Skutecznie pomagać!

Rozmowa z Wojciechem Mużą, obrońcą praw zwierząt, reprezentantem zwierząt w sejmie przy tworzeniu Ustawy o ochronie zwierząt i Ustawy o doświadczeniach na zwierzętach.

Spotkaliśmy się wiele lat temu w Bielsku-Białej, w Stowarzyszeniu Klub Gaja podczas zjazdu aktywistów i wolontariuszy prozwierzęcych, którzy przyjechaliz całej Polski. Jak pamiętam, pełniłeś wówczas stanowisko sekretarza generalnego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami w Polsce, jednocześnie będąc dyrektorem jego biura.

– Tak. To była taka łączna funkcja. Funkcję sekretarza generalnego pełniłem przez wiele lat począwszy od 1996 roku, a wcześniej, kiedy nie byłem jeszcze członkiem Zarządu Głównego, poproszono mnie o to, bym jeździł do sejmu i lobbował przy tworzeniu pierwszej Ustawy o ochronie zwierząt, która została przyjęta w Polsce w sierpniu 1997 r. Pamiętam, że w tamtym czasie odwiedzaliśmy sejm bardzo często, rozmawiając z posłami, promując zachowania prozwierzęce oraz opowiadaliśmy jak wyglądają regulacje prawne dotyczące zwierząt w innych krajach. Przypominaliśmy posłom o obowiązującym Rozporządzeniu Prezydenta Rzeczypospolitej Ignacego Mościckiego z 22 marca 1928 r., wówczas bardzo nowoczesnym na tle innych krajów europejskich. To była bardzo wyczerpująca praca. Najważniejsze jednak, że udało się stworzyć tę ustawę i że została ona przyjęta przez sejm. To był wielki sukces, choć powstał na drodze trudnych kompromisów. Muszę przyznać, że naszych propozycji zwiększających dobrostan zwierząt było o wiele więcej. Właściwie z każdym posłem wypracowywaliśmy regulacje oddzielnie. I już wtedy staraliśmy się przekonać posłów, by zakazano uboju rytualnego zwierząt, czego, jak na pewno wiesz, do dziś nie udało się wprowadzić i nad czym wiele osób ubolewa. Pamiętam też, że wielu działaczy prozwierzęcych z innych krajów zazdrościło nam wprowadzonego zakazu hodowli zwierząt na stłuszczone wątróbki. To był naprawdę wielki sukces. Cały świat zazdrościł nam tej ustawy! To był również sukces Fundacji Animals i jej kampanii sprzeciwiającej się foie gras.
Chcieliśmy wprowadzić rzecznictwo dla zwierząt, ale pomysł ten nie doszedł do skutku, gdyż, jak twierdzili wówczas posłowie, nie byłoby nas na to stać, choć nasza propozycja była przygotowana w bardzo ekonomicznej wersji. Następną próbę, by wprowadzić rzecznika, podjęliśmy podczas nowelizacji Ustawy o ochronie zwierząt w 2002 roku. I kolejną, gdy były prowadzone prace przy oddzielaniu regulacji związanych z doświadczeniami nad zwierzętami od ustawy oraz przy okazji dostosowywania naszych przepisów do unijnych. Był również postawiony postulat
o utworzenie funkcji rzecznika praw zwierząt, ale podczas trudnych rozmów negocjacyjnych przy ustalaniu kompromisowych zapisów został on odstawiony na przyszłość. A szkoda, bo dziś po wielu latach mielibyśmy bardzo prężną funkcję rzecznika praw zwierząt, który skutecznie rozwiązywałby trudne sytuacje zwierząt.

