W dniach 4-6 listopada 2026 roku w EXPO Kraków odbyły się 33. Międzynarodowe Targi dla Hoteli i Gastronomii HORECA oraz 23. Międzynarodowe Targi Wina ENOEXPO. To jedno z najważniejszych w Polsce spotkań środowisk związanych z gastronomią, hotelarstwem i winiarstwem. Wystawcy z różnych krajów prezentowali produkty, wyposażenie i technologie, a obok odbywały się pokazy, degustacje, warsztaty, konkursy i rozmowy branżowe. Jest co oglądać, czego posłuchać, można też przy okazji zastanowić się, jak bardzo zmieniła się gastronomia i jak wielu dziedzin gospodarki dziś dotyczy. HORECA jest naprawdę wspaniałym wydarzeniem. Warto je odwiedzać, nawet jeśli nie prowadzi się restauracji ani hotelu.
W piątek, 6 listopada, na zaproszenie Kraków Tourism Alliance uczestniczyłem w debacie „Kulinarny Ekosystem Małopolski – synergia smaku i miejsca”, zorganizowanej przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego. Była to kontynuacja rozmów o lokalnej żywności, które prowadzone są również poza targowymi halami. Niedawno odwiedziliśmy gospodarstwo jeDynie w Wawrzeńczycach, poznając tamtejszych producentów, ich pracę i próby budowania współpracy z gastronomią. Tym razem znaleźliśmy się w miejscu, gdzie o takich relacjach mówi się również w kontekście większego rynku.
Prowadzący debatę Szymon Gatlik rozpoczął od biologicznego znaczenia ekosystemu. Zgrabnie przeniósł tę definicję do świata gospodarki, w którym rolnicy, producenci, restauratorzy, organizacje turystyczne, mieszkańcy i turyści tworzą sieć wzajemnych zależności. Nie zawsze są to relacje trwałe, nie zawsze przynoszą bezpośredni zysk. Zresztą w przyrodzie też nie wszystkie organizmy współpracują ze sobą zgodnie i bezkonfliktowo.
Rozmowa była niezwykle energetyczna. Czworo uczestników, cztery różne przedsięwzięcia, ale też wiele wspólnego. Przede wszystkim przekonanie, że warto robić swoje, nawet jeżeli po drodze trzeba pokonywać trudności, których na początku nikt nie przewidywał. Nie było to jednak spotkanie poświęcone wyłącznie sukcesom. Sporo miejsca zajęły kwestie gospodarcze, współpraca, edukacja i poszukiwanie odbiorców.

