczepienia przeciwko wściekliźnie, ale najczęściej idą z nim w parze programy sterylizacji i doraźnego leczenia. Jeszcze w latach 70. XX wieku każdego roku ponad trzystu Lankijczyków umierało w wyniku zakażenia wścieklizną. W obecnej dekadzie liczba ta spadła ponad dziesięciokrotnie i oscyluje wokół 30 zgonów rocznie. Dzieje się tak, pomimo tego, że liczba pogryzień przez psy jest bardziej stabilna i sięga około trzystu tysięcy na rok. To rezultat przyjętej na Sri Lance polityki One Health (Jedno Zdrowie), polegającej na łączeniu medycyny ludzkiej i zwierzęcej zgodnie z słusznym przekonaniem, że nasze życia, ciała i choroby są ze sobą powiązane.

W gabinecie lekarskim w państwowym szpitalu, do którego trafiłam na szczepienie po tym, jak zostałam ugryziona przez Czarnego Króla siedział lekarz z zeszytem, w którym zapisywał wykonane szczepionki. Na okładce było przyklejone zdjęcie małej dziewczynki z dwoma pieskami i cytat z Orhana Pamuka: “Psy umieją mówić, ale tylko do tych, którzy umieją słuchać”. Te pogodne fotografie i plakaty z pieskami w gabinecie szczepień przeciwko wściekliźnie stanowią mocny kontrast do sposobu pokazywania zwierząt chorych na wściekliznę w Polsce: wyszczerzone potwory z zębiskami ociekającymi śliną. Czy ta różnica wizualna nie jest znacząca? Przecież wścieklizna to także ich śmiertelna choroba, a nie zły charakter.

Charakterystycznie przycięte ucho psa to znak, że zwierzę zostało wysterylizowane i zaszczepione. Takie psy spotykałam pod supermarketem, na przystanku autobusowym, w pobliżu szpitala, w naszej dzielnicy. Przycięte ucho, które z daleka może wyglądać jak okaleczenie, było w rzeczywistości znakiem troski. Ktoś tego psa złapał, zawiózł, uśpił, zaszczepił, wysterylizował, pozwolił mu dojść do siebie i odwiózł z powrotem tam, skąd został zabrany. Bo to wspólny obszar, z którego nikt nie chce psów eliminować. Psy i ludzie (a także inne gatunki) pozostają w relacji współistnienia w przestrzeni, na którą żaden gatunek nie ma wyłączności.

Tysiąclecia koewolucji spowodowały, że to psy, a nie nasi najbliżsi krewni, szympansy, potrafią czytać z ruchu gałek ocznych człowieka. Psy czują nasze nastroje, adaptują się do każdych warunków, są wierne i lojalne. Jako gatunek odniosły ewolucyjny sukces, wraz z ludźmi zamieszkują niemal całą planetę. Ale sukces gatunku nie oznacza, niestety, szczęśliwego życia każdego psa. Patrząc na ludzi, którzy przez tysiące lat nie nauczyli się rozpoznawać psich emocji, od razu wiadomo, kto dominuje w tym nierównym partnerstwie.

Europejski model psiego życia jest tak silnie związany z mieszkaniem, własnością i kontrolą, że trudno nam pomyśleć psa inaczej niż przez relację do człowieka. Pies ma mieć dom, czyli nasze mieszkanie lub podwórko; ma mieć opiekuna, czyli kogoś, kto o nim decyduje; ma mieć imię, książeczkę zdrowia, miskę, posłanie, smycz, adres. To wszystko jest dobre i potrzebne, dopóki pamiętamy, że opieka nie jest niewinna. Opieka bardzo łatwo przechodzi we władzę, a władza odbiera całą sprawczość. Decydujemy, kiedy pies je, kiedy wychodzi, z kim wolno mu się przywitać, od kogo ma się odsunąć, ile może węszyć przy jednym krzaku, a kiedy ma już „iść przy nodze”. Potem dziwimy się, że nasze psy, doskonale odżywione, szczepione, zabezpieczone przed pasożytami i śpiące na miękkich posłaniach, cierpią na nudę, lęki, frustrację i rozmaite zaburzenia.

Obserwacja ulicznych psów na Sri Lance pozwoliła mi zobaczyć te wyjątkowe zwierzęta w bardziej naturalnych sytuacjach, w których to właśnie psy, a nie ludzie, określały warunki i stawiały granice. Tak zachowywałyby się nasze psy, gdybyśmy mogli dać im trochę więcej wolności.

Pies nie musi być czyjś, żeby mieć dom. Ale psy potrzebują ludzi, którzy nie zostawią ich samych z chorobą, bólem, raną, głodem i jedną ciążą po drugiej. Nie dlatego, że są naszą własnością, ale dlatego, że od tysięcy lat żyją w świecie, który współtworzymy z nimi i który najczęściej urządzamy pod siebie. Jeśli domestykacja była początkiem międzygatunkowej umowy, to nie możemy dziś udawać, że wolno nam korzystać tylko z jej przyjemnej części: z wierności, czułości, psiego spojrzenia.

Dobrostan psa składa się z dwóch rzeczy, które zbyt rzadko występują razem: wolności i opieki. Na Sri Lance zobaczyłam psy, które miały wolność, własne relacje, terytoria i autonomiczną wartość niezwiązaną z przynależnością do człowieka. Nie były niczyje. Były swoje. Mogę im tylko życzyć, żeby jak najczęściej doświadczały, oprócz poszanowania swoich granic, również troski i opieki, czyli tego, czego wolność sama w sobie nie daje.
Tekst, fot. Magdalena Kozhevnikova

 

Magdalena Kozhevnikova – antropolożka kultury i bioetyczka. Przez pół roku mieszkała na Sri Lance. Pracuje nad książką „Nieszczelny dom. Pół roku na Sri Lance z rodziną i psem”, osobistą opowieścią o codzienności na wyspie poza turystycznym szlakiem.