Zamiast wsparcia. Ściana!
Co naprawdę oznacza prezydenckie weto dla małopolskich rolników
Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało sensownie, rząd chciał dostosować polskie prawo do unijnych wymagań i jednocześnie ułatwić życie rolnikom. Przepisy unijne nakładają obowiązek prowadzenia dokumentacji dotyczącej stosowania środków ochrony roślin, czyli zapisywania, kiedy i gdzie zostały użyte konkretne środki chemiczne, w jakim celu, na jakiej roślinie, w jakiej fazie wzrostu. W założeniu chodzi o bezpieczeństwo konsumentów i środowiska, i nie sposób odmówić logiki takiej kontroli.
Nowelizacja polskiej ustawy zakładała, że te zapisy mają być prowadzone wyłącznie w formie elektronicznej, poprzez specjalny system informatyczny. Ale rząd, świadomy różnic w wielkości i możliwościach gospodarstw, przewidział wyjątki, odroczenia dla małych rolników, nawet do dziesięciu lat, w zależności od wielkości areału. Było to podejście rozważne, cyfryzacja z jednej strony, ale też czas na wdrożenie i wsparcie, takie kompromisy są potrzebne.
Prezydent postanowił jednak tę ustawę zawetować, i choć jego uzasadnienie brzmi poważnie, naruszenie zasady proporcjonalności, ryzyko wykluczenia cyfrowego, zbyt duże obciążenie małych gospodarstw, to w praktyce efekt tego weta, może być odwrotny od zamierzonego.
Bo oto teraz, bez ustawy krajowej, od 2026 roku zacznie obowiązywać bezpośrednio unijne rozporządzenie, które nie przewiduje odroczeń, ulg ani formy papierowej. Rolnicy zostaną więc z tym, czego chciano im oszczędzić, z twardym obowiązkiem cyfrowym, bez wyjątków, czyli dokładnie z tym, przed czym, wedle własnych słów, prezydent chciał ich chronić.
Sytuacja, ta uderza szczególnie mocno w rolników z Małopolski, to region o wyjątkowo rozdrobnionej strukturze gospodarstw, przeciętne mają po kilka hektarów, często prowadzone są przez osoby starsze, bez wsparcia technicznego czy dostępu do szybkiego internetu. Dodatkowo trudny teren, pagórki, doliny, miedze, sprawia, że uprawa wymaga więcej pracy, elastyczności i refleksu. A teraz do tej pracy dochodzi obowiązek szczegółowej dokumentacji cyfrowej, z kodami upraw, numerami zezwoleń, fazami rozwoju roślin, lokalizacją GPS. Dla rolnika z wielkopolskiego gospodarstwa o powierzchni trzystu hektarów, codzienność, dla rolnika z Lanckorony, Łapsz czy Ciężkowic, to koszmar.
Paradoks, w Niemczech czy Francji wciąż można prowadzić ewidencję papierowo, tylko Polska uparła się, by być cyfrowym prymusem i jednocześnie, nie daje rolnikom odpowiednich narzędzi. I kiedy rząd próbował, te narzędzia dać, prezydent mu to zablokował, brzmi jak polityczna gra, niestety, ale płacą za nią ludzie na wsi.
Nie chodzi tu tylko o cyfryzację, chodzi o to, że rolnictwo w Małopolsce już dziś stoi na krawędzi opłacalności. Klimat się zmienia, przypadkowe gradobicia, susze, nowe choroby, trzeba szybko reagować, nie tracić czasu na wypełnianie kodów EPPO w aplikacji, której nie da się uruchomić, bo zasięg znów zniknął. Trzeba mieć czas, by obserwować rośliny, nie tylko formularze.
Nie można mówić o rozwoju wsi, jeśli narzuca się jej obowiązki jak z korporacyjnej tabeli, a nie daje się wsparcia jak ludziom, którzy żyją z natury, nie z internetu.
Czy da się to jeszcze naprawić, tak, ale trzeba działać natychmiast. Po pierwsze ponowić prace nad Ustawą i uwzględnić nie tylko odroczenia, ale realną pomoc, szkolenia, aplikacje dopasowane do telefonów, wsparcie doradców terenowych. Po drugie w Unii zabiegać o możliwość stosowania form mieszanych, papier i elektronika, przynajmniej dla mniejszych gospodarstw. Po trzecie zacząć naprawdę rozmawiać z rolnikami, nie tylko cytować ich w konferencyjnych salach.
Bo weto może być gestem, ale bez działania zostaje tylko gestem, a gest nie nakarmi ani ludzi, ani ziemi.
Janusz Bończak, społeczny doradca Wojewody Małopolskiego do spraw Rolnictwa i Rozwoju Wsi