Alicja Kowalik z Targu Pietruszkowego mówiła o około 80 gospodarstwach i producentach znajdujących się na liście targu. Dla niektórych rodzin jest to podstawowe źródło utrzymania. Zwróciła uwagę na znaczenie certyfikatów, szczególnie ekologicznych, ale też na rzecz niezwykle prostą, o której czasem zapominamy. Najlepszym sprawdzianem jakości pozostaje klient. To on wraca, rozmawia, ocenia, czasami zgłasza uwagi. Bywa, że spędza na targu dwie godziny, chociaż same zakupy mogłyby zająć kilkanaście minut. Doskonale znam takie sytuacje z Wielkowiejskiego Targu. Czas spędzony na rozmowie nie jest czasem straconym, nawet jeżeli nie kończy się zakupami.
Targ Pietruszkowy należy do międzynarodowych organizacji skupiających targi rolnicze, działa również w ruchu Slow Food. Dzięki tym kontaktom może porównywać własne doświadczenia z rozwiązaniami stosowanymi w innych krajach. Pani Kowalik opowiedziała o spotkaniu w Rotterdamie, gdzie rozpoznano krakowski targ, choć osoba, która go znała, nigdy nie była w Polsce. Wspomniała też o kolejnych wyróżnieniach, wśród nich o honorowym wyróżnieniu w konkursie imienia Jacka Kuronia dla przedsiębiorstw społecznych. Cieszą takie wiadomości. Targowiska wciąż bywają postrzegane jedynie jako miejsca sprzedaży, tymczasem ich rola w życiu społecznym, a także w rozwoju niewielkich gospodarstw i przedsiębiorstw, jest znacznie większa.
Inną drogę do rozpoznawalności przeszła rodzinna firma Pstrąg Ojcowski, którą reprezentowała Agnieszka Sendor. Dwanaście lat temu, wspólnie z mamą, Magdaleną Węgiel, rozpoczęła działalność wymagającą ogromnej pracy, zaangażowania rodzinnych oszczędności i ryzyka. Dzisiaj to marka rozpoznawalna również za granicą. Sukces nie przyszedł sam. Były lata pracy, decyzje, które trzeba było podejmować bez pewności ich powodzenia, i konsekwencja w trzymaniu się własnych zasad. Pojawiały się propozycje współpracy z dużymi sieciami handlowymi, a nawet wykorzystania nazwy i wizerunku firmy przy produkcji prowadzonej gdzie indziej. Nie skorzystano z tych możliwości.
Sam od lat pozostaję przy diecie roślinnej, również z powodów etycznych, co nie przeszkadza mi dostrzegać i doceniać determinacji oraz sukcesu obu pań. Szczególnie interesujące było dla mnie ich doświadczenie współpracy z instytucjami i organizacjami turystycznymi. Bez takiej pomocy niewielkiej rodzinnej firmie trudno byłoby dotrzeć do zagranicznych dziennikarzy, uczestniczyć w międzynarodowych wydarzeniach czy budować rozpoznawalność poza Polską. Agnieszka Sendor zwróciła też uwagę, że nasi producenci nie zawsze potrafią być dumni z własnej pracy. Przywołała Włochów i Francuzów, którzy o regionalnych produktach potrafią opowiadać z ogromnym przekonaniem. U nas czasami nawet znakomity wytwórca nie bardzo wie, jak przedstawić to, co robi.
Z kolei Łukasz Bartkowicz z Winnicy NOVI mówił o winiarstwie, które w Polsce w ciągu ostatnich kilkunastu lat bardzo się rozwinęło. Powstają kolejne winnice, przybywa producentów, pojawiają się nowe możliwości sprzedaży. Dobra jakość, nawet potwierdzona certyfikatem, nie wystarcza już jednak do utrzymania się na rynku. Trzeba mieć pomysł na własną działalność, znaleźć odbiorców i poradzić sobie z konkurencją. Zresztą nie każda współpraca między producentem a restauracją okazuje się trwała. Zmieniają się oczekiwania, możliwości i potrzeby obu stron.
Z dużym zadowoleniem przyjąłem informację, że Winnica NOVI produkuje certyfikowane wina odpowiednie dla wegetarian i wegan. Dla osób stosujących dietę roślinną, tak jak ja, to istotna wiadomość. Nie wszyscy wiedzą, że przy produkcji wina mogą być wykorzystywane substancje pochodzenia zwierzęcego. Dobrze więc, że również w tej dziedzinie można znaleźć produkty uwzględniające różne wybory żywieniowe i etyczne.
Interesujące było także spojrzenie na enoturystykę. W pobliżu Winnicy NOVI działa kilkadziesiąt innych gospodarstw winiarskich. Można ze sobą konkurować, ale można również wspólnie zachęcać do odwiedzania regionu, proponując turystom zwiedzanie, noclegi, poznawanie miejscowych produktów i ludzi. Wino jest wtedy jednym z elementów znacznie większej oferty. Winnica rozwija również eksport, między innymi do Wielkiej Brytanii i Irlandii. Z wypowiedzi pana Bartkowicza wynikało jednak, że zagraniczna promocja to wciąż praca od podstaw. Dla wielu odbiorców samo istnienie polskiego winiarstwa jest jeszcze zaskoczeniem.
Szymon Sierant z krakowskiej restauracji Kropka trochę inaczej spojrzał na lokalność. Nie musi ona kończyć się na granicy Małopolski. Można korzystać z produktów z różnych regionów Polski, szukając tego, co najlepiej odpowiada potrzebom kuchni. I tu pojawiła się kwestia, o której przy okazji promocji lokalnych produktów nie zawsze chcemy pamiętać. Restaurator potrzebuje dostaw na czas, w odpowiedniej ilości i jakości. Nawet znakomity produkt nie rozwiąże problemu, jeżeli nie dotrze wtedy, kiedy jest potrzebny. Zdarzało się więc, że współpraca z dostawcami musiała zostać zakończona. To zwyczajna strona prowadzenia działalności, mniej widoczna podczas prezentacji pięknie przygotowanych dań.
Ciekawe były też uwagi o współczesnej kuchni polskiej. Nie musi przecież oznaczać ciągłego powtarzania tych samych potraw. Polskie produkty można łączyć z technikami poznanymi w innych krajach, zachowując ich smak i pochodzenie. Restauracja może w ten sposób zainteresować turystów również tym, czego wcześniej nie znali. Padła jednak uwaga, która szczególnie mnie zatrzymała. Pan Sierant wspominał, że podczas nauki w szkole gastronomicznej właściwie nie zetknął się z wiedzą o regionalnych produktach. W rozmowie pojawił się również problem niewielkich budżetów szkół na zakup surowców do zajęć praktycznych. Jak uczyć przyszłych kucharzy korzystania z dobrych lokalnych produktów, jeżeli nie mają możliwości ich poznawania?
Przy okazji edukacji chcę wspomnieć o miłym spotkaniu podczas targów. Spotkałem panią Agatę Łagodę, nauczycielkę Zespołu Szkół Ponadpodstawowych im. Wincentego Witosa w Giebułtowie, która przyjechała na HORECA wraz ze swoją klasą. Bardzo mnie ucieszyła ta obecność. Młodzież może podczas takich wyjazdów zobaczyć nowoczesne technologie, wyposażenie gastronomiczne, ale też poznać ludzi wykonujących zawody, do których sama się przygotowuje. Serdecznie pozdrawiam panią Agatę i całą klasę. Mam nadzieję, że był to dla wszystkich interesujący dzień.
Wróćmy jednak do debaty. Jej uczestnicy przedstawili cztery udane przedsięwzięcia, każde rozwijane w innych warunkach i z innymi możliwościami. Sporo mówiono o dystrybucji, ale rozumianej szerzej niż tylko sprzedaż. Czasami oznacza ona obecność na zagranicznych targach, współpracę z restauracjami, sprzedaż internetową, a czasami po prostu możliwość opowiedzenia o własnym produkcie komuś, kto wcześniej o nim nie słyszał. Nie każdy chce i może zwiększać produkcję. Można przecież rozwijać działalność, nie rezygnując z jej dotychczasowego charakteru.
Pod koniec spotkania zadałem dwa pytania. Pierwsze nasunęło mi się podczas zwiedzania targów. Skoro w Małopolsce mamy tak bogaty kulinarny ekosystem, dlaczego na HORECA i ENOEXPO jest on tak mało widoczny? Oglądałem stoiska producentów z Węgier, Serbii, Austrii i innych krajów. Polska, a szczególnie małopolska reprezentacja winiarska wydała mi się bardzo skromna. Podobnie z lokalnymi producentami żywności. Znalazłem kilka stoisk, między innymi z olejami i serami, jednak miałem poczucie pewnego niedosytu. Przecież w najbliższym otoczeniu Krakowa mamy wiele winnic i gospodarstw, które z powodzeniem mogłyby zainteresować swoimi produktami gastronomię.
Nie byłem zresztą odosobniony w tych obserwacjach. Agnieszka Sendor przyznała, że również spodziewała się znacznie większej obecności małopolskich winiarzy. Wskazała na wysokie koszty uczestnictwa w targach, trudne do udźwignięcia przez niewielkie gospodarstwa. Łukasz Bartkowicz zwrócił uwagę na termin wydarzenia. Listopad jest dla winiarzy czasem intensywnej pracy przy nowym roczniku, a kilkudniowy wyjazd z gospodarstwa nie zawsze jest możliwy. Doszły więc do rozmowy sprawy bardzo konkretne, bez których trudno oceniać nieobecność lokalnych producentów.
Drugie pytanie dotyczyło wsparcia instytucjonalnego. Przywołałem przykład win morawskich, dobrze rozpoznawalnych również poza Czechami, i zapytałem, czy nasi producenci odczuwają odpowiednie wsparcie w promocji własnych produktów. Nie tylko wina, ale szerzej, lokalnej produkcji. Odpowiedź nie była jednoznaczna. Są przykłady dobrej współpracy z organizacjami turystycznymi i instytucjami publicznymi, również przy wydarzeniach zagranicznych. W przypadku winiarstwa dochodzą jednak ograniczenia prawne dotyczące promocji alkoholu. Właściciel Winnicy NOVI mówił o nich z pewną ostrożnością, zwracając jednocześnie uwagę na znaczenie turystyki i promocji regionu.
Po tych odpowiedziach pozostało jeszcze jedno pytanie, które padło również ze sceny. Komu powinno bardziej zależeć na obecności lokalnych produktów podczas takich wydarzeń? Producentom czy organizatorom? Oczywiście obu stronom, choć ich możliwości są przecież różne. Trudno oczekiwać, że niewielkie gospodarstwo będzie konkurować o przestrzeń wystawienniczą na takich samych zasadach jak duże przedsiębiorstwo. Ale czy rozwój regionalnej gospodarki powinien zależeć wyłącznie od przedsiębiorczości producentów i możliwości organizatorów targów? Czy nie powinniśmy oczekiwać większego zaangażowania państwa, jego instytucji oraz samorządów w promocję i wspieranie lokalnej produkcji? Wspólne stoiska regionalne, udział lokalnych targowisk czy dofinansowanie obecności niewielkich gospodarstw mogłyby być konkretnymi formami takiego wsparcia. Przecież nie chodzi wyłącznie o sprzedaż produktów, ale również o rozwój gospodarczy regionu, jego rozpoznawalność i przyszłość niewielkich gospodarstw. I może właśnie od tego należałoby zacząć rozmowę o odpowiedzialności za nasz lokalny ekosystem.
I tutaj pojawia się pewien paradoks naszego spotkania. Na scenie poznaliśmy cztery świetnie rozwijające się przedsięwzięcia, a kilka kroków dalej ich gospodarcze otoczenie nie było już tak widoczne, jak można byłoby oczekiwać. Nie chciałbym jednak, aby tę obserwację odbierano jako krytykę HORECA i ENOEXPO. Przeciwnie, to właśnie skala i znaczenie tego wydarzenia sprawiają, że warto rozmawiać o możliwości szerszej prezentacji lokalnej produkcji. Z pewnością skorzystaliby na tym zarówno producenci, jak i odwiedzający targi, a także sam region.
Mam do tych targów dużo sympatii. Można zobaczyć, jak rozwija się gastronomia, poznać nowe rozwiązania, ludzi, a czasem wrócić z pytaniami, których wcześniej się nie miało. Cieszę się, że znalazło się również miejsce na rozmowę o małopolskiej lokalności. W tym roku nie udało nam się zaprezentować Wielkowiejskiego Targu w przestrzeni HORECA. Mam jednak nadzieję, że podczas kolejnych edycji będzie taka możliwość. Nasze doświadczenia związane z handlem sąsiedzkim, lokalną przedsiębiorczością, edukacją i współpracą producentów z mieszkańcami mogłyby być interesującym uzupełnieniem tego wydarzenia.
Dziękuję Kraków Tourism Alliance, a szczególnie panu Tymoteuszowi Wiewiórze, za zaproszenie. Dziękuję prowadzącemu debatę Szymonowi Gatlikowi oraz wszystkim uczestnikom za interesującą, żywą rozmowę i gotowość dzielenia się doświadczeniami, także tymi trudniejszymi. Dobrze było posłuchać ludzi, którzy od lat pracują nad rozwojem własnych przedsięwzięć i potrafią przy tym dostrzegać innych.
Małopolska ma wiele powodów do dumy ze swojej lokalnej produkcji. Chciałbym, żebyśmy mieli również coraz więcej możliwości poznawania jej bezpośrednio. Nie tylko z opowieści, ale też na stoiskach, w gospodarstwach i podczas takich wydarzeń jak HORECA i ENOEXPO.
Tekst, fot. Janusz Bończak
       




