Historia lokalności

Wykład prof. Mateusza Wyżgi podczas Wielkowiejskiego Targu 27 lutego 2026 w Factory Kraków

Podczas wydarzeń Wielkowiejskiego Targu obok spotkań z lokalnymi producentami i rzemieślnikami regularnie pojawiają się również wykłady i rozmowy z badaczami zajmującymi się historią regionu oraz przemianami społecznymi wsi podkrakowskich. W poprzednich edycjach wydarzenia gośćmi byli historycy, socjologowie i badacze kultury lokalnej.

Podczas spotkania w gościnnej przestrzeni Factory Kraków w Modlniczce wykład wygłosił prof. Mateusz Wyżga z Instytutu Historii i Archiwistyki Uniwersytetu Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie. Profesor od wielu lat bada historię wsi podkrakowskich, relacje między miastem a jego zapleczem rolniczym oraz społeczną historię chłopstwa. W swoim wystąpieniu opowiedział o tym, jak funkcjonowała dawna lokalność, jak wyglądał handel między wsią a miastem oraz jaką rolę w tym systemie odgrywały rodziny, kobiety i więzi społeczne.

Zapraszam do przeczytania tekstu wykładu.

Wykład prof. Mateusza Wyżgi

Szanowni Państwo, witam Was serdecznie w „przeszłości”.

Powiem Wam skąd się wzięły takie miejsca jak to, w którym dziś jesteśmy, gdzie wcześniej ludzie handlowali i dlaczego my tu dzisiaj jesteśmy. Zwłaszcza, jak wiele w naszej społecznej tożsamości wynika z handlu lokalnego i z potrzeby przemieszczania się.

Jedną z moich książek nazwałem Homo movens. Mobilność chłopów w mikroregionie krakowskim w XVI-XVIII wieku, ponieważ człowiek nie jest tylko Homo sapiens, ale również Homo movens. Musimy się przemieszczać. Nasi przodkowie mogli czuć się nieswojo, kiedy się nie przemieszczali. To się nie opłacało. Drzwi w domu były po to, żeby je otwierać i zamykać.

Dzisiaj zwykle jesteśmy po tej stronie lustra, po której jesteśmy klientami. Tymczasem przez setki lat wszyscy w jakiejś mierze byliśmy producentami. Wszyscy coś wytwarzali, a najtrudniejszą rzeczą do produkcji w historii Polski była żywność.

Żywność była zdrowa, ponieważ nie istniało coś takiego jak chemia w dzisiejszym znaczeniu. Chemii po prostu nie znano. Jakąś tam „chemią” była gorzałka. Poza tym funkcjonował system, który dzisiaj nazwalibyśmy gospodarką bez odpadów. Nic się nie marnowało. Nawet to, co zostawało po produkcji piwa, czyli zużyty słód z ziaren zbożowych, mogło po zmieleniu służyć za karmę dla psów.

Trzysta lat temu na terenach Wielkiej Wsi, Modlnicy czy Modlniczki jak powszechnie na ziemiach polskich, ważną rolę odgrywały karczmy wiejskie. Karczma była w dawnej Polsce czymś w rodzaju Internetu. W karczmie można było dowiedzieć się, co się dzieje w Krakowie albo nawet w dalszym świecie. Karczmarz był jak operator informacji. Tam można było kupić zamorskie przyprawy, ale i naszą polską sól, różnego rodzaju alkohole, a także zobaczyć nowe mody. Zwłaszcza zajazdy przy dużym mieście to odwiedziny wielu obieżyświatów, przynoszących nowiny dla społeczności lokalnych.

Relacja między miastem a wsią była żywa i dwustronna. Kraków uczył się od wsi, a wieś uczyła się od Krakowa. Tak mogło być z odzieżą. Zanim dziewczyna stała się gospodynią, służyła w mieście i tam uczyła się na przykład krawiectwa, poznawała przeróżne materiały tkackie, po czym wiedzę tę przynosiła do rodzinnej wsi. Również chłopcy często trafiali do miasta na służbę. Przez kilka lub kilkanaście lat uczyli się tam różnych zawodów, na przykład robienia butów. Albo wiązali swe życie już na zawsze z Krakowem albo wracali do swoich miejscowości, stawali się wiejskimi rzemieślnikami i przekazywali zdobyte umiejętności dalej. W ten sposób mogły powstawać lokalne style rzemiosła i „mody”.

