Gdzie jest lewica, kiedy naprawdę jej potrzeba…

Lewica w Polsce deklaruje, że stoi po stronie ludzi. Że chce równości, sprawiedliwości społecznej, państwa opiekuńczego i bezpiecznego świata. Ale jeśli przyjrzeć się codzienności, trudno znaleźć ją tam, gdzie naprawdę toczy się życie. Nie ma jej na targu, gdzie ludzie rozmawiają o rachunkach. Nie ma jej w autobusie, gdzie młody chłopak zastanawia się, czy opłaci ZUS. Nie ma jej w wiejskim domu, w którym kobieta opiekuje się starszym ojcem i prowadzi jednoosobową firmę, bez prawa do urlopu. Lewica jest w mediach, w panelach, w postulatach. Ale zbyt często jest nieobecna tam, gdzie potrzebna najbardziej.

Największy problem polskiej lewicy polega na tym, że nie potrafi opowiadać świata po swojemu. Nie tworzy własnej wizji przyszłości tylko reaguje na wizje innych. Poprawia świat PiS-u, koryguje błędy Platformy, przyklaskuje pomysłom Zielonych, a na koniec nie mówi nic, co poruszyłoby zwykłego człowieka. Brakuje jej jednej, spójnej i autentycznej opowieści, nie o ideach, ale o życiu. Nie wystarczy, być trochę bardziej sprawiedliwą Platformą albo mniej klerykalnym PSL-em. Trzeba zaproponować nowy kierunek, który będzie, nie tylko wyrazisty, ale też realny, dostępny, zrozumiały. Ludzie nie czekają na wielką teorię społeczną. Czekają na to, żeby ktoś wreszcie powiedział: wiem, że jest ciężko i chcę to zmienić z tobą, nie za ciebie.

Problem drugi, to oderwanie od codziennego życia. Lewica mówi o wartościach i to dobrze. Ale jeśli wartości nie przekładają się na konkretne działania, stają się luksusem. Tracą siłę. Nie mają znaczenia dla kobiety, która codziennie zawozi dziecko z niepełnosprawnością do szkoły, potem jedzie do pracy, a wieczorem wypełnia wnioski o świadczenia, których i tak nie dostanie. Nie pomagają samozatrudnionemu, który nie ma urlopu, bo nie stać go na to, żeby przez tydzień nie wystawić faktury. Nie interesują nauczycielki, która sama kupuje kredki do szkoły i coraz częściej zastanawia się, czy w ogóle warto jeszcze zostawać w zawodzie.

Ludzie potrzebują obecności, nie tylko racji. Potrzebują partii, która nie pojawia się tylko w czasie kampanii. Potrzebują liderek i liderów, którzy nie mówią do kamery, ale potrafią usiąść przy stole w świetlicy i zapytać co u was słychać. Tymczasem lewica, nie zbudowała sieci lokalnej obecności. Nie ma swoich miejsc, w których można się spotkać i porozmawiać. Nie ma świetlic, targów, wspólnot, które trwałyby niezależnie od kalendarza wyborczego. A przecież polityka zaczyna się nie w studio telewizyjnym, ale w kuchni. Na rynku. W szkole, która nie ma opieki popołudniowej. W urzędzie, w którym nikt nie odbiera telefonu. I w remizie, gdzie ludzie jeszcze potrafią rozmawiać ze sobą bez krzyku.

Czwarty problem, to język. Komunikaty lewicy są często niezrozumiałe. Pisane jak do recenzji naukowej. Mówią o redystrybucji, sprawiedliwej transformacji, progresji fiskalnej. A ludzie pytają: to mi prąd zdrożeje czy stanieje? To będę miał wsparcie dla firmy czy nie… Zamiast mówić: wzmocnimy mechanizmy opiekuńcze, wystarczy powiedzieć: nie zostawimy cię samego z chorobą, firmą ani dzieckiem. Nie dlatego, że ludzie nie rozumieją trudnych słów. Tylko dlatego, że mają dość bycia pomijanymi. Zasługują na język, który ich szanuje. Nie jako elektorat, ale jako ludzi.

Jest też kwestia odwagi. Lewica boi się radykalizmu, bo została nauczona, że trzeba być odpowiedzialna. A przecież, to nie odwaga ją gubi, tylko jej brak. Bo jeśli nie powie jasno, że Kościół ma dziś zbyt duży wpływ na życie publiczne, że samozatrudnieni są pozbawieni jakiejkolwiek ochrony, że opieka nad seniorem, to nie prywatna sprawa rodziny, ale sprawa wspólna, to kto ma to powiedzieć. Kto, jeśli nie ci, którzy mówią o sprawiedliwości. Nie chodzi o szokowanie. Chodzi o to, żeby wreszcie odzyskać sens.

Ale najtrudniejsza lekcja dotyczy przedsiębiorców. Lewica przez lata patrzyła na nich z dystansem, jakby byli z innego świata. Kojarzyła ich z korporacjami, z wyzyskiem, z neoliberalnym podejściem do życia. A tymczasem polski przedsiębiorca, to często kobieta z małym lokalem, która walczy o przetrwanie. To mężczyzna, który nie poszedł do korporacji, tylko otworzył warsztat i sam go prowadzi. To ludzie, którzy nie mają ochrony, nie mają wsparcia, nie mają prawa do błędu. To oni są dziś najbardziej wykluczeni i często kompletnie niewidzialni.

Osoba prowadząca jednoosobową firmę, który nie miał wakacji od pięciu lat, nie oczekuje wielkich reform. Oczekuje, że ktoś zauważy jego istnienie. Że nie będzie traktowany, jak bogacz tylko dlatego, że sam sobie wystawia fakturę. Że nie będzie słyszał, że przedsiębiorcy sobie poradzą, bo już wie, że sobie nie poradził.

Jeśli lewica nie da im prawa do godności i bezpieczeństwa, to zrobi to ktoś inny. I nie będzie, to ktoś lepszy. Dlatego warto już dziś powiedzieć: jesteśmy z Wami. Bo Wy też jesteście klasą pracującą. I też zasługujecie na opiekę, spokój, szacunek.

Na koniec warto zadać pytanie, które wisi w powietrzu od lat. Dlaczego ludzie nie głosują na lewicę, skoro mówią, że chcą sprawiedliwości, opieki, silnej wspólnoty. Może dlatego, że lewica mówi o nich, ale nie z nimi. Może dlatego, że zna odpowiedzi, ale nie zadaje pytań. Może dlatego, że mówi językiem, który nie da się zanieść do domu.

Lewica nie potrzebuje nowej kampanii. Potrzebuje nowej bliskości. Musi zejść ze sceny, wyjść z gabinetów i pójść tam, gdzie naprawdę jest Polska. Z torbą, z herbatą, z czasem. Nie po to, żeby wygrać wybory. Po to, żeby nie stracić ludzi. Bo jeśli ktoś ma mówić o pracy, opiece, wspólnocie i planecie to kto, jak nie oni. Tylko niech wreszcie zaczną mówić tak, żeby ich było słychać. I żeby chciało się im odpowiedzieć.
Tekst Janusz Bończak – Powiedzcie mi, proszę, że się mylę w tym tekście!