Już w niedzielę, 8 listopada 2026 roku, w Białej Wilczycy w Wilkowie odbędzie się III Święto Kawy i Wina Powiatu Krakowskiego.

W programie degustacje, warsztaty, spotkania z lokalnymi producentami oraz bogata oferta rękodzieła.

Wśród wystawców znajdziemy również wielu dobrych znajomych z Wielkowiejskiego Targu, którzy regularnie odwiedzają nas w Szycach. Przywiozą między innymi znakomitą kawę, herbaty, wina z lokalnych winnic, przetwory, soki, ceramikę, biżuterię, wyroby z lawendy i inne przedmioty rękodzieła. To produkty wysokiej jakości, za którymi stoją pasja, doświadczenie i staranność wykonania.

Cieszymy się, że możemy spotykać naszych Wystawców i Wystawczynie również podczas innych wydarzeń w regionie. Zachęcamy do odwiedzenia ich stoisk i poznania także pozostałych uczestników Święta.

8 listopada 2026 r., godz. 11:00–19:00
Biała Wilczyca, ul. Brzeziny 9, Wilków
Wstęp wolny.




Dlaczego człowiek ryzykuje, choć wie, że może spaść?
Drabina stoi w garażu, piwnicy albo za domem. Wyciągamy ją, kiedy trzeba coś poprawić, zawiesić gwiazdę na czubku bożonarodzeniowej choinki, przyciąć gałąź lub dostać się do miejsca poza zasięgiem rąk. Znamy przecież to narzędzie od dzieciństwa. Wchodziliśmy na nie dziesiątki, może setki razy. Dlaczego tym razem miałoby być inaczej?
W poprzednich tekstach przyglądałem się wypadkom, ich okolicznościom, wadliwemu sprzętowi i sposobom zapobiegania upadkom. Pozostaje jednak pytanie, które wydaje mi się szczególnie ważne. Dlaczego właściwie podejmujemy ryzyko, nawet kiedy wiemy, że jest niepotrzebne?
Sam uległem kilku wypadkom podczas uprawiania sportu. Jazda konna, pokonywanie przeszkód w terenie, sytuacje, w których podejmowałem ryzyko, chociaż nic mnie do tego nie zmuszało. Nie chodziło przecież o ratowanie życia ani zaspokojenie podstawowych potrzeb. Była natomiast ciekawość, chęć sprawdzenia własnych możliwości, doświadczenia czegoś nowego. Do dziś zastanawiam się, co właściwie popychało mnie do takich działań.
Czy za współczesną potrzebą rozrywki, pokonywania przeszkód i sprawdzania siebie nie kryją się znacznie starsze mechanizmy, związane z ewolucyjną koniecznością przetrwania? Nasi przodkowie musieli przecież poznawać nieznane miejsca, zdobywać pożywienie, podejmować decyzje bez pewności ich powodzenia. Unikanie każdego zagrożenia nie zawsze było możliwe, a czasem mogło oznaczać utratę szansy na przeżycie.
Współczesna psychologia i neuronauka badają procesy związane z wyborem między eksplorowaniem nowych możliwości a korzystaniem z rozwiązań już sprawdzonych. Przegląd badań Lindsay Wyatt i współautorów z 2024 roku opisuje udział różnych obszarów mózgu w takich decyzjach. [1] Nie oznacza to jednak, że zamiłowanie do ryzyka jest prostym spadkiem po ewolucji. Badacze zachowań związanych ze zdobywaniem pożywienia zwracają uwagę, że nadal nie dysponujemy jednym, wystarczająco potwierdzonym wyjaśnieniem ewolucyjnych mechanizmów wyboru ryzyka. [2]
Możemy więc szukać podobieństw między dawną koniecznością podejmowania niebezpiecznych działań a dzisiejszą potrzebą wyzwań, ale nie powinniśmy traktować tych podobieństw jako dowodu na istnienie jednego odziedziczonego instynktu.
Zresztą człowiek uprawiający wymagający sport niekoniecznie szuka samego niebezpieczeństwa. Przegląd badań opublikowany w 2024 roku przez Odette Hornby i współautorów wskazuje na znacznie bogatszy zestaw motywacji: potrzebę sprawczości, przeżyć, rozwoju umiejętności czy kontaktu z otoczeniem. [3] Ryzyko bywa częścią takiego doświadczenia, choć nie musi być jego celem.
Z drabiną jest trochę inaczej. Nie wchodzimy na nią, żeby przeżyć przygodę. Chcemy coś zrobić, najlepiej szybko. A skoro wcześniej nic nam się nie stało, zaczynamy uważać własne doświadczenie za wystarczające zabezpieczenie.
Psycholog Neil Weinstein opisał zjawisko nierealistycznego optymizmu. W badaniu opublikowanym w 1987 roku wykazał, że ludzie bywają skłonni uznawać własne zagrożenie za mniejsze niż zagrożenie innych osób. Co ciekawe, taka ocena może wynikać również z wcześniejszych doświadczeń, kiedy niekorzystne zdarzenie nie nastąpiło. [4]
Znamy to z codziennego życia. Wypadki zdarzają się innym. Nam dotychczas się udawało, więc dlaczego miałoby się nie udać ponownie?
Jeszcze bardziej niepokojący jest mechanizm przyzwyczajania się do zagrożeń. Brian A. Anderson i współautorzy w przeglądzie badań opublikowanym w 2024 roku wyjaśniają, jak wielokrotny kontakt z niebezpieczną sytuacją, który nie kończy się wypadkiem, może stopniowo osłabiać naszą uwagę. Mózg uczy się ignorować bodźce uznawane za mało istotne. W normalnych warunkach pozwala to sprawnie funkcjonować. W niebezpiecznym otoczeniu może prowadzić do tragicznych pomyłek. [5]
Paradoks polega na tym, że człowiek mający duże doświadczenie może przestać zauważać zagrożenie, które dostrzegłby ktoś początkujący. Nie oznacza to, że doświadczenie jest nieprzydatne. Przeciwnie, zwykle pomaga przewidywać skutki działań. Problem zaczyna się wtedy, gdy zastępujemy nim rzeczywistą ocenę sytuacji.
Socjolożka Diane Vaughan, analizując katastrofę promu kosmicznego Challenger, opisała proces normalizacji odstępstw od zasad bezpieczeństwa. [6] To, co początkowo wydawało się niedopuszczalne, stopniowo uznawano za akceptowalne, ponieważ wcześniejsze odstępstwa nie kończyły się katastrofą.
Wystarczy przypomnieć sobie drabinę ustawioną trochę za daleko od miejsca pracy. Zamiast zejść i ją przestawić, wychylamy się o kilka centymetrów. Nic się nie stało. Następnym razem zrobimy podobnie. Właśnie tak niebezpieczne zachowanie może stać się codziennym zwyczajem.
Jest jeszcze jedna sprawa, która przyszła mi do głowy podczas zastanawiania się nad naszym stosunkiem do ryzyka. Ubezpieczenie.
Czy świadomość, że po wypadku możemy otrzymać odszkodowanie, nie osłabia czasami ostrożności? Czy nie powstaje złudzenie, że skoro istnieje zabezpieczenie finansowe, to konsekwencje niebezpiecznego działania będą łatwiejsze do zniesienia?
Ekonomia zna pojęcie moral hazard, czyli pokusy nadużycia ochrony ubezpieczeniowej. Gdy część kosztów naszych działań ponosi ktoś inny, może zmieniać się również gotowość do ryzyka. Nie jest to jednak mechanizm uniwersalny. Badanie D. Dave’a i R. Kaestnera z 2009 roku wykazało określone zmiany zachowań zdrowotnych związane z uzyskaniem amerykańskiego ubezpieczenia Medicare, zwłaszcza wśród starszych mężczyzn. [7] Nie można z tego wyprowadzić wniosku, że osoby ubezpieczone częściej spadają z drabin. Takiego związku przywołane badanie w ogóle nie analizowało.
Ważniejsze wydaje mi się inne pytanie. Co właściwie może nam wynagrodzić odszkodowanie?
Pieniądze mogą pomóc w leczeniu, rehabilitacji, przystosowaniu mieszkania czy utrzymaniu rodziny. Nie przywrócą jednak utraconej sprawności, jeżeli jej odzyskanie okaże się niemożliwe. Nie oddadzą czasu, którego nie mogliśmy spędzić z bliskimi. Nie usuną bólu, ograniczeń i wszystkich zmian, jakie wypadek może wprowadzić w codziennym życiu.
