Starzeje się każdy, nawet koń

Drumla i Akuino – uratowane przez Klub Gaja, pomagały dzieciom niepełnosprawnym pracując w hipoterapii. Akuino uratowany od handlarza w wieku 2,5 roku, Drumla została wykupiona w wieku 16 lat, po wielu latach ciężkiej pracy w polu oraz bryczce, była wtedy źrebna.

Rocznie w Polsce przeznacza się na ubój około 26 tys. koni (2017). Część z nich, sprzedawanych za granicę, czeka długa podróż przypłacona ranami i stresem. Długi transport powoduje u zwierząt niepokój, cierpienie, a nawet śmierć. Zwierzęta przewożone są w stłoczeniu, a to ogranicza im dostęp do świeżego powietrza, wody i pokarmu. Na rzeź trafiają młode konie hodowane na mięso lub przemęczone ciężką pracą oraz te wykluczone ze sportu czy zaniedbane.

Autorka i Akuino – były koński terapeuta uratowany przez Klub Gaja przed rzeźnią w wieku dwóch lat. Brał udział w zawodach hipicznych dla niepełnosprawnych, obecnie ma 14 lat i jest na wczesnej emeryturze

Ta część koni, która od samego początku przeznaczona jest na mięso, rodzi się u hodowców i po niedługim czasie od utuczenia i nabrania maksymalnej na swój wiek masy wyjeżdża z Polski tirami w podróż w jedną stronę. Jeśli ma szczęście. Bo jeśli nie, na swej drodze ma jeszcze jeden przystanek – koński targ. Nie życzę żadnemu zwierzęciu, a także człowiekowi, by musiało w swym życiu odwiedzić ten przystanek. Jest to miejsce pełne cierpienia i zgrozy. Miejsce, w którym dokonuje się pomsta na koniach. Jednak chciałabym poruszyć temat wywożenia koni na ubój od nieco innej strony.
W mojej opinii jest to temat nie tak chętnie poruszany przez obrońców praw zwierząt czy właścicieli koni i pasjonatów jeździectwa. Dlaczego? Bo dotyczy nas samych, a nie kogoś obcego.
Ogromna część koni, które wyjeżdżają z Polski głównie do Włoch, to te, które prze lata były przez człowieka użytkowane.
W rolnictwie, choć tych w Polsce jest coraz mniej, także w szkółkach jeździeckich czy po prostu przez swoich właścicieli. Jest to praktyka na porządku dziennym. Odsłużone zwierzę, które nauczyło jeździectwa dziesiątki adeptów, które pozwoliło nam na zdobycie odznak jeździeckich, w pewnym momencie po prostu znika ze stajni. Często słyszę: „Pojechał na łąki”. Jestem jako wolontariuszka Klubu Gaja – Stowarzyszenia Ekologiczno-Kulturalnego, które zajmuje się szeroko pojętą ekologią oraz prawami zwierząt, opiekunką starych i chorych koni od wielu lat. Wielokrotnie zmuszona jestem szukać im nowego domu. Ciekawi mnie, dlaczego przez 18 lat obcowania ze światem jeździeckim nigdy nie znalazłam tych miejsc, gdzie za niewielką kwotę konie żyją szczęśliwe, zadbane, zaopiekowane. Może nie miałam szczęścia…
Jako właściciele i opiekunowie nie zawsze zdajemy sobie sprawę, że koń, wychowany i przyzwyczajony od dziecka do pewnych standardów, zachowań, pewnego stylu bytowania, napotyka nierzadko dużą trudność w przestawieniu się na inne warunki. Szczególnie gdy jest sędziwego wieku. Nagle chcemy wypuszczenia koni na wolność, oddajemy je w „dobre ręce”, gdzie mają spędzać czas na jedzeniu trawy na wolnym wybiegu. W naszym przekonaniu jest to najlepsze rozwiązanie. Ale czy dla konia, czy dla nas w zrzuceniu odpowiedzialności za starzejące się i powoli umierające zwierzę. Zastanówmy się, czy dla konia, który całe życie stał w stajni ubrany, nienauczonego kontaktów i relacji z innymi członkami stada, jest to najlepsze rozwiązanie na spędzenie starości? Oczywiście ta sytuacja jest nieco przerysowana.
Świadomość odnośnie wymagań bytowania koni w Polsce cały czas się zwiększa. Może czas podjąć temat starości koni, która nie kończy się ubojem. Starość dotyka każdego. W naszym obecnym społeczeństwie mamy z nią niejako problem. Jest zrzucana na boczny tor. Nie lubimy i nie chcemy o niej rozmawiać, najlepiej jest odłożyć ją tam, gdzie staje się niewidzialna. Ilu z nas świadomie wybrałoby dom starości zamiast starości w swoim domu… Chciałabym, by każda starzejąca się istota miała możliwość przeżywania tego w spokoju i godności na warunkach, jakie sama sobie wybrała. Pobożne życzenie. Jeden z moich podopiecznych jest ze mną od 18 lat. Stał się częścią mojego życia, a ja jego. Z dnia na dzień patrząc mu w oczy widzę, jak się z wolna starzeje i z upływem czasu zauważam, że potrzebuje mnie bardziej. Bardziej niż kiedyś. Gdy miał siedem lat i był pełen energii tak nie było. Wtedy potrzebowałam go ja. Jeździectwo to sport mocno ambicjonalny. Myślę, że koniom, które tak wiele nam oddały nie z własnej woli, a z przymusu, należy się godna starość. Nie wycieczka do Włoch czy porzucenie gdzieś, gdzie nikt ich nie dogląda, a one nie czują się dobrze. Koń to żywe zwierzę zdolne do odczuwania.
Utrzymanie koni to spory wydatek. W Polsce jeździectwo spopularyzowało się i stało się bardziej dostępne. Następstwem tego jest sytuacja, w której zakup konia i wstawienie go do tańszego pensjonatu nie stanowi już takiego wysiłku finansowego. Analizując wydarzenia historyczne można w tym miejscu, z całą pewnością, użyć sformułowania, że koń był i jest „wyznacznikiem statusu”. Nieliczna część właścicieli jednak bierze pod uwagę sytuację choroby i starości. Wtedy zwiększa się zapotrzebowanie na specjalistyczne zabiegi, opiekę. Wtedy utrzymanie konia staje się dużym wyzwaniem.
I odsłużone wieloletnią pracą, chore i starsze konie oddawane są na rzeź. Problem starości jest, przewrotnie, nie lada wyzwaniem. Współczesny świat wybiela starość i wypiera na poboczne tory. A jest to naturalna część naszego życia, o której przestaliśmy pamiętać. Także u naszych zwierząt, które nierzadko nazywamy przyjaciółmi.
Do momentu, kiedy nie staną się obciążeniem.
„Jesteś odpowiedzialny za to, co oswoiłeś” – Antoine de Saint-Exupéry.
Tekst Jagoda Świętosława Bożek,
fot. Michał J. Gadek, archiwum Klubu Gaja

Istotnie tak!