Dziś rolę rzecznika odgrywają organizacje pozarządowe. Nie ma co ukrywać, łatwo nie mają…
– Tak. Organizacje pozarządowe przejęły to rzecznictwo na rzecz zwierząt, niektóre nawet stworzyły taką funkcję u siebie, ale z braku umocowania jej ustawowo spełnia ona najczęściej rolę informacyjno-edukacyjną. Przyznam, że organizacjom pozarządowym jest bardzo ciężko, pomimo wielu zapisów w ustawie ułatwiających im prace. Jednak
w późniejszych bataliach sądowych przy braku dobrego adwokata oraz finansowania ciężko jest wywalczyć dobre prawa dla zwierząt.

Kiedy rzecznik praw zwierząt byłby skuteczny?
– Taki rzecznik praw zwierząt czy też ogólnopolski inspektorat praw zwierząt musiałby być instytucją niezależną od Inspekcji Weterynaryjnej, od parlamentu czy rządu. Generalnie od wszelkich instytucji, które patrzą na zwierzęta nie z punktu etyczno-moralnego, tylko jako produkt, rzecz, którą się np. handluje
w celach konsumpcyjnych. Byłby niezależny i nie podlegał wpływom określonym przez gospodarkę państwa, mógłby skuteczniej podejmować działania w sprawach poprawy np. warunków przetrzymywania zwierząt,
o których wiadomo, że zostaną przeznaczone do rzeźni, o ich życie i dbałość
o to, w jaki sposób umierają, czy nawet tych przebywających w sklepach zoologicznych.

W papugarniach?
– Papugarnie! Makabra. Wyobraź sobie wycieczki szkolne – tak z 40 osób wchodzących do papug, co te ptaki czują? Nie mówi się głośno o tym, ile ich umiera ze stresu, ale jest to opłacalny biznes i można je szybko zastąpić nowymi.
Dzisiaj zadzwoniła do mnie koleżanka i mówiła o przedsiębiorcy, który jeździ na wielbłądzie po nadmorskich miejscowościach. Taka atrakcja! Zwierzęta czasem żyją w tragicznych warunkach, które nie są w żaden sposób uregulowane.
Jest zapis, że przedsiębiorca wykorzystujący zwierzęta do celów rozrywkowych musi mieć na to zezwolenie, ale jak to wygląda w praktyce…, kontroli nad tym nie ma nikt. Szczególnie w mniejszych miejscowościach. Podobnie jest podczas różnorakich przedstawień teatralnych, filmów, w których wykorzystuje się zwierzęta. Nie zawsze są te zezwolenia.

Teraz jesteś prezesem Towarzystwa Obrony Zwierząt w RP i dużo czasu poświęcasz edukacji ekologicznej. Ale tę edukację prowadzisz już od wielu lat.
– Tak. Gdy zaczynałem współpracę z Towarzystwom Opieki nad Zwierzętami w Polsce w 1993 roku, stan kontrolowanych przez nas schronisk dla bezdomnych zwierząt mroził krew w żyłach. Dzisiaj schroniska są w pełni dofinansowane i warunki opieki weterynaryjnej są na poziomie o wiele wyższym niż wcześniej. I zaangażowanie ludzi w pomoc schroniskom też jest o wiele większe. Kiedy pada hasło, że schronisko przez podtopienia jest zalewane, to wszystkie zwierzaki znajdują chwilowe schronienie w domach dobrych ludzi. Czyli jest lepiej, niż było w latach 90-ych. Musimy edukować dzieci od najmłodszych lat dbałości i wrażliwości na rzecz zwierząt. Ja się uczyłem oglądając programy edukacyjne „Zwierzyniec” czy „Teleranek”, które mówiły o empatii do zwierząt. Czytałem lektury np. „O psie, który jeździł koleją”, pamiętam, nie mogłem jej skończyć, bo łzy zalewały mi oczy. Kiedyś uczono tej wrażliwości, nie tak jak dziś, gdy mamy świat gier, a życie warte jest tyle, co naładowanie baterii do smartfona.
Dzieci same w sobie odczuwają „ciepło” do zwierząt, chcą z nimi przebywać, kochają je i gdzieś później ta empatia się zamazuje, aż w końcu zanika. Dlatego ruszyliśmy z kampanią „Anioły ze szkoły”. W naszym projekcie wzięło udział około 300 szkół. Będziemy wznawiać ten projekt, gdyż widzimy chęć do uczestnictwa w nim u najmłodszych, i uważamy, że edukację związaną z ochroną zwierząt i całej przyrody powinniśmy prowadzić właśnie od najwcześniejszych klas szkolnych i jeżeli nie poprzestaniemy na tych klasach, tylko będziemy uczyć empatii do klas najstarszych, to ta wrażliwość na los zwierząt pozostanie
u takich osób już do późnej starości.