A przecież nie każdy ma dodatkowe ubezpieczenie od następstw nieszczęśliwych wypadków. Bez niego finansowe konsekwencje poważnego urazu mogą być szczególnie dotkliwe. Nie oznacza to oczywiście, że brak prywatnej polisy pozbawia człowieka prawa do leczenia.
Czy należałoby zatem bardziej rygorystycznie przyznawać odszkodowania? W Polsce przepisy dotyczące ubezpieczenia wypadkowego już przewidują ograniczenia. Artykuł 21 ustawy z 30 października 2002 roku wskazuje między innymi na sytuację, gdy wyłączną przyczyną wypadku przy pracy było udowodnione, umyślne lub wynikające z rażącego niedbalstwa naruszenie przepisów dotyczących ochrony życia i zdrowia. [8]
Nie jestem jednak przekonany, że dalsze zaostrzanie zasad byłoby dobrym rozwiązaniem. Wypadek może wynikać również ze złej organizacji pracy, pośpiechu narzuconego przez pracodawcę, niesprawnego sprzętu albo niewłaściwego szkolenia. Ograniczanie pomocy poszkodowanemu nie usunie tych przyczyn. Może natomiast pogorszyć sytuację całej jego rodziny.
Rozsądniej byłoby wykorzystać system ubezpieczeń do skuteczniejszego zapobiegania wypadkom. Europejska Agencja Bezpieczeństwa i Zdrowia w Pracy opisuje rozwiązania ekonomiczne zachęcające przedsiębiorstwa do poprawy warunków pracy, między innymi poprzez odpowiednio kształtowane składki i ulgi. [9] Tu widzę znacznie większy sens niż w samym ograniczaniu odszkodowań.
Pozostaje jednak zasadnicza trudność. Jak sprawić, żeby człowiek nie lekceważył zagrożenia właśnie wtedy, kiedy jest przekonany, że wszystko ma pod kontrolą?
Przychodzi mi na myśl lista kontrolna, podobna do tych używanych w transporcie czy lotnictwie. Ale czy monter będzie za każdym razem czytał instrukcję przed wejściem na drabinę? Czy nie zacznie zaznaczać kolejnych punktów automatycznie, żeby jak najszybciej zabrać się do pracy?
Może zamiast kartki należałoby zastosować blokadę, której zwolnienie wymaga potwierdzenia kilku warunków bezpieczeństwa. Tylko co właściwie potwierdziłoby naciśnięcie pięciu przycisków? Prawdopodobnie niewiele, jeżeli nie byłoby połączone z rzeczywistą kontrolą ustawienia i sprawności urządzenia. Kolejna formalność może dawać jedynie pozór zabezpieczenia.
Zastanawiałem się również nad wyglądem drabiny. Dlaczego nie miałaby być pomalowana w żółto-czarne pasy ostrzegawcze, podobne do oznaczeń stosowanych na drogach czy w pobliżu niebezpiecznych urządzeń? Takie kontrasty występują przecież także w przyrodzie. Osy i niektóre inne zwierzęta sygnalizują w ten sposób zagrożenie. Zjawisko to nazywamy aposematyzmem.
Czy nasza wrażliwość na takie wzory nie ma również ewolucyjnego podłoża?
W lutym 2026 roku w czasopiśmie „Scientific Reports” opublikowano badanie dotyczące rozpoznawania naturalnych wzorów ostrzegawczych u motyli i ciem. Uczestnicy oceniali je jako łatwiejsze do zapamiętania, ale późniejszy test nie potwierdził lepszego ich rozpoznawania. [10] Wyniki nie dotyczą bezpieczeństwa drabin. Pokazują jednak, że subiektywne wrażenie skuteczności ostrzeżenia nie musi odpowiadać rzeczywistemu działaniu naszej pamięci.
Nie mamy więc wystarczających podstaw, by twierdzić, że obowiązkowe żółto-czarne drabiny zmniejszyłyby liczbę wypadków. Samo oznakowanie sprzętu jest zresztą już objęte wymaganiami normy PN-EN 131-3+A1:2026-01. [11] Wprowadzenie dodatkowych kolorów należałoby poprzedzić badaniami, także nad tym, czy ich powszechność nie spowodowałaby kolejnego przyzwyczajenia.
To prowadzi do pytania o granice ostrzegania. Jeżeli wiemy, że człowiek może zignorować nawet wyraźny sygnał, czy powinniśmy wciąż dodawać nowe ostrzeżenia, czy raczej inaczej projektować urządzenia?
Psycholog James Reason, zajmujący się błędami ludzkimi, odróżniał podejście koncentrujące się na winie jednostki od podejścia systemowego. W tym drugim przypadku zakładamy, że ludzie będą popełniać błędy, i staramy się tworzyć zabezpieczenia, które nie pozwolą, aby pojedyncza pomyłka doprowadziła do katastrofy. [12]
Takie myślenie wydaje mi się szczególnie ważne. Nie wystarczy wymagać od człowieka uwagi. Trzeba ograniczać sytuacje, w których jej chwilowa utrata prowadzi do upadku. Odpowiednie podpory, zabezpieczenia przed poślizgiem, bezpieczne podesty, narzędzia pozwalające pracować z ziemi czy zwyczajnie lepsza organizacja pracy mogą znaczyć więcej niż kolejny napis ostrzegawczy.
Amerykański National Institute for Occupational Safety and Health w swojej hierarchii środków ochronnych na pierwszym miejscu stawia eliminację zagrożenia, następnie zastępowanie niebezpiecznych rozwiązań bezpieczniejszymi i zabezpieczenia techniczne. Dopiero dalej znajdują się procedury organizacyjne i środki ochrony indywidualnej. [13]
Być może więc w przyszłości będziemy projektować budynki i urządzenia tak, żeby konieczność wchodzenia na drabiny stała się znacznie rzadsza. A tam, gdzie będzie nieunikniona, sprzęt powinien lepiej chronić również przed naszymi błędami.
Pozostaje jeszcze pytanie o odpowiedzialność, która nie wynika bezpośrednio z przepisów ani technicznych zabezpieczeń.
Hans Jonas w książce „Zasada odpowiedzialności” rozważał, jak rozwój cywilizacji technologicznej zmienia zakres ludzkich obowiązków wobec przyszłości i konsekwencji własnych działań. [14] Nie pisał oczywiście o zwyczajnym wchodzeniu na drabinę. Jego rozważania skłaniają jednak do refleksji, czy wraz ze wzrostem wiedzy o zagrożeniach nie powinna rosnąć również nasza zdolność do ich unikania.
Myślę też o czymś prostszym, o wartości naszego życia.
Nie chodzi o przekonanie o własnej wyjątkowości. Jesteśmy ważni dla siebie, rodziny, przyjaciół i ludzi, z którymi tworzymy wspólnotę. Mamy swoje plany, zainteresowania, miejsca, do których chcemy wracać. Świat pozostaje ciekawy i piękny, niezależnie od tego, ile już zdążyliśmy zobaczyć. Warto zachować zdrowie i sprawność, żeby móc nadal w nim uczestniczyć.
Nie chciałbym jednak, żebyśmy z obawy przed wypadkami przestali podejmować wyzwania. Ciekawość, odwaga i potrzeba sprawdzania własnych możliwości wiele nam dały. Prawdopodobnie nadal będą niezbędne w rozwoju człowieka.
Ale istnieje ogromna różnica między ryzykiem, które podejmujemy świadomie dla ważnego celu, a takim, na które narażamy się z przyzwyczajenia, pośpiechu lub zwykłego niedbalstwa.
Kiedyś pokonywanie przeszkód w terenie było dla mnie również sposobem sprawdzania własnych możliwości. Dziś, zastanawiając się nad bezpieczeństwem zwyczajnej drabiny, coraz wyraźniej widzę, że samo doświadczenie nie wystarcza. Możemy dobrze znać własne możliwości i jednocześnie źle oceniać zagrożenie.
Nie każdą pracę da się wykonać bez drabiny i nie każde wejście oznacza brawurę. Problem zaczyna się wtedy, gdy przyzwyczajenie zastępuje ocenę sytuacji. Kiedy doświadczenie daje nam poczucie bezpieczeństwa, którego w rzeczywistości nikt nie może zagwarantować. Być może najtrudniej przychodzi nam zaakceptować, że sprawność, wiedza i ostrożność nie eliminują ryzyka. Mogą je jedynie ograniczyć. A to już wystarczający powód, by nie lekceważyć nawet niewielkiej wysokości.
Janusz Bończak

