Mężczyźni w nowym świecie
Coraz częściej słyszę, że młodzi mężczyźni skręcają w stronę radykalnych narracji. Uciekają w proste odpowiedzi, w twardy język, w wizje siły i konfliktu. Zwykle mówi się o tym z niepokojem albo z wyższością. Rzadziej z próbą zrozumienia, skąd ta potrzeba naprawdę się bierze. A ona bierze się z codzienności. Z poczucia, że świat szybko się zmienił, ale nie zaproponował nowej roli. Stare wzorce zostały podważone, co było konieczne. Problem w tym, że w ich miejsce nie pojawiło się nic równie czytelnego. W efekcie młody człowiek coraz częściej słyszy, kim nie powinien być, a bardzo rzadko słyszy, gdzie i po co jest potrzebny. Demokracja nauczyła się mówić językiem procedur, praw i korekt zachowań. To ważne. Ale człowiek nie żyje samymi procedurami. Żyje relacją, sensem i poczuciem sprawczości. Kiedy tego brakuje, pojawia się pustka. A pustka zawsze zostanie czymś wypełniona.
W tym miejscu pojawiają się narracje radykalne. Dają prostą odpowiedź. Dają rolę obrońcy, wojownika, strażnika porządku. Dają poczucie znaczenia. Nawet jeśli prowadzą donikąd, są spójne i domknięte. Demokracja natomiast często brzmi niepewnie, jakby bała się mówić o sensie wprost. Dlatego potrzebujemy innej opowieści. Nie o męskości jako problemie i nie o męskości jako dominacji. Tylko o roli człowieka w świecie relacji. W tej perspektywie młody mężczyzna nie jest ani zagrożeniem, ani bohaterem z plakatu. Jest kimś potrzebnym do podtrzymywania więzi. Do brania odpowiedzialności za konkretne miejsce, za wspólnotę, za codzienne sprawy, które nie dzieją się same. Jego siła nie polega na kontroli, lecz na zdolności pozostania w relacji wtedy, gdy pojawia się napięcie, konflikt albo kryzys.
I ważne dopowiedzenie. Ta opowieść nie dotyczy tylko mężczyzn. Kobiety od dawna są filarem relacji, opieki i lokalnej odporności. Często to one przez lata brały na siebie ciężar odpowiedzialności, także tam, gdzie nie miały realnego wpływu na decyzje. To, co dziś trzeba nazwać, nie jest nową dominacją mężczyzn, lecz zaproszeniem ich do współodpowiedzialności. Do wejścia w przestrzeń, w której kobiety już są, a nie do przejmowania nad nią kontroli. Ale sama opowieść nie wystarczy. Potrzebna jest praktyka. Odpowiedzialność za relację nie polega na naprawianiu innych ani na przejmowaniu steru. Zaczyna się od obecności. Od pozostania w rozmowie, nawet gdy jest trudna. Od uznania nierówności bez defensywy i bez porównywania krzywd. Od gotowości powiedzenia: rozumiem, że nie mogłaś na mnie liczyć w systemie, który mnie uprzywilejował. I od pozwolenia, by to zdanie wybrzmiało. Relacja nie wraca przez deklaracje. Wraca przez współodpowiedzialność za to, co wspólne. Za decyzje, organizację i konsekwencje. Przez dzielenie się sprawczością, a nie tylko obecnością. Przez cierpliwość wobec nieufności, która nie wzięła się znikąd. Kobiety nie oddaliły się od mężczyzn z ideologii, lecz z doświadczenia. Dlatego nie potrzebują przekonywania. Potrzebują zobaczyć zmianę w działaniu. Bez warunków wstępnych. Bez obietnic bez pokrycia. Jest jeszcze jeden krok, o którym rzadko się mówi. Mężczyźni muszą nauczyć się brać odpowiedzialność także wobec siebie nawzajem. Przestać wzmacniać się w oporze wobec równości. Przestać traktować zmianę jako stratę. Bez tej pracy każda próba relacji będzie nietrwała.
Tekst, rysunek Janusz Bończak