Wykład prof. Mateusza Wyżgi podczas Wielkowiejskiego Targu 27 lutego 2026 w Factory Kraków

Podczas wydarzeń Wielkowiejskiego Targu obok spotkań z lokalnymi producentami i rzemieślnikami regularnie pojawiają się również wykłady i rozmowy z badaczami zajmującymi się historią regionu oraz przemianami społecznymi
Wykład prof. Mateusza Wyżgi podczas Wielkowiejskiego Targu 27 lutego 2026 w Factory Kraków Podczas wydarzeń Wielkowiejskiego Targu obok spotkań z lokalnymi producentami i rzemieślnikami regularnie pojawiają się również wykłady i rozmowy z badaczami zajmującymi się historią regionu oraz przemianami społecznymi

Tak wyglądał świat aż do XX wieku. Świat, który nas dziś otacza, jest w pewnym sensie światem nieludzkim i nieprzystającym do naszych naturalnych warunków. Oddychamy powietrzem, które nie zawsze jest dobre, jemy wiele rzeczy sztucznych. Dlatego chwała gminie Wielka Wieś za to, że promuje żywność lokalną, opartą na produktach naturalnych.

Największym zagrożeniem dla dawnych społeczności był głód, a zwłaszcza przednówek. Niedożywione i osłabione po zimie ciała szybko dopadały choroby, zwłaszcza dzieci i starców.

Kiedy kończyły się zapasy zimowe, ludzie czekali aż zaczną rosnąć pierwsze rośliny. Jedzono nawet chwasty, takie jak lebioda. Trzeba było je posiekać, wymieszać z tłuszczem albo z mąką i dopiero wtedy gotować zupy, które pozwalały przetrwać najtrudniejszy czas. Na wiosnę też kończyło się zboże na chleb, który jedzono zwykle z zupą.

Historia Europy zna dramatyczne przykłady głodu. W XIX wieku w Irlandii zaraza ziemniaczana doprowadziła do śmierci ogromnej części ludności i wielkiej emigracji do Ameryki.

Podobne doświadczenia znali również mieszkańcy Galicji. W czasie rabacji galicyjskiej chłopi byli po dwóch latach strasznego głodu. Wylały rzeki, zboża i ziemniaki pogniły z powodu częstych deszczy. W takich warunkach dochodziło do skrajnych dramatów, włącznie z przypadkami kanibalizmu.

Dlatego społeczność wiejska musiała być spójna. Trzeba było grać do jednej bramki. Największym wrogiem człowieka nie był zły sąsiad ani dziedzic, ale głód. Temu poświęcił wyjątkowe studia specjalizujący się w tym zagadnieniu Piotr Miodunka.

Rodzinne gospodarstwo domowe było podstawową grupą społeczną dla dawnej gospodarki. Rodzina była mikroprzedsiębiorstwem. Gospodarz nie miał tylko żonę i dzieci do pracy. W gospodarstwach pracowali także najemni robotnicy obojga płci.

Część mieszkańców wsi stanowili gospodarze „pełną gębą”, zwani kmieciami. To była lokalna elita, która przez pokolenia przenosiła kulturę wsi. Z czasem liczba ich zmalała wraz z przemianami gospodarczymi, pojawili się drobnorolni albo bezrolni chłopi, stanowiący najemną siłę roboczą dla folwarków. Obowiązki leżące na dużym, kilkunastohektarowym gospodarstwie, obciążonym dużą pańszczyzną, w pogarszających się warunkach życia i pracy skłaniały gospodarzy do przechodzenia na drobniejsze nadziały ziemi.