Źródła:

[1] Wyatt L. E. i współautorzy, „Exploration versus exploitation decisions in the human brain: A systematic review of functional neuroimaging and neuropsychological studies”, „Neuropsychologia”, 2024, t. 192, 108740. DOI: 10.1016/j.neuropsychologia.2023.108740.
[2] Houston A. I., Rosenström T. H., „A critical review of risk-sensitive foraging”, „Biological Reviews”, 2024, t. 99, nr 2, s. 478–495. DOI: 10.1111/brv.13031.
[3] Hornby O. i współautorzy, „What factors explain extreme sport participation? A systematic review”, „Frontiers in Sports and Active Living”, 2024, t. 6, 1403499. DOI: 10.3389/fspor.2024.1403499.
[4] Weinstein N. D., „Unrealistic optimism about susceptibility to health problems: conclusions from a community-wide sample”, „Journal of Behavioral Medicine”, 1987, t. 10, nr 5, s. 481–500. DOI: 10.1007/BF00846146.
[5] Anderson B. A. i współautorzy, „Attention Failures Cause Workplace Accidents: Why Workers Ignore Hazards and What To Do About It”, „Policy Insights from the Behavioral and Brain Sciences”, 2024, t. 11, nr 1. DOI: 10.1177/23727322231218190.
[6] Vaughan D., „The Challenger Launch Decision: Risky Technology, Culture, and Deviance at NASA”, University of Chicago Press, 1996.
[7] Dave D., Kaestner R., „Health insurance and ex ante moral hazard: evidence from Medicare”, „International Journal of Health Care Finance and Economics”, 2009, t. 9, s. 367–390. DOI: 10.1007/s10754-009-9056-4.
[8] Ustawa z 30 października 2002 r. o ubezpieczeniu społecznym z tytułu wypadków przy pracy i chorób zawodowych, art. 21, tekst jednolity Dz.U. z 2025 r., poz. 1644.
[9] Treutlein D., „External economic incentives for prevention”, OSHwiki, Europejska Agencja Bezpieczeństwa i Zdrowia w Pracy.
[10] De Filippi F., Penacchio O., O’Connor A. R., Harris J. M., „Natural warning signals unexpectedly shape human metamemory ratings but not image recognition success”, „Scientific Reports”, 2026, t. 16, artykuł 10435. DOI: 10.1038/s41598-026-41178-y.
[11] Polski Komitet Normalizacyjny, PN-EN 131-3+A1:2026-01, „Drabiny. Część 3: Oznakowanie i instrukcje dla użytkownika”.
[12] Reason J., „Human error: models and management”, „BMJ”, 2000, t. 320, s. 768–770. DOI: 10.1136/bmj.320.7237.768.
[13] National Institute for Occupational Safety and Health, „Hierarchy of Controls”, Centers for Disease Control and Prevention, 2024.
[14] Jonas H., „Zasada odpowiedzialności. Etyka dla cywilizacji technologicznej”, przeł. Marek Klimowicz, Wydawnictwo Platan, Kraków 1996. Oryginał: „Das Prinzip Verantwortung”, 1979.




