Niech zatrzęsie się Ziemia!
„Jestem tak podekscytowany, nie wyobrażałem sobie… nikt sobie nie wyobrażał, że mogłoby dojść do takiego scenariusza, a co dopiero do jego realizacji. Wydawałoby się to szalone, niemożliwe do wykonania” – głos roznosił się po przestrzeniach wielkopowierzchniowego sklepu, jakich wiele w naszym mieście. „To chyba największe przedsięwzięcie, jakie ktoś kiedykolwiek mógł sobie wyobrazić”. Głos dziennikarza radiowego był bardzo emocjonalny i chyba wszyscy, których dotykał ten ton, lekko wibrujący, wyrywający się z zawodowej tonacji, czuli ciarki na karku, a włosy jeżyły im się na rękach.
Gdzie nie spojrzeć, można było zobaczyć dziennikarzy i reporterów, którzy z niemal dzikim, intensywnym spojrzeniem relacjonowali to, co miało się wydarzyć za zaledwie parę chwil.
Rzeczywiście, świat na moment wstrzymał oddech. I to nie w przenośni. Relacje telewizyjne, radiowe, internetowe dostępne były we wszystkich językach, jakimi posługują się ludzie.
„To zupełnie niewyobrażalne” – słychać było głos kobiety. „Fantastyczna sprawa! Jak to w ogóle mogło się udać, żeby przeprowadzić taką manifestację?” – przekrzykiwali się notable w profesorskich togach. Niby opanowani, a jednak ich twarze nabrały rumieńców, a oczy szeroko chłonęły to, co działo się wokół.
Przedziwne, ale gdyby statystycy mogli wtedy analizować zbiorowe zachowanie, z pewnością większość spostrzeżeń dotyczyłaby przeczącego ruchu głową, z komentarzem: „Nie, to niemożliwe, to się nie może udać.” A dziś, choć głowy wciąż się poruszają, zmienił się komentarz. Teraz wszyscy mówią: „To się może naprawdę wydarzyć! Już zaraz!”
Ludzie od dłuższej chwili są już na ulicach, placach. Ruch samochodowy sam się zatrzymał. Światła drogowe nadal się zmieniają, ale jakby już nikt ich nie zauważał. Ludzie nie reagują na sygnały, które miały ich prowadzić dla bezpieczeństwa. Wychodzą. Spokojnie, bez paniki. Z domów, biur, sklepów. Ze szkół. Z samochodów. Z pociągów. Nawet z miejsc, gdzie nie ma asfaltu, gdzie korzenie już dawno spękały drogi, a zieleń odzyskuje teren.
Popatrzyłem kątem oka na wielki ekran telewizyjny, który zwykle wyświetlał ceny, promocje, reklamy sukcesu. Dziś był jak okno na świat. Pokazywał obrazy z różnych miast, jak w Sylwestra, kiedy zegar odlicza sekundy do Nowego Roku. Ale tym razem to nie był nowy rok. To był nowy czas.
Zobaczyłem ujęcia z dronów. Błonia Krakowskie, bardzo zatłoczone, aż po Kopiec Kościuszki. Rynek Główny, Planty, zatopione w cichym, poruszającym zgromadzeniu. Wolontariusze z megafonami delikatnie apelowali o porządek, a tłum słuchał. Z powagą. Bez agresji. Tylko obecność. Żywa, prawdziwa, ogromna.
„Po prostu… niewiarygodne” – ktoś przesylabizował to słowo: n – i – e – w – i – a – r – y – g – o – d – n – e. „Nie da się tego inaczej nazwać. Nie ma języka, który byłby na to gotowy” – mówił ktoś.
Byłem w tym tłumie. I czułem, że to, co się właśnie dzieje, jest największym wspólnym pomysłem, jaki kiedykolwiek zaistniał. Tak, wspólnym. Bo dotyczy nas wszystkich. Nas, ludzi. Mieszkańców jednej planety. Naszej Ziemi. Naszego jedynego domu.
