Nikt nic nie wie…

Był mail do studentów, była zatroskana dyrekcja przepraszająca za to, że kierunek nie rusza – i tyle w temacie. Jak ktoś bardzo chce nadal studiować na UKEN, to może sobie wybrać nową dziedzinę, na przykład psychologię.

Właśnie mamy nowy przepis na niestrawności: 200 osób potraktowanych jak nic nieznaczące przedmioty. Pierwszego października studenci i studentki dowiedzieli się, że jednak ich kierunek nie ruszy. Dlaczego? Co takiego się stało? O co w tym wszystkim chodzi? Tego nikt nie wie i jakoś nie słychać żadnych konkretnych wyjaśnień.

200 osób zaufało uczelni. Rzecz to podstawowa i niebagatelna. Uniwersytet swoją długą europejską tradycją sięga tak naprawdę pierwszych filozoficznych szkół w starożytnej Grecji i Rzymie. Już wtedy filozofowie wiedzieli bardzo dobrze, że przyjmując w swoje mury młodych ludzi, biorą za to odpowiedzialność. Przekazywanie wiedzy, nauczanie to bardzo delikatny proces, wymagający wzajemnego szacunku, zrozumienia, zaufania. We współczesnym świecie zapominamy zbyt łatwo, że edukacja to nie tylko przekazywanie wiedzy, zawodowych umiejętności i naukowych kompetencji. To również kształtowanie moralnych postaw, wartości i co najważniejsze – obywatelskości.

200 osób w Krakowie zostało pozbawionych nie tylko możliwości studiowania na wymarzonym przez siebie kierunku. Stało się coś gorszego, otóż ci ludzie zostali opuszczeni. Pitagoras, przyjmując swoich uczniów do własnej szkoły, nie tylko badał stan ich wiedzy, ale nakazywał składać przysięgę na wierność temu, co zostanie im przekazane. Dla starożytnych myślicieli było oczywiste, że droga poznania jest równocześnie drogą cnoty. W poemacie Parmenidesa to właśnie Cnota otwiera drzwi do pałacu bogini Mądrości, jaką jest Filozofia. Platon łączył piękno, dobro i prawdę jako te same wartości. Oczywiście można wzruszyć ramionami i powiedzieć: to dawne czasy. Ale z nich wypływa bardzo ważny morał: nauki nie da się oddzielić od etyki. Nauka wymaga odpowiedniej podstawy.

Prof. dr hab. Joanna Hańderek – filozofka kultury, profesorka Uniwersytetu Jagiellońskiego, badaczka problemów wykluczenia, etyki i ekologii. Autorka książek Czas i spotkanie, Metamorfozy i muzea oraz Filozofia wegańska. Zaangażowana w działalność społeczną i publiczną, łączy refleksję akademicką z aktywizmem obywatelskim.

200 młodych osób pierwszego października dowiedziało się, że ich plany i zobowiązania podjęte w Krakowie nie są już istotne, a może nigdy nie były ważne dla władz uczelnianych. Wielu studentów, aby studiować w Krakowie, musiało wynająć mieszkania. Mieszkania wynajmuje się co najmniej na rok. Bardzo często wynajem oznacza podpisanie zobowiązania, a zatem zerwanie umowy z dnia na dzień może być obarczone karą finansową i utratą kaucji. Wielu studentów musiało podporządkować swoje życie tej decyzji: przeprowadzka do innego miasta, zmiana całkowitego stylu życia, znalezienie nowej pracy, rezygnacja z dotychczasowych obowiązków. Takich decyzji nie podejmuje się pod wpływem chwili – one są długo planowane. Między złożeniem dokumentów na wybrany kierunek, rekrutacją a przyjęciem na studia i potwierdzeniem decyzji władz uczelnianych mija odpowiedni czas, pozwalający na przygotowanie się do nowego miasta i nowych wyzwań. Człowiek nie pakuje się ot tak i nie wyjeżdża w ciemno. Potrzebna jest decyzja z uniwersytetu potwierdzająca przyjęcie na studia. 200 osób otrzymało taką decyzję tylko po to, by tuż przed rozpoczęciem zajęć dowiedzieć się, że studiów nie będzie.