Tymczasem jednak, jeśli zajrzymy do ksiąg metrykalnych podkrakowskich parafii, zobaczymy te same nazwiska powtarzające się przez setki lat. Na przykład w Tomaszowicach czy Podskalanach moje własne nazwisko pojawia się w dokumentach od około czterystu lat. Oznacza to, że istnieje grupa ludzi, która przez pokolenia nie chce porzucać stylu życia związanego z ziemią. Stanowi też o tożsamości lokalnej tej ziemi.

Miasto nie było w stanie wyżywić się samo. Każde duże miasto potrzebowało zaplecza wsi. W przypadku Krakowa istniały dwa kręgi dostaw. W promieniu około piętnastu kilometrów dostarczano świeże mięso i pieczywo. W promieniu do pięćdziesięciu kilometrów transportowano zboże, kapustę czy chmiel.

Kraków był w pewnym sensie pozostawał nienasyconym „głodomorem”, podobnie jak inne duże miasta Europy. Skupiająca się na handlu i rzemiośle ludność nie była w stanie sama wytworzyć sobie żywności.

Szczególną rolę w gospodarce wiejskiej odgrywały kobiety. To one zajmowały się leczeniem, opieką nad dziećmi, przygotowywaniem jedzenia, szyciem ubrań i produkcją wielu produktów, a także przechowywaniem żywności.

Kobiety wstawały przed świtem i szły do Krakowa z koszami jaj, sera czy chleba. Wyobraźcie sobie Kraków liczący trzydzieści tysięcy mieszkańców. Jeśli połowa chce rano zjeść jajecznicę, potrzeba trzydziestu tysięcy jajek. Ktoś musiał je przynieść. Nie każdy mieszczanin miał przy domu kurnik.

Te kobiety tworzyły także własny budżet oparty na produktach, które przynosiły do miasta.

Jeżeli spojrzymy dziś na mapę okolic Krakowa, zobaczymy wiele dróg i ścieżek zbiegających się w stronę miasta. W dużej mierze są to dawne trasy, którymi kobiety przez pokolenia przynosiły towary do Krakowa.

Rodzina i społeczność były fundamentem przetrwania. Ludzie musieli na siebie liczyć. System więzi: z chrztów, powinowactwa, sąsiedztwa pozwalał przetrwać najtrudniejsze czasy.

Epidemie zwykle wybuchały w miastach. Wtedy krakowianie uciekali na wieś i tam przeczekiwali zarazy, takie jak dżuma. Po epidemii wracali do miasta, często zabierając ze sobą młodych ludzi ze wsi. W ten sposób wieś nieustannie odnawiała Kraków.

Przez wiele lat badałem historię wsi podkrakowskich w archiwach parafialnych. Te drobne dokumenty pokazują ludzi, którzy tworzyli kulturę lokalności. Ludzie znali się i na tej podstawie dokonywali względnie bezpiecznych migracji pomiędzy wsią a miastem.

Niejedno można by też powiedzieć o sytuacji kobiety, która nie musiała być zupełnie uzależniona od męża. Sama wytwarzała dochody i własną pracą mogła zbudować pozycję w rodzinie i społeczności lokalnej. Jeśli spojrzymy na księgi ślubów z XIX wieku, zobaczymy niekiedy małżeństwa, w których kobieta była starsza od męża o kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt lat. Będąc posiadaczką rodzinnego gospodarstwa to przede wszystkim ona decydowała o jego dalszym funkcjonowaniu.

Cały ten świat jest ukryty w słoiku miodu czy w kromce chleba. To jest efekt pracy, pomysłowości i zaradności wielu pokoleń.

Dlatego warto pamiętać o doświadczeniu naszych przodków. Oni wiedzieli, że bez więzi społecznych człowiek nie przetrwa.

Naukowiec nie powinien zamykać swoich badań wyłącznie na uniwersytecie. Powinien wychodzić do ludzi i rozmawiać z ludźmi, ponieważ wiele rzeczy można zrozumieć dopiero wtedy, kiedy spotykamy się z doświadczeniem innych. Dlatego mocno wierzę w popularyzację nauki. Miejsce, w którym spotkaliśmy się, jest niezwykłym tego symbolem.

Dziękuję Państwu bardzo.

Tekst i jego redakcja Janusz Bończak