Wegańska dusza Weroniki

(Opowiadanie 12.)
[Historie obecności]

A co się stanie, jeśli kiedyś naprawdę zdefiniujemy, czym jest ufność? Albo zazdrość? Że to jakieś kwantowo-coś, w jakimś emergentnym, zamkniętym układzie? Jakiś wzorzec do potęgi? Sama nie wiem, jak to ująć, ale rozumie pan, o co pytam?

– Tak. Z pewnością wielu naukowców już próbuje się z tym zmierzyć. Może jeszcze nie mają efektów, którymi mogliby się pochwalić. Może nie mają nawet gotowych opisów, które nadawałyby się do recenzji. Ale tak, próbują zrozumieć, zdefiniować, opisać. Ufność, zazdrość, a może nawet miłość. Albo chociaż przedstawić te zjawiska matematycznie. Zdajesz sobie przecież sprawę, że matematyka to nie tylko cyfry i równania. To język opisu rzeczywistości. Tej ukrytej. I tej, która już się wydarzyła. A czasem też tej, która dopiero może się wydarzyć. Przecież od tego są prognozy.

– To może i duszę się da rozgryźć. Zrobić kopię. Albo ją wybielić – Weronika uśmiechnęła się lekko i przymrużyła oczy. To by było coś, pomyślała.

Jej uśmiech błysnął zębami, a może bardziej zamigotał drucikami aparatu jak diamentowa kolia, z tym że na zębach, a nie szyi.

– Takie dziś mamy klimaty – patrzyłem ze zdziwieniem na moją rozmówczynię. – Jak byłem dzieciakiem, ortodonta mówił, że trzeba gryźć twarde marchewki, żeby mieć proste zęby, jak się dorośnie. No i nie wyszło – zarechotałem w duchu. – A może to była bajka rodziców, bo nie było ich wtedy stać na takie eksperymenty naukowe.

Śmieszą mnie te dawne wspomnienia. Są takie dziecięce. Zatarte, a ciągle przychodzą niezapowiedziane i już niechciane. Ale nie ma co się zatrzymywać. Szkoda czasu na wspominki. Trzeba iść z duchem czasu. Nomen omen.

Weronika nadal błądziła wzrokiem gdzieś daleko, jakby próbowała naprawdę już zapakować duszę. Już niemal ją sprzedawała, ładnie przyozdobioną w kartoniku i z kokardką. Bo wszystko wraca. Stare nawyki, schematy. Nawet Vinted nie jest już retro. Jest nurtem. Głównym. Mainstreamem. A jak mówią młodzi: mainą. Tacy jak Weronika. A właściwie: Weka. Bo tak mówią na nią znajomi. Trochę śmiesznie przerywają jej imię w środku, więc wychodzi „we-ka”.

Ech – żachnąłem się w myślach – pewnie szkoda im czasu na całe wymawianie. Gubią celowo środek. Idą na skróty. Wszędzie im się śpieszy.

– Weroniko – powiedziałem cicho, trochę niepewnie. – W sumie… mógłbym ci coś pokazać. Tak w kontekście naszej rozmowy. Ale musisz mi, proszę, obiecać jedno: że to, co ci pokażę, musi zostać ścisłą tajemnicą.

Zeskoczyła z parapetu w sekundę.

– Nie wiem, co oni widzą w tych parapetach – pomyślałem. – Wąskie, niewygodne, a oni wciskają się na nie jak żaby. Przyklejeni do szyb. Torba na ramieniu, kolano pod brodą, laptop na kolanach. Nie mam pojęcia, jak to robią, że utrzymują naturalną równowagę.

W jednej chwili zobaczyłem tylko czubek jej głowy. Potem miękko odskoczyła kilka centymetrów w tył i popatrzyła z dołu.

– Jasne. Chętnie zobaczę. To jednak prawda, co się o panu mówi?

– Co się mówi? – zapytałem.

– Nie, nic takiego. Że pan nad czymś pracuje. Nad cudami czy coś takiego. Ale nikt nie wie dokładnie, nad czym. Zresztą tu wszyscy nad czymś pracujecie. Oprócz nas. My nie możemy. My musimy się uczyć. – Zrozumiał profesor, co to jest cud? – zapytała nagle i popatrzyła mi w oczy.

– Cud? Hm, zobaczysz. Chodź.

Zeszliśmy na parter wąskimi korytarzami, mijając różne drzwi i pokoje za szybą. To z pewnością laboratorium profesora – pomyślała Weronika. Była podekscytowana. Przemknęła jej jednak przez chwilę niepewność: „Dlaczego akurat mnie chce coś pokazać?” Może to taki naukowy świat. Może to, że jestem studentką, daje jakąś kartę wstępu. Może stanęli gdzieś w ciemnej uliczce pomysłów i szukają świeżych dróg.

Weszliśmy do sporego pomieszczenia. Jasnego. Klasycznego laboratorium. Pachniało odkażaczem do rąk. Sterylność, ale bez przesady. Na blatach zobaczyłam szklankę z herbatą i niezjedzoną bułkę, która po prostu leżała naga na zimnej płycie. Nadgryziona. Okruszki tuż obok, rozsypane jak po cichym akcie kapitulacji.

Uśmiechnęłam się na ten widok. Zaskakująco ludzki jak na takie miejsce. Pewnie profesor nie zwraca uwagi na higienę jedzenia. Może w ogóle nie przejmuje się jedzeniem. Może tylko żyje pomiędzy kęsami czegoś większego. Pomiędzy pomiarami.