Wprowadzenie autora wierszy – Wiersze do tomiku „Obecność” powstają w sposób naturalny i przypadkowy, jako świadectwo chwili. Podobnie budzimy się każdego dnia o innej godzinie, choć w rytmie czasu, którego regularność trudno uznać za przypadek.

Odpoczynek
Pies miarowo oddycha,
leży nieruchomo na boku.
Nic, chyba nic mu się nie śni.
Tylko oddech jest oznaką życia.
Kot się gdzieś zakopał
i nie chce, by go szukać.
Później wychodzi
z zaspanymi oczami.
Zasłaniam twarz dłońmi,
okrywam ją ich ciepłem.
Ręce mają zapach psiego futra.
Będzie mi go brak.


Janusz Bończak. Obecność




Wprowadzenie redakcji Istota – Agata Miętus jest już dobrze znana Czytelniczkom i Czytelnikom „Istoty”. Publikowaliśmy jej teksty o prawach kobiet, ekologii, a także poezję. Tym razem chciałbym zaprosić do przeczytania pierwszego wiersza z jej debiutanckiego tomiku „Zawsze chwilę po”. „Trzy kobiety w parku i nic” to pozornie zwyczajna obserwacja. Trzy kobiety, jedno miejsce, a jednak każda z nich osobno. Agata zatrzymuje się przy tym obrazie i dostrzega coś, co łatwo przeoczyć, kiedy mijamy innych ludzi. Pozostawia nas z pytaniem, które warto sobie zadać.

Trzy kobiety w parku i nic

Banalny tytuł.
Trzy kobiety siedzą w parku,
Jedna trochę starsza, dwie trochę młodsze.
Wszystkie w jednym miejscu –
w parku,
ale każda z osobna,
samotna (tak mi się wydaje).
Dziwi mnie ten widok,
nie dlatego, że są kobietami,
istotami boskimi,
ale żadna z nich nie dzierży w swoich dłoniach nic.
Spoglądają na nic. Ich oczy nie wyrażają nic.
Zatrzymane są w tym momencie nicości.
Tak się zastanawiam,
mijając je wszystkie, a jest ich tylko trzy
(tak mi się wydaje)
czy wiedzą o swoim istnieniu?


O autorce: Agata Miętus, poetka, kolażystka, ekonomistka, feministka i aktywistka. Interesuje się prawami kobiet, ekologią i ekonomią Europy Środkowej. Wiersze zaczęła pisać w 2023 roku podczas pobytu w Bratysławie, inspirując się miejską codziennością, przypadkowymi spotkaniami i obserwacjami ludzi. Zawodowo związana z Uniwersytetem Ekonomicznym w Krakowie, zajmuje się również edukacją antydyskryminacyjną. Lubi czytać, biegać i tworzyć kolaże. Mieszka w Krakowie. „Zawsze chwilę po” to jej debiutancki tomik poetycki. Fot. archiwum autorki




Historia starych drzew z parku przy dworze Uniwersytetu Jagiellońskiego w Modlnicy, zapisana w dawnych inwentarzach, dokumentach konserwatorskich i fotografiach.

Zaczęło się od starej fotografii, na którą natrafiłem, szukając informacji o parku przy dworze Uniwersytetu Jagiellońskiego w Modlnicy. Na zdjęciu potężny dąb z charakterystyczną dziuplą. Fotografia została wykonana w 1990 roku przez Marię Majkę, a opublikowano ją pięć lat później w kwartalniku „Ochrona Zabytków”. W podpisie drzewo określono jako „dąb pomnikowy na krawędzi najwyższego tarasu”, na granicy z leśną częścią parku. Dodano również, że fotografia przedstawia dąb po konserwacji. Mam własne zdjęcie, wykonane w październiku 2026 roku, niemal z tego samego miejsca. Dwa obrazy dzieli 36 lat. Postanowiłem więc dowiedzieć się o tym drzewie czegoś więcej. I tak rozpoczęły się poszukiwania, które zaprowadziły mnie znacznie dalej, niż początkowo przypuszczałem.

W wydanym w 1934 roku czternastym roczniku „Ochrony Przyrody”, organu Państwowej Rady Ochrony Przyrody, odnalazłem opracowanie Andrzeja Środonia zatytułowane „Inwentarz zabytkowych dębów w Polsce”. Na stronie 85, pod numerem 60, pojawia się Modlnica. Autor wymienia siedem dębów rosnących w parku dworskim, o obwodach: 508, 520, 440, 450, 396, 396 i 500 centymetrów. Przy jednym z nich, o obwodzie 520 centymetrów, umieszczono uwagę: „duża dziupla”. Właścicielem majątku był wówczas Adam Konopka. Czy to ten sam dąb? Wszystko wskazuje na interesującą zbieżność. Dziś na pniu znajduje się również oznaczenie „550”, którego znaczenia jeszcze nie ustaliłem. Być może jest to zapis dawnego obwodu. Sam zmierzyłem drzewo, ale ponieważ pomiar nie był wystarczająco dokładny, nie będę na razie podawał wyniku. Wiem tylko, że obwód jest imponujący.

Ważny jest jeszcze jeden szczegół. Środoń przy pozycji dotyczącej Modlnicy umieścił literę „k”, oznaczającą wiadomość uzyskaną z kwestionariusza. Materiały do jego inwentarza zbierano przez wiele lat, jeszcze przed odzyskaniem niepodległości. Pierwsze ankiety rozsyłano już w 1907 roku z inicjatywy profesora Mariana Raciborskiego. Później podobne działania prowadziła Państwowa Rada Ochrony Przyrody. Sam autor przyznawał, że zebrane informacje mogą zawierać nieścisłości. Nie mamy więc pewności, kiedy dokładnie zmierzono modlnickie dęby. Pewne jest natomiast, że przed 1934 rokiem zostały opisane i znalazły się w ogólnopolskim inwentarzu zabytkowych drzew.

Poszukiwania zaprowadziły mnie jeszcze dalej, aż do XV wieku. W „Słowniku historyczno-geograficznym ziem polskich w średniowieczu”, opracowanym przez Instytut Historii Polskiej Akademii Nauk, odnalazłem wzmiankę z 1467 roku. To zapis sądowego sporu między Janem Świdrem z Modlnicy a Stanisławem Rolą z Dąbia. Ludzie tego drugiego mieli wyrąbać gaj należący do Świdra, a także owocujący dąb, którego wartość określono na dziesięć grzywien. Czyż to nie niezwykłe? Niemal 560 lat temu dąb był przedmiotem sporu o majątek, a jego wartość została szczegółowo odnotowana w dokumentach sądowych. Oczywiście nie jest to historia drzewa, które dziś fotografujemy. Dowodzi jednak, jak dawno dęby były obecne w gospodarczym i przyrodniczym krajobrazie Modlnicy.