Jak wyglądają takie zajęcia?
– Wspólnie z pisarzem Tomem Justyniarskim jeździmy do szkół z pogadankami i możemy się pochwalić imponującą liczbą dzieci biorących udział w tych zajęciach.
W ubiegłym roku na spotkania z nami przyszło w sumie około 30 tysięcy dzieci. Książka Toma skierowana jest szczególnie do najmłodszego pokolenia. Książka „Psie troski” została wpisana na listę lektur szkolnych. I fajnie, gdyż mogę zabrać tę pozycję na spotkania z młodszymi i w oparciu o nią porozmawiać o zwierzętach. Również sporo nauczycieli korzysta z niej, z czego się bardzo cieszymy. W wielu szkołach w okresie zimowym odbywają się spotkania z „Gwiazdorem” (na Kaszubach) czy Świętym Mikołajem dla zwierząt, czyli zbiórki karmy, i to jest wydarzenie, w które dzieci bardzo chętnie się angażują. Chciałbym dodać, że warto taką zbiórkę karmy wykonać w porozumieniu z konkretnym schroniskiem, dzięki temu będziemy wiedzieć, jakiego typu karma jest potrzebna. Czy to będzie karma np. dla kotów z chorobami nerek, czy zwierząt starszych. Bardzo często jest tak, że ta najtańsza karma szkodzi zwierzętom. I choć w zakupie jest tańsza, to generalnie po jej zastosowaniu koszty wyleczenia zwierząt np. z biegunki są o wiele wyższe. Dlatego gdy nauczyciel chciałby zorganizować podobną akcję, powinien skontaktować się z kierownictwem najbliższego schroniska lub ogrodu zoologicznego, bo przecież zwierzęta tam żyjące też potrzebują naszej pomocy. Gdy nie ma w pobliżu akurat schroniska bądź zoo, bo przecież tak się może zdarzyć, warto poszukać organizacji pozarządowych, które wspomagają np. tymczasowe domy dla zwierząt. Można kupić dla nich talon na zakup w jednej z sieci handlowych. Taki talon może być również honorowany w lecznicach weterynaryjnych, można również przekazać jakąś kwotę pieniędzy.

