O granicach krytyki w imię dobra

Coraz częściej mamy do czynienia z materiałami, które pod hasłem reportażu obnażają złe zachowania, nadużycia czy zaniedbania. Także te dotyczące zwierząt. Sama potrzeba ujawniania takich spraw nie budzi wątpliwości. Jest konieczna. Społeczna kontrola, dociekliwość mediów, presja opinii publicznej to wszystko bywa jedynym impulsem do zmian tam, gdzie instytucje zawodzą lub reagują zbyt wolno.

Ten tekst powstał jako konsekwencja krytyki mojego wcześniejszego artykułu, w którym zaprotestowałem nie przeciwko samemu poruszaniu trudnych tematów, lecz przeciwko językowi i formie, w jakiej prowadzona jest dziś publiczna krytyka. W reakcji na ten sprzeciw pojawiły się głosy, które same w sobie stały się dobrym przykładem problemu, o którym piszę.

Problem zaczyna się w momencie, gdy forma przekazu przestaje służyć faktom, a zaczyna służyć emocji. Gdy zamiast porządkowania rzeczywistości pojawia się ośmieszanie ludzi, epatowanie ich słabościami, ironia, sugestia i pogarda. Gdy widz nie jest zapraszany do samodzielnego myślenia, lecz prowadzony wprost do oburzenia. Wtedy reportaż zaczyna przypominać lincz, nawet jeśli dotyka realnego i bolesnego problemu.

W materiałach tego typu często pojawiają się pytania, które same w sobie są zasadne. Dotyczą skali działań, pieniędzy, organizacji opieki i odpowiedzialności. To są kwestie, które powinny być rzetelnie sprawdzane i opisane. Jednak sposób ich podania ma kluczowe znaczenie. Gdy argument ustępuje miejsca sugestii, a fakt zostaje podporządkowany narracji konfliktu, prawda przestaje być celem, a staje się narzędziem.

Hejt nie jest formą krytyki. Jest przemocą językową, która może chwilowo dawać poczucie moralnej wyższości, ale w dłuższej perspektywie szkodzi wszystkim. Rozmywa sens sprawy, przenosi uwagę z realnych problemów na emocjonalną walkę i często utrudnia jakiekolwiek sensowne działania prawne. Paradoksalnie, w imię obrony zwierząt potrafi odebrać im to, co najważniejsze realną szansę na poprawę sytuacji.

Nie da się budować empatii dla istot najsłabszych, rezygnując z empatii wobec ludzi. Nawet wobec tych, którzy popełniają błędy, są niekompetentni, przeciążeni czy uwikłani w złą strukturę. Krytyka może być ostra, jednoznaczna i wymagająca, ale nie musi być upokarzająca. Media nie są od tego, by zastępować wymiar sprawiedliwości emocjonalną nagonką. Ich rolą jest informować, sprawdzać, zadawać pytania i patrzeć władzy oraz instytucjom na ręce.

Jeśli istnieją dowody zaniedbań czy przestępstw, właściwą drogą są kontrole, prokuratura i sądy. Rzetelny materiał dziennikarski może i powinien wywierać presję, ale nie przez pogardę, lecz przez precyzję. Nie przez lincz, lecz przez konsekwencję.

Na koniec warto doprecyzować jedną rzecz. Hejt to nie jest krytyka ani opinia. Hejt to język, który ośmiesza, dehumanizuje, obraża i przypisuje intencje, zamiast odnosić się jedynie do faktów. To forma przemocy słownej, niezależna od tego, czy dotyczy spraw słusznych, czy błahych.

Ocena języka i formy przekazu medialnego jest elementem debaty publicznej. Krytyka sposobu mówienia nie jest równoznaczna z obroną złych działań ani z próbą ich unieważnienia. Jest próbą zachowania sensu rozmowy.

Spór o język nie usprawiedliwia języka przemocy. Jeśli forma krytyki sama staje się przemocą, przestaje pełnić funkcję kontroli i zaczyna być częścią problemu.
Tekst Janusz Bończak