Jeszcze więcej informacji przynosi inwentarz Modlnicy z 1582 roku, opublikowany w XIX wieku przez Władysława Chomętowskiego. Opisano w nim duży gaj dębowo-grabowy przy drodze do Krakowa, mniejszy gaj brzozowo-dębowy na granicy z sąsiednimi wsiami oraz Pokrętkę, znaną z jeszcze wcześniejszych zapisów. Miejsca te należały do dawnych dóbr modlnickich, choć nie można utożsamiać ich z dzisiejszym parkiem. Wiemy jednak, że w XVI wieku dęby były ważną częścią tutejszego krajobrazu. I tu pojawia się pytanie, którego nie potrafię na razie rozstrzygnąć. Czy park założono w miejscu wcześniejszego drzewostanu, zachowując najokazalsze drzewa, czy może zostały one posadzone w otoczeniu dworu?

Sam dwór ma historię sięgającą co najmniej XVI wieku. Inwentarz z 1582 roku opisuje drewniany, piętrowy budynek, należący wcześniej do Mikołaja Salomona. W tym samym roku majątek nabył Stanisław Fogelweder, sekretarz królewski i dyplomata. Przez kolejne stulecia Modlnica zmieniała właścicieli, a wraz z nimi zmieniały się zabudowania i zapewne samo otoczenie dworu. Z 1752 roku pochodzi kolejny inwentarz, wspomniany w opracowaniach historycznych. Nie udało mi się jeszcze dotrzeć do jego pełnej treści. Być może zapisano w nim coś o starych drzewach, ogrodzie albo granicach parku.

Pod koniec XVIII wieku Modlnica znalazła się w rękach rodziny Konopków. Józef Konopka nabył majątek w latach 80. XVIII wieku i po pożarze wcześniejszej siedziby wzniósł nowy, murowany dwór. Budowa trwała w latach 1784–1787. W dokumentacji konserwatorskiej z 1994 roku park Konopków datowany jest na 1797 rok. Nie oznacza to jednak, że wszystkie rosnące w nim drzewa posadzono właśnie wtedy. W materiałach Małopolskich Dni Dziedzictwa Kulturowego początki założenia parkowego łączone są z XVI wiekiem, a jego późniejsze przekształcenia z okresem baroku. Sam Narodowy Instytut Dziedzictwa podkreśla, że główną wartością dzisiejszego parku jest zachowany częściowo stary drzewostan.

Ile więc mogą mieć lat modlnickie dęby? W materiałach Małopolskich Dni Dziedzictwa Kulturowego podano, że niektóre liczą około 400–500 lat. Nie znalazłem jednak dokumentacji badań, która pozwalałaby potwierdzić wiek konkretnych drzew. Przyjmując ten szacunek jedynie orientacyjnie, ich początki mogłyby przypadać na lata 1526–1626. Byłby to więc czas Zygmunta Starego, Zygmunta Augusta, unii lubelskiej i pierwszych dziesięcioleci Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Wówczas Kraków pozostawał jednym z najważniejszych ośrodków państwa, a Modlnica stanowiła część jego wiejskiego zaplecza. Jeśli najstarsze dęby rzeczywiście pochodzą z tamtych czasów, mogły już rosnąć podczas potopu szwedzkiego w 1655 roku, a później obserwować, jak Rzeczpospolita znika z mapy Europy. Kiedy w 1797 roku kształtowano park Konopków, okolice Krakowa znajdowały się już pod panowaniem austriackim. To jednak próba umieszczenia możliwego wieku drzew w historii, a nie dowód ich rzeczywistej daty posadzenia.

W XIX wieku modlnicki dwór był miejscem związanym z polską nauką i kulturą. Przez trzynaście lat, od 1871 do 1884 roku, mieszkał tu Oskar Kolberg, etnograf, kompozytor i jeden z najwybitniejszych badaczy kultury ludowej. Pracował nad kolejnymi tomami swoich opracowań, korzystając z gościnności rodziny Konopków. W materiałach dotyczących jego działalności znalazłem niezwykle interesujący trop. Antonina Konopczanka, współpracująca z Kolbergiem, pozostawiła rękopis znany jako „Modlnicki raptularz”, powstały w latach 1868–1869. Są w nim zapisane rozmowy z mieszkańcami Modlnicy, ich opowieści, wierzenia i obyczaje. Zachował się również rękopis Józefa Konopki z 1874 roku, zatytułowany „Imienie wsi Modlnicy Wielkiej na pamiątkę dla rodziny opowiedział rymem…”. Wierszowana historia rodzinnej miejscowości! Być może w tych materiałach znajdują się informacje dotyczące dawnego krajobrazu, ogrodu albo drzew. Nie znalazłem jeszcze bezpośredniej wzmianki o naszych dębach, ale same dokumenty są warte dalszych badań.

Poszukiwania prowadzą także do dawnych map. W Archiwum Narodowym w Krakowie zachowała się uproszczona kopia mapy Modlnicy Wielkiej i Małej, datowana na lata 1826–1850. Są również materiały austriackiego katastru z 1848 roku, opisane jako „Modlnica und Modlniczka”, obejmujące 26 arkuszy szkiców terenowych. Nie znalazłem ich skanów udostępnionych publicznie. Nie wiemy więc, czy przedstawiają układ parku i rozmieszczenie drzew, ale mogą pomóc odtworzyć dawny przebieg granic, dróg i ogrodów. Warto byłoby także dotrzeć do zachowanych materiałów archiwalnych rodziny Konopków.

W XX wieku park doczekał się kolejnych opracowań. W 1958 roku profesor Gerard Ciołek przygotował projekt jego uporządkowania i rekonstrukcji. Narodowy Instytut Dziedzictwa wymienia również karty ewidencyjne parku sporządzone przez Janusza Bogdanowskiego w 1959 i 1965 roku. Ich szczegółowa treść nie jest mi jeszcze znana. Dokumenty te mogą jednak okazać się niezwykle ważne, zwłaszcza jeśli zawierają plany drzewostanu, oznaczenia najstarszych okazów i ich ówczesne obwody.

Znacznie więcej wiemy o pracach przeprowadzonych pod koniec lat osiemdziesiątych. W latach 1987–1989 zabiegami pielęgnacyjnymi i konserwatorskimi objęto 318 drzew, z czego 91 poddano konserwacji kompleksowej. W tej grupie znalazły się dęby pomnikowe rosnące na górnym tarasie parku. Oczyszczano i zabezpieczano ubytki w pniach, usuwano stare plomby cementowe, zajmowano się próchniejącym drewnem i odciążano korony. Porządkowano także park, odnawiając fragmenty historycznych ścieżek i układu ogrodowego. Wszystko to zostało szczegółowo opisane przez Andrzeja Gaczoła, Olgę Dybę i Marię Majkę w „Ochronie Zabytków” z 1994 roku. To właśnie po tych pracach powstała fotografia dębu z 1990 roku, od której rozpoczęły się moje poszukiwania.