Rzecznik na poziomie centralnym mógłby pomóc koordynować takie akcje?
– Oczywiście. Brakuje takiej ogólnopolskiej koordynacji. Wyobrażam sobie, że taki rzecznik praw zwierząt nie zajmowałby się oczywiście szczegółową analizą zapotrzebowania poszczególnych schronisk, gdyż to nie byłoby jego rolą. Ale monitorowałby przepisy, na jakich zasadach działają takie schroniska i gdzie są ewentualne szkodliwe luki prawne. Reagowałby w przypadku klęsk żywiołowych. Organizował pomoc. Myślę, że przede wszystkim musi to być osoba, która bardzo dobrze zna prawo i wie, jak ma się po nim poruszać, ponieważ niektóre przepisy o ochronie zwierząt hodowlanych nie zawsze są zgodne z Ustawą
o ochronie zwierząt. Są przepisy, które mówią o wykorzystywaniu zwierząt w służbie wojskowej, one również w wielu przypadkach nie są zgodne z tym, co mówi ustawa. A te przepisy wyjęte są spod jurysdykcji Ustawy o doświadczeniach na zwierzętach. Mimo że Krajowa Komisja Etyczna ds. Doświadczeń na Zwierzętach, do której należałem przez ponad trzy kadencje, bardzo często w tej kwestii wydawała orzecznictwo i domagała się ostro, by te doświadczenia podlegały jurysdykcji lokalnych komisji etycznych. By zapisy były przejrzyste i jasne.
Rzecznik praw zwierząt pomimo to, że byłby instytucją samą w sobie, mógłby współpracować z różnymi stronami rządowymi. Powinien wspierać się radą składającą się nie tylko z samych naukowców, ale również z działaczy organizacji pozarządowych, żeby te działające na „dole” mogły wyrażać swoje wątpliwości, wnioski czy postulaty mogące wesprzeć ich działania na rzecz zwierząt. Organizacje pozarządowe często prowadzące sprawy sądowe przeciwko osobom, które doprowadziły do cierpienia zwierząt, narażone są na ataki tych osób. Oczywiście jest wielu prawników, którzy chętnie działają społecznie na rzecz zwierząt, pomagając organizacjom w dużych miastach. W gorszej sytuacji są osoby działające w małych miejscowościach, gdyż
z braku środków problemem jest dojazd np. do dużego miasta na rozprawę.
A instytucja praw zwierząt miałaby np. swoje delegatury, chociażby w miastach wojewódzkich, co ułatwiłoby przeprowadzenie takiej sprawy, gdyż prawnik z Gdańska mógłby w ramach obowiązków wesprzeć swoją działalnością całe województwo pomorskie. Nawet niekoniecznie pojechać na rozprawę, ale sporządzić dobre pismo oparte na znajomości przepisów.
Wierzę, że uda nam się ustanowić w Polsce rzecznika praw zwierząt. Polska wielokrotnie była prekursorem doskonałych ustaw i rozporządzeń. Takie było rozporządzenie z 1928 roku. Na świecie zazdroszczono nam go. W 1997 roku, kiedy wprowadzaliśmy Ustawę o ochronie zwierząt, niektóre państwa będące już członkami Unii Europejskiej zazdrościły nam części przepisów, czyli jest w nas, Polakach potencjał i wrażliwość dla zwierząt. Jesteśmy przecież krajem, który kocha konie, tak? Od zawsze. W przeszłości zwierzę było ważniejsze niż nasze samopoczucie. Chciałbym przypomnieć już przysłowiową klacz Kasztankę marszałka Józefa Piłsudskiego. Konie wtedy były szanowane, gdyż ginęły równie
często jak ich opiekunowie. W czasie Powstania Warszawskiego były osoby, które ratowały psy, dokarmiały je mimo bardzo trudnej sytuacji. Ratowały konie… i dopiero kiedy zwierzę cierpiało, skracano mu życie przez eutanazję. Ta wrażliwość była. My jesteśmy bardzo wrażliwym i światłym narodem, który kocha zwierzęta.