Sama świadomość, że wszyscy – dosłownie wszyscy – wyszli z domów, z biur, koszar, hal produkcyjnych, świątyń, więzień na spacerniaki, z tramwajów. Że zeszli z rowerów, odłożyli narzędzia, zeszli z maszyn, opuścili sklepy. Bez względu na strefę czasową. Bez względu na pogodę. Świt, noc, upał, śnieg, tropiki, monsun. Jedni mieli wieczór, inni ranek. Ale zegarki nie miały już znaczenia. To nie był czas systemowy. To był czas nasz.
Bo osiem miliardów ludzi wyszło z domów. Solidarnie.
Jak to się stało? Dlaczego?
Bo ktoś, jeden z nas, napisał opowiadanie. Krótkie. Na portalu. Może z emocji, może z gniewu, a może z nadziei. I to opowiadanie przeczytała jedna osoba, potem druga. Ktoś je przesłał dalej. Ktoś skomentował. I nagle poruszyło się coś więcej niż sieć.
„Bo to było prawdziwe. Bo było nasze” – mówili Czytelnicy.
I nagle ludzie poczuli, że mają głos. Że każdy z nas ma głos, który może stać się głosem ważnym, decydującym dla wszystkich.
To nie politycy, nie wodzowie, nie media wzięły ster. Tylko jedno opowiadanie. Jeden post. I ktoś, kto powiedział:
„Wyjdźmy wszyscy razem, o tej samej porze. I tupnijmy nogą. Raz. Dwa. Trzy. Niech sejsmografy pokażą, że to my jesteśmy najważniejsi. Nie ci, którzy prowadzą armie na śmierć. Nie ci, którzy dewastują przyrodę dla własnej wygody. Nie ci, którzy myślą, że mają prawo decydować o życiu innych, bo mają więcej pieniędzy, kontaktów, tytułów”.
„Nie chcemy przewrotów. Nie chcemy śmierci polityków, generałów, prezesów. Chcemy zmienić narrację życia. Wspólnie. Na naszej planecie. Jedynej, jaką mamy” – czytali w opowiadaniu, głosie serca, może zaczerpniętej mądrości wspólnoty.
„Niech się zatrzęsie Ziemia, jeśli trzeba. Niech ci, którzy nas nie słuchali, poczują, że naprawdę istniejemy. Że mamy siłę. Że nie jesteśmy tylko masą. Nie jesteśmy bezwolni. Nie jesteśmy obojętni” – ktoś inny szeptał komuś blisko.
Właśnie mija ten czas. Też stoję. Obok kobieta chwyta mnie za rękę. Mocno. Inni też. Niektórzy się obejmują. Ktoś przynosi transparent, ktoś inny cicho śpiewa. Dziecko na ramionach ojca patrzy szeroko otwartymi oczami. I uśmiecha się.
Odliczanie.
Trzy. Dwa. Jeden.
Tup!
I jeszcze raz!
I jeszcze raz!
A potem… krzyk. Ryk. Radość. Łzy. Śmiech. Cisza i wrzask w jednym. Wspólne bicie serc. Jedna świadomość. Jeden dom. Jedna Ziemia!
To jeszcze nie naszej drogi koniec. To dopiero początek. Pierwsze kroki, choć głośne. Bo skoro raz się udało, to już wiemy, że możemy. Że nie jesteśmy sami. Że potrafimy być razem. Bez czołgów, bez wywiadu, bez przemocy. Z tekstu, myśli, emocji i prawdy, która obnaża ból i cierpienie. Pokojowa zmiana ustroju życia, której jesteśmy warci. Demokracja przyrodnicza, zrodzona z potrzeby, a nie z kalkulacji. Tylko z siły wspólnoty – niezrównanj mocy!
Świat nie został uratowany. Jeszcze nie. Ale dziś został obudzony. I nikt nam już tego nie odbierze.
Tekst, rysunek Janusz Bończak
Opowiadane jest inspirowane na podstawie ostatniego 12-punktu Manifestu Wegańskiego: „Weganizm, to i rozum i serce. Chcemy rozmawiać, współpracować i budować świat oparty na wartościach.
Kolejne opowiadania? Zagladajcie. Będą jak przyjdą, jak zapukacie, zawołacie to się pojawi. Czasem rankiem, innym razem wieczorem, choć zazwyczaj rodzi się w nocy. Bądźmy razem i tupnijmy razem. Niech zatrzęsie się Ziemia!