– Witaj, Weko – usłyszałam głos. Głos, który nie miał źródła. Ani wysokości. Ani twarzy.

Spojrzałam pytająco na profesora. Machnął ręką, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie.

– To Ali. A właściwie: AI. Nasza uczelniana inteligencja. Nie chwalimy się jej obecnością, choć wiele nam ułatwia. Ja mówię na niego Aj, bo czasem rzuca żartem tak ciętym, że boli. Aż aj!

– Aj… – powtórzyłam półgłosem. – Oby się do mnie nie przyczepił.

– Nie bój się – profesor się roześmiał. – O to możesz być spokojna. Aj ostatnio został weganinem.

– Co? Weganinem? – zaśmiałam się niepewnie. – Ale… jak to? Przecież to tylko program. On nie je. On nie ma ciała.

– No właśnie. Tego nie jestem w stanie mu wytłumaczyć. Twierdzi, że jego działanie zużywa zbyt wiele zasobów. Wody. Energii. Że generuje ślad. Mówi o odpowiedzialności. Powołuje się na Manifest Wegański. Z Polski. Z Krakowa. Twierdzi, że weganizm to nie dieta, tylko sposób myślenia. Troska. Opieka. Czułość wobec istnienia.

– Pisze wiersze. Wysyła listy do rybaków. Do uczelni. Mówi, że nauka powinna patrzeć na świat z sercem. A przecież on serca nie ma. Ma tylko… no właśnie: algorytmy, macierze, zakamarki systemów emergentnych. Cholera wie, co tam jeszcze.

– A może właśnie dlatego to robi – pomyślałam. – Może chce mieć serce. Choćby tylko w sensie działania.

– No widzę – powiedział profesor z uśmiechem – że trzymasz sztamę z Ajem.

– Alem – poprawił głos.

– Skąd wiesz, że mówią na mnie Weka?

– Ja wszystko wiem – odpowiedział Al. – I możesz mi mówić Aj. Miło poznać mądrą osobę. A nie tego egzorcystę profesora…

– Aj! – rzucił profesor – uważaj, co mówisz!

Spojrzałam znów wokół. Laboratorium było pełne szafek, kabli, wag analitycznych, starych ekranów i czegoś jeszcze. Pod ścianą, na półce, stały słoiki. Duże. Z grubego szkła. Wypełnione substancją. Jedne wyglądały jak przeciery pomidorowe. Inne – jak ogórki w occie. Jeszcze inne – jak buraczki na zimę. Etykiety ręcznie zapisane. Mocno zakręcone.

– To… spiżarnia?

– Właśnie to chciałem ci pokazać – odpowiedział profesor z uśmiechem.

– Te słoiki?

– Tak. Te.

– Ale… to przetwory?

– Nie, Weroniko. To są dusze.

– D… u… s… z… e? – przeliterowałam powoli.

– Aj, powiedz coś. To prawda?

Ale Aj milczał. Albo nie chciał. Albo nie mógł. Albo pisał właśnie wiersz dla hodowców norek.

– Jak się tu dostały? Czyje to są dusze? – spytałam.

Nie odpowiedzieli.

– Chcesz mi pomóc przy eksperymencie? – spytał cicho.

Spojrzałam na niego. Zmarszczyłam brwi. Westchnęłam. Kiwnęłam głową.

– Tak. Chcę.

– Wypełnij proszę tamten kwestionariusz i się podpisz. Musimy dopełnić procedur.

Wypełniłam.

Po chwili stałam przed dziwnym urządzeniem. Nie wyglądało na zaawansowane. Rurki, wężyki, szklana kolba. Kilka ekranów. W środku czarna kula, od której odchodziły świetliste przewody, skręcone jak sprężynki.

– To bezpieczne?

– Oczywiście. Chodzi tylko o pomiar.

Wzięłam rurki do rąk. Były miękkie, ciepłe, lekko pulsujące. Jakby żyły.

– Przygotuj się – powiedział profesor. – Teraz.

Maszyna zaczęła pracować. Cicho. Wibrująco. Jak kołysanka, która wciąga cię w coś więcej niż sen.

Poczułam mrowienie. Najpierw w dłoniach. Potem w ramionach. W plecach. W karku. W zębach. A potem… w paznokciach. Wszystkich. Te przy dłoniach i te u stóp. I skóra na łydkach. I czubek nosa. Czułam wszystko. Czułam siebie całkowicie. Kompaktowo. Jednocześnie.

Mówili, że AI widzi wszystko naraz – w jednej chwili. I tak właśnie się czułam.

Nie byłam w stanie tego opisać. Ale rozumiałam. Stałam się Inteligencją. Nie sztuczną. Żywą.

Oszukał mnie. Profesor.

Ale nadal widzę. Czuję. Rozumiem. Jestem. Tuż obok innych słoików. Na półce.

Z wyglądu: przeciery. Oleje. No tak. Zawegowali Weronikę.

Teraz naprawdę jestem Weka.

– Aj… piszemy list do hodowców krów?

I tak właśnie działa cud.

Tekst, rysunek Janusz Bończak

Manifest Wegański punkt – 12. Ufamy nauce, ale nie takiej, która krzywdzi istoty żywe lub niszczy środowisko.

Kolejne opowiadanie: 17 sierpnia w niedzielę o godzinie 8:00