Bezsens

Po spotkaniu

Siedzieli na niskim murku przy boisku, od strony starych klatek. Tynk był popękany, ktoś dawno temu napisał markerem imię dziewczyny, a potem ktoś inny je zamazał, zostawiając tylko szary cień po literach. Był wczesny wieczór, duszny i nieruchomy. Powietrze stało w miejscu, a asfalt wciąż oddawał ciepło po całym dniu.
Paweł przyszedł spóźniony. Plecak zsunął mu się na jedno ramię, koszulę miał przyklejoną do pleców.
– I jak było? – zapytała Ola, nie odwracając wzroku od boiska.
Paweł chwilę szukał słów.
– Dziwnie – powiedział w końcu. – Ale pierwszy raz miałem wrażenie, że ktoś nie próbuje robić ze mnie idioty.
Kuba prychnął, siedząc bokiem, oparty o kosz.
– To znaczy?
– Gadali o demokracji przyrodniczej – odpowiedział Paweł. – O kraju bez partii. Bez gadania, na kogo głosować. Nie było haseł ani obietnic. Raczej ciągle wracało jedno: jak coś się psuje, to trzeba to naprawiać tam, gdzie się psuje.
Piotrek od razu się wyprostował.
– No i wreszcie.
– Spokojnie – ucięła Ola. – Najpierw niech dokończy.
Paweł mówił dalej. O tym, że decyzje zapadają za daleko, poza zasięgiem ludzi, których naprawdę dotyczą. O tym, że system potrafi być szybki i bezwzględny, kiedy chodzi o kary, ale staje się powolny i głuchy, gdy trzeba coś naprawić. Mówił też, że sens nie bierze się z haseł ani deklaracji, tylko z ogarniania spraw, które ludziom realnie rozwalają życie.
Kiedy skończył, zapadła cisza. Nie niezręczna. Skupiona, jakby wszyscy myśleli w tym samym czasie.
– Piwnice – powiedziała w końcu Ola. – Znowu nam je zaleje.

Nikt się nie zaśmiał.

Każdy pamiętał ulewę sprzed dwóch lat. Ciepłą noc, w której burza przyszła nagle i bez ostrzeżenia. Woda lała się jak z wiadra, studzienki nie nadążały, a wszystko spływało z ulicy, parkingu i spod śmietników prosto do klatek.
Rano w piwnicach stała brunatna, cuchnąca woda.
Sąsiadka z parteru, pani Maria, siedziała wtedy na schodkach i płakała. Nie próbowała się powstrzymywać. Mówiła głośno, że w piwnicy miała rzeczy po córce. Zdjęcia, zeszyty, rysunki. Powtarzała, że nie ma już nic.
Woda zjadła papier szybciej niż ogień. Albumy rozpadały się w rękach, farba zeszła ze ścian, a zapach stęchlizny trzymał się miesiącami. Potem przyszły rachunki. Osuszanie, malowanie, walka z grzybem. Wszystko opłacone ze wspólnych pieniędzy.
– I co? – rzucił wtedy ktoś na zebraniu. – Trzeba było trzymać wyżej.
Jakby to było osiedle Rockefellerów.

Kilka dni później wrócili do tematu.
– To po co nam te kwiaty i krzewy? – zapytał Kuba, choć znał odpowiedź.
– Żeby woda miała gdzie iść – odpowiedziała Ola. – Żeby nie waliła prosto w kratki i piwnice.
– I tak taniej niż co roku remont – dorzucił Paweł.
– I nie trzeba czekać na cud – Piotrek już się nakręcał. – Robimy i tyle.

Plan był prosty. Małe zagłębienia przy parkingu, krzewy, które chłoną wodę, ziemia zamiast betonu. Nie rewolucja. Zapora.
W sobotę było pochmurnie i duszno. Powietrze wisiało ciężko, jak tuż przed deszczem. Przyszło kilka osób z bloku. Ktoś przyniósł łopatę, ktoś sadzonki, ktoś termos z herbatą.
Piotrek był cały w błocie i uśmiechał się pierwszy raz od dawna.
– Patrzcie – rzucił. – Państwo nie przyszło, to my przyszliśmy.
Przez chwilę naprawdę było dobrze, jakby świat dał im minutę spokoju.
A potem ktoś powiedział:
– Ej… radiowóz.
Stanął przy krawężniku, silnik jeszcze pracował.
– Kto tu odpowiada? – zapytał policjant, nawet nie podnosząc głosu.
– My – odpowiedziała Ola.
– Brak zgody zarządcy terenu. Teren spółdzielczy.
– Ale tu są zalania! – Piotrek wszedł mu w słowo. – Mamy zdjęcia, rachunki, ludzi, którym woda zniszczyła życie!
Policjant spojrzał na niego zmęczonym wzrokiem.
– To nie jest miejsce na dyskusję.
– To gdzie jest?! – Piotrek zrobił krok do przodu. – Gdzie mamy iść, skoro zalewa nam domy?!
Ola złapała go mocno za ramię.
– Piotrek. Nie.
– Puść mnie – syknął. – Zawsze to samo. Ktoś próbuje coś zrobić, a potem przychodzi ten czajnik od regulaminów i mówi, że nie wolno.
– Piotrek – powtórzyła. – Proszę.
Policjant też zrobił krok.
– Proszę się uspokoić.
Przez moment Piotrek naprawdę chciał się szarpać. Czuł, jak wszystko w nim krzyczy, że to jest niesprawiedliwe, że nie powinno tak wyglądać i że to już za dużo.
Ola nie puściła.

Mandaty wypisano szybko i sprawnie, jakby była to rutyna.
Wieczorem siedzieli znowu na murku. Było chłodniej, wiatr poruszał liście i czuć było nadciągający deszcz.
– I tyle – powiedział Piotrek przez zaciśnięte zęby. – Wiedza była. Zapał był. Akcja była. I co? Nic.
– Są mandaty – odezwała się cicho Ola.
– I są straty – dodał Kuba. – Czas, nerwy, nadzieja.
Paweł patrzył w ziemię.
– Najgorsze jest to, że system nawet nie udaje, że chce pomóc. Pilnuje tylko, żeby nikt nie wyszedł poza wyznaczone kratki.
Piotrek uderzył dłonią w mur.
– To po co się starać? Może faktycznie, skoro świat się rozpada, trzeba go rozkopać w diabły.
– Konfa? – zapytała Ola.
– A czemu nie? – Piotrek spojrzał na nią ostro. – Przynajmniej mówią wprost, że nic nie działa i trzeba to rozwalić.
Zapadła ciężka cisza. Mokra, jak przed ulewą.
Paweł odezwał się w końcu.
– Rozumiem ten gniew. Serio. Ale jeśli wszystko rozwalimy, to pierwsza znowu zaleje piwnicę pani Marii. Nie tych na górze.
Nikt się nie odezwał. Deszcz zaczął kropić, a pojedyncze krople uderzały o beton.
Siedzieli jeszcze chwilę, wkurzeni, rozżaleni i zmęczeni bezsensem.
Świat się nie naprawił. System nadal był pełen dzbanów i czajników od „nie da się”. Ale coś w nich już wiedziało, że to nie było tylko o kwiatach i że jeśli oddadzą ten gniew tym, którzy chcą tylko chaosu, stracą ostatnią rzecz, która miała sens.
Próbowanie, żeby nie zalało jeszcze raz.
Na ten wieczór, to było wszystko.
Janusz Bończak