Oburzająca jest nonszalancja, z jaką władze uczelni podchodzą do młodych ludzi. Mówimy dużo o ageizmie jako wykluczeniu osób starszych. Tymczasem tutaj mamy sytuację odwrotną – tak, jakby młody człowiek wcale się nie liczył, jakby jego decyzje, zobowiązania, potrzeby i kłopoty finansowe nie były brane pod uwagę. Milczenie uczelni ma charakter nie tylko ucieczki przed odpowiedzialnością, ale także upokorzenia młodych ludzi, którym należy się szacunek i wytłumaczenie, co tak naprawdę się stało.

Skoro 200 osób nie będzie miało zajęć, do rachunku strat należy dodać również wykładowczynie i wykładowców. Oni także nie zostali poinformowani w odpowiedni sposób i zostali postawieni w sytuacji niekomfortowej, a dla części z nich wręcz dramatycznej, grożącej zwolnieniem. Godziny zostały już ustalone, zajęcia wpisane do pensum, plany zamknięte. Decyzja o rozwiązaniu pierwszego roku może być zgrabnym sposobem pozbycia się niechcianych pracowników. Skoro ktoś nie ma zajęć, można uznać, że jego praca nie jest potrzebna.

Piękne słowa, wspaniałe tradycje, dostojne togi. Tymczasem rzeczywistość okazuje się całkowicie niegodna. Haniebny jest sposób, w jaki uczelnia postępuje ze swoimi studentami i studentkami, przyjętymi na kierunek, który w ostatniej chwili został zamknięty, oraz z wykładającymi tam osobami. Tej sprawy nie można bagatelizować. Z jednej strony mamy ogromny koszt emocjonalny, egzystencjalny i finansowy młodych ludzi, z drugiej – milczenie. Władze uczelni zachowują się tak, jakby nie musiały brać odpowiedzialności za zobowiązania wobec studentów. To nie tylko zaprzeczenie ideałom edukacji, ale także wykluczenie drugiego człowieka, odebranie mu godności, potraktowanie jak kogoś całkowicie nieistotnego.

Cokolwiek się stało, zamknięcie kierunku nie odbywa się w ciągu paru minut. To proces wymagający udziału rady instytutu, wydziału, senatu. Uczelnia nie jest prywatnym folwarkiem, ale wielowiekową instytucją. Decyzje o otwieraniu i zamykaniu kierunków wymagają formalności i czasu. Zdawkowe informacje, które przedostały się do prasy, mówiące o tym, że kierunek nie spełniał norm i został źle oceniony przez komisję akredytacyjną, tak naprawdę niczego nie wyjaśniają. Dużo więcej mówi brak odpowiedzialności i milczenie władz.

Zygmunt Bauman pisał o ludziach wykluczonych jako o tych, którzy zostają wyrzuceni na margines społeczny, stając się zbędnymi niczym śmieci. Brzmi to bardzo drastycznie, ale faktem jest, że obojętność i nonszalancja dają właśnie taki efekt. Przykre, że w Krakowie, mieście uniwersytetów i kultury, takie rzeczy się zdarzają.

Wierzę w młodych ludzi. Pokazali już nieraz, że mają odwagę i wiedzę. Młodzi walczący o klimat, walczący z nadmiarem konsumpcjonizmu przywracają światu równowagę. Moi studenci są dzielni i odważni. Wielu moich przyjaciół z młodzieżówki lewicowej bezkompromisowo stara się realizować wartości. Mam nadzieję, że ci młodzi ludzie, tak podle potraktowani przez uczelnię, na której chcieli studiować, znajdą swoją drogę, że nie zrezygnują z edukacji, ze swoich marzeń, z siebie samych. Jako wykładowczyni i aktywistka czuję ogromny smutek, że muszą przechodzić przez tak trudne chwile. Być może dla niektórych to będzie rok jałowy, stracony edukacyjnie. Wierzę jednak, że nie będzie to rok stracony intelektualnie czy egzystencjalnie. Szkoda, że my, dorośli, fundujemy im tak toksyczną lekcję relacji społecznych. A potem będziemy narzekać, że młodzi nas nie szanują…
Tekst prof. Joanna Hańderek, fot. Janusz Bończak