Czy Demokracja Przyrodnicza uratuje rolnictwo?
Nowy Rok zwykle zaczynamy od życzeń. Zdrowia, spokoju, stabilności. Rzadziej od pytania, czy to, na czym stoimy, nadal nas utrzyma. A jeszcze rzadziej od spojrzenia na ziemię. Dosłownie i w przenośni. Małopolskie rolnictwo wchodzi w kolejny rok na rozdrożu. Nie tym romantycznym, gdzie można wybrać leśną ścieżkę albo drogę pod wiatr, ale na skrzyżowaniu, na którym światła od dawna nie działają. Jedni mówią, że to wina rynku. Inni, że młodych nie ma. Jeszcze inni, że klimat, Unia, biurokracja. Wszystko po trochu. Ale prawda jest głębsza i mniej wygodna. To nie jest tylko kryzys rolnictwa. To kryzys relacji. Relacji człowieka z ziemią, rolnika z sąsiadem, wsi z miastem, decyzji z rzeczywistością. Przez lata budowaliśmy system, który lepiej radzi sobie z tabelą w Excelu niż z krajobrazem. Liczy hektary, a nie odporność. Produkcję, a nie ciągłość. Wniosek, a nie wspólnotę.
W Małopolsce ten model po prostu nie działa. I nigdy nie będzie działał. Rozdrobnione gospodarstwa, górzysty teren, zmienne gleby, lokalne rynki, silne więzi sąsiedzkie. To nie są wady. To są warunki wyjściowe. Problem w tym, że system traktuje je jak błąd. Dlatego coraz częściej wraca pytanie, czy potrzebujemy nie kolejnego programu, ale zmiany logiki. I tu pojawia się pojęcie Demokracji Przyrodniczej. Brzmi dla niektórych jak idea. Dla mnie to raczej próba powrotu do zdrowego rozsądku. Demokracja przyrodnicza nie pyta najpierw, ile wyprodukujemy. Pyta, co musi pozostać żywe, żebyśmy mogli produkować także za dziesięć i dwadzieścia lat. Gleba, woda, bioróżnorodność, relacje międzyludzkie, lokalna wiedza. Traktuje je nie jak koszt, ale jak infrastrukturę publiczną. W takim myśleniu rolnik nie jest tylko dostawcą surowca. Jest opiekunem krajobrazu, pamięci miejsca i bezpieczeństwa żywnościowego. Gospodarstwo nie jest samotną wyspą, tylko częścią wspólnoty sąsiedzkiej. Targ nie jest folklorem, ale realnym narzędziem dystrybucji i rozmowy. Miasto nie jest rynkiem zbytu, lecz partnerem.
Czy to rozwiąże wszystkie problemy. Nie. Ale bez tej zmiany żadne pieniądze nie zadziałają trwale. Bez niej konsolidacja stanie się wykupem. Cyfryzacja kolejnym wykluczeniem. Kampanie promocyjne pustym hasłem.
Demokracja przyrodnicza nie obiecuje szybkich efektów. Obiecuje ciągłość. A dziś to właśnie ciągłość jest największym deficytem. W rolnictwie, w polityce, w myśleniu o przyszłości. Nowy rok nie musi być kolejnym rokiem przetrwania. Może być rokiem, w którym znów zaczniemy pytać, czy ziemia, na której stoimy, ma jeszcze głos. I czy jesteśmy gotowi go usłyszeć.
No dobrze. Ale jak to zrobić naprawdę…
Za każdym razem, gdy mówimy o zmianie logiki, pada to samo pytanie. No tak, ale jak. Jak w realnym świecie, z realnymi ludźmi, ziemią, pogodą i rachunkami. I to pytanie jest uczciwe. Bo Demokracja Przyrodnicza nie wydarzy się od deklaracji ani od uchwały. Ona zaczyna się nisko. Od ziemi. Od relacji. Od miejsca.
Pierwszy krok to uznanie, że pojedyncze gospodarstwo nie przetrwa samo, ale wspólnota gospodarstw już tak. Nie chodzi o przymusowe łączenie gruntów, ani o wielkie spółdzielnie rodem z innej epoki. Chodzi o dobrowolne wspólnoty sąsiedzkie. Kilka, kilkanaście gospodarstw, które współdzielą maszyny, planują uprawy, umawiają się na zbyt. To nie jest rewolucja. To powrót do rozsądku w nowoczesnej formie.
Drugi krok to logistyka i rynek blisko ludzi. Bez pośredników, bez obietnicy, że „kiedyś się opłaci”. Targowiska, mikro targi w miastach, stała obecność rolnika w przestrzeni miejskiej. Nie od święta. Codziennie lub co tydzień. Z twarzą, nazwiskiem, historią produktu. To nie folklor. To bezpieczeństwo żywnościowe w praktyce.
Trzeci krok to cyfrowe narzędzia podporządkowane ludziom, a nie odwrotnie. Proste platformy sprzedaży, wspólne planowanie produkcji, informacja o popycie. Nie dla statystyk, tylko po to, by nie siać w ciemno. Cyfryzacja w rolnictwie nie ma sensu bez relacji analogowych. Jest tylko ich wsparciem.
Czwarty krok to edukacja, która wraca na wieś. Szkoły branżowe, praktyki lokalne, mentoring międzypokoleniowy. Rolnictwo nie może być ślepą uliczką dla młodych. Musi być wyborem, który daje godność, stabilność i sens. Bez tego nie będzie sukcesji. Bez sukcesji nie będzie rolnictwa.
Piąty krok to zmiana języka polityki. Mniej programów pisanych zza biurka. Więcej pilotaży w gminach. Pięć, dziesięć lat stabilnych zasad, niezależnych od wyborów. Demokracja przyrodnicza nie lubi kadencyjności. Lubi ciągłość. I wreszcie najważniejsze. Trzeba przestać myśleć o wsi jak o problemie do rozwiązania. Wieś jest zasobem wiedzy o rytmie, o granicach wzrostu, o relacji z przyrodą. W czasach kryzysów klimatycznych, to nie miasto będzie nauczycielem. To wieś może nim być. Czy to trudne. Tak. Czy wymaga odwagi. Tak. Ale alternatywa jest znana. Dalsze wyludnianie, import żywności, utrata krajobrazu i sensu. Tego scenariusza nie trzeba już pisać. On się dzieje. Demokracja przyrodnicza nie obiecuje cudów. Proponuje proces. Powolny, ale trwały. Oparty na zaufaniu, lokalności i odpowiedzialności za to, co zostawimy po sobie. A nowy rok to dobry moment, by zamiast pytać, czy się da, zapytać, czy stać nas na to, by dalej robić to samo.
Tekst Janusz Bończak