Rozmawiamy o organizacjach pozarządowych, o możliwym przyszłym rzeczniku dla zwierząt, czy masz wskazówki dla Czytelników, jak my możemy pomóc zwierzętom?
– Na pewno osoba, która czyta to pismo, to nie dlatego, że przez przypadek wpadła jej w ręce, tylko, że posiada pewną wrażliwość. To nie jest gazetka informacyjna tylko pismo dla odbiorcy, który jest tematem zwierząt zainteresowany. Co może zrobić? Może innych edukować, i to jest taki apel do Czytelników: Masz czas, zorganizuj jakieś wydarzenie, dołącz do niego. Pokaż, że kochasz zwierzęta! Podpisz petycję na FB i zachęć innych by ją podpisali. Wyślij listy, kartkę pocztową do posłów przy jakiejś kampanii wspierającej zwierzęta. Ja pamiętam, kiedy Unia Europejska wprowadzała zakaz handlu ptakami egzotycznymi pozyskanymi
z natury, to myśmy z Polski do Komisji Europejskiej wysłali łącznie około 5 tysięcy takich pocztówek i to miało wpływ! Takie mikrodziałanie. Ja, obywatel Wojciech Muża, popieram taką działalność nie w imieniu jakiejś organizacji czy instytucji, państwa
– ja ją imiennie popieram!
I to jest bardzo ważne, żeby uświadomić politykom czy tym, którzy podejmują decyzje, że za tą akcją nie stoi jakiś lobbysta tylko zwykły obywatel, który gdzieś tam działa.
Uważam również, że parlamentarne koło przyjaciół zwierząt powinno się aktywnie zaangażować w proces tworzenia rzecznictwa dla zwierząt i budowy jej struktur.
Zachęcam też do przeczytania książki pt. „Poradnik samorządowy. Zwierzęta w gminach”, którą napisałem pięć lat temu. Piszę w niej o przepisach dotyczących przetrzymywania zwierząt przez właścicieli na terenie gminy. Takie wydawnictwo powinno być w każdym urzędzie. Urzędnicy, radni zdają sobie sprawę, jakie cele chcą realizować, ale często nie znają przepisów, które im na to pozwolą. Rzecznik powinien dawać gotowe rozwiązania urzędnikom do ich pracy, przepisy dotyczące ogrodów zoologicznych i ich miniodpowiedników, występów zwierząt. Rzecznik powinien mieć rejestr wszystkich cyrków, ich tras z dokładnymi datami i miejscem występów, bo tylko w takiej sytuacji można skutecznie przeprowadzić ich kontrolę.

Chciałbym spytać jeszcze o jeden temat, który poruszamy na łamach naszego pisma. Jak wygląda sprawa myślistwa rekreacyjnego w kaszubskich lasach?
– Uważam, że jeżeli mamy sytuację, w której należy uregulować ilość zwierząt w lesie ze względu na nadmierną populację danego gatunku, to od tego powinny być specjalnie służby leśne podlegające nadleśnictwu z określonego terenu. Ja się absolutnie nie zgadzam na to, żeby ktoś, kto chce sobie postrzelać, kupił dubeltówkę, chodził po lesie, strzelał i mówił, że on realizuje jakieś działania leśne. Od tego powinny być służby nadleśnictwa! Znam wielu leśniczych z tego terenu, oni są myśliwymi i często ubolewają nad tym, co robią „strzelacze” ze związków łowieckich. I to, co po nich znajdują w lesie.
Dziękuję za rozmowę
Tekst, fot. Janusz Bończak

Wojciech Muża, obrońca praw zwierząt, reprezentant zwierząt w sejmie przy tworzeniu Ustawy o ochronie zwierząt i Ustawy o doświadczeniach na zwierzętach. Działał na rzecz zablokowania negatywnych rozwiązań prawnych dla zwierząt, co doprowadziło do skutecznego zawetowania Ustawy o ochronie zwierząt, a później Ustawy o doświadczeniach na zwierzętach przez Prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego. Sekretarz generalny i reformator Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami w Polsce, inicjator wprowadzenia Światowego Dnia Zwierząt 4 października przez Sejm Rzeczypospolitej Polskiej, członek Krajowej Komisji Etycznej ds. Doświadczeń na Zwierzętach 3. kadencji. Reprezentant Polski w Eurogroup for Animals w Brukseli przed wejściem Polski do UE i po jej wejściu do wspólnoty europejskiej, nagrodzony PROTonem – nagrodą dziennikarzy za działalność PRową na rzecz edukacji prozwierzęcej oraz polskimi nagrodami międzynarodowej nagrody EFFIE za akcje społeczne na rzecz praw zwierząt, pedagog – terapeuta, prezes Towarzystwa Obrony Zwierząt, współtwórca projektu Anioły ze Szkoły skierowanego do szkół i wspierającego naturalne zachowania prozwierzące wśród dzieci.