Pozostaje jeszcze kwestia pomnikowego statusu drzew. W dawnych opracowaniach określano je jako dęby pomnikowe. Samo takie określenie nie oznacza jednak, że każde z nich posiada dziś indywidualny status prawny pomnika przyrody. Zabytkowy zespół dworski jest objęty ochroną konserwatorską, ale to odrębna forma ochrony. Chciałbym odnaleźć decyzje administracyjne, dawne karty drzew i ewentualne akty ustanawiające pomniki przyrody. Tylko w ten sposób można rzetelnie ustalić, jaki jest obecny status poszczególnych dębów. Nie wiemy też, ile z siedmiu drzew opisanych w przedwojennym inwentarzu zachowało się do naszych czasów. I nie wiemy, czy któreś z nich rosło tutaj, zanim powstał pierwszy dwór. Nie jest przecież wykluczone, że dawni właściciele urządzali ogrody wokół już istniejących drzew. Może to one wyznaczały granice i układ tego miejsca, zanim pojawiły się alejki, tarasy i ogrodowe kompozycje. To tylko przypuszczenie, ale warto je zbadać, choćby porównując stare mapy i inwentaryzacje z dzisiejszym drzewostanem.

Wrócę do Modlnicy z dokładną taśmą mierniczą. Chciałbym również sprawdzić, jak przez ostatnie dziesięciolecia zmieniały się obwody tych drzew, czy zachowały się wszystkie opisywane dawniej dęby i czy można je zidentyfikować. Sama dziupla nie wystarcza przecież do określenia wieku, podobnie jak obwód pnia. Do tego potrzebne są bardziej szczegółowe badania, a w przypadku tak starych, częściowo wypróchniałych drzew nie zawsze można uzyskać jednoznaczną odpowiedź.
Myślę jednak, że już samo pisanie o tych drzewach ma znaczenie. Przywoływanie ich historii, odszukiwanie dawnych dokumentów, próby poznania ich wieku i losów zwracają na nie uwagę. Przestajemy widzieć w nich wyłącznie element zabytkowego parku, część krajobrazu czy przyrodniczą osobliwość. Zaczynamy dostrzegać żywe istoty, których obecność wykracza daleko poza nasze ludzkie życie, a ich historia przecina się z historią wielu pokoleń. I tu wracam do bliskiej mi idei demokracji przyrodniczej. Do przekonania, że przyroda nie powinna pozostawać wyłącznie przedmiotem naszych decyzji, własnością, zasobem czy ozdobą otoczenia. Może właśnie takie drzewa, ze swoją wielowiekową historią, pozwalają wyobrazić sobie świat, w którym również one miałyby swoje szczególne prawa przyrodnicze. Prawo do życia, trwania, rozwoju i zachowania naturalnego środowiska. Nie wyłącznie z naszej łaskawości, ale z uznania ich własnej wartości i obecności we wspólnym świecie.

Być może to dopiero przedsmak przyszłych zmian, również w sposobie stanowienia prawa. Ale przecież od czegoś trzeba zacząć. Od zainteresowania, poznania, opowiedzenia historii, a później uznania, że te drzewa mają znaczenie nie tylko dla nas. Że nie muszą być użyteczne, piękne czy pomnikowe, aby zasługiwały na szacunek. Na razie mam dwie fotografie, kilka starych dokumentów i mnóstwo pytań, na które wciąż szukam odpowiedzi. Mam też przed oczami ten wspaniały dąb z dziuplą, stojący w jesiennym parku w Modlnicy. Nie wiem, ile dokładnie ma lat, kto był świadkiem jego młodości i czy ktokolwiek go posadził. Wiem natomiast, że dobrze byłoby zrobić wszystko, aby jego historia mogła trwać dalej. Niezależnie od tego, jak będzie zmieniał się świat wokół niego.
Tekst i fotografie współczesne Janusz Bończak


Źródła i literatura

  1. Andrzej Środoń, „Inwentarz zabytkowych dębów w Polsce”, „Ochrona Przyrody”, rocznik XIV, Kraków 1934, s. 78–110, Modlnica na s. 85, poz. 60. Oryginalne wydawnictwo w Śląskiej Bibliotece Cyfrowej.
  2. Instytut Historii Polskiej Akademii Nauk, „Słownik historyczno-geograficzny ziem polskich w średniowieczu”, hasło „Modlnica Wielka lub Górna”, w szczególności zapiski z 1467 i 1582 roku. Opracowanie naukowe.
  3. Władysław Chomętowski, „Materyały do dziejów rolnictwa w Polsce w XVI i XVII wieku”, Warszawa 1876, s. 172–197, edycja inwentarza Modlnicy z 1582 roku. Informacje przywołane na podstawie opracowania Instytutu Historii PAN.
  4. Maria Hennel-Bernasikowa, „Dwór w Modlnicy”, „Zeszyty Naukowe Uniwersytetu Jagiellońskiego. Prace z Historii Sztuki”, z. 2, Kraków 1965, s. 165–210. Egzemplarz cyfrowy, Uniwersytet w Heidelbergu.
  5. Andrzej Gaczoł, Olga Dyba, Maria Majka, „Prace konserwatorskie w województwie krakowskim w latach 1980–1992”, część I, „Ochrona Zabytków”, t. 47, nr 1, 1994, s. 67–103, dokumentacja prac w parku w Modlnicy na s. 95. Pełny tekst.
  6. Maria Majka, „Ochrona zabytkowych parków i ogrodów w województwie krakowskim. Przykłady realizacji konserwatorskich z lat 1984–1994”, „Ochrona Zabytków”, t. 48, nr 3–4, 1995, s. 316–329, fotografia dębu z 1990 roku na s. 320. Pełny tekst.
  7. Narodowy Instytut Dziedzictwa, „Park w Modlnicy” oraz „Dwór w Modlnicy”, opracowanie Grzegorza Młynarczyka, 2020. Park | Dwór.
  8. Małopolskie Dni Dziedzictwa Kulturowego, „Dwór w Modlnicy”, historia zespołu dworskiego i szacowany wiek najstarszych dębów. Opracowanie.
  9. Archiwum Narodowe w Krakowie, „Uproszczona kopia mapy wsi szlacheckiej Modlnica Wielka i Modlnica Mała”, 1826–1850, sygn. 29/200/0/27.1/3837. Opis archiwalny.
  10. Archiwum Narodowe w Krakowie, „Modlnica und Modlniczka”, austriackie szkice katastralne z 1848 roku, sygn. 29/280/0/-/Kat gal II sp 790. Opis archiwalny.
  11. Oskar Kolberg, „Krakowskie. Suplement do tomów 5–8”, „Dzieła Wszystkie”, t. 73, cz. III, Poznań 2005, s. 5–105, publikacja „Modlnickiego raptularza” Antoniny Konopczanki. Uzupełniająco: biogram Antoniny Konopczanki w bazie ETNOznawcy.
  12. Instytut im. Oskara Kolberga, „Oskar Kolberg. Człowiek i dzieło”, t. 85, cz. III, materiały dotyczące rękopisów rodziny Konopków, w tym wierszowanej historii Modlnicy z 1874 roku. Publikacja.
  13. Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska, informacje o Centralnym Rejestrze Form Ochrony Przyrody i prawnych podstawach ustanawiania pomników przyrody. Informacje urzędowe.



Czy można zapewnić rolnikom godne życie, nie niszcząc przy tym ziemi, od której zależy ich przyszłość? To jedno z najważniejszych pytań postawionych w dokumencie „Chrześcijańska wizja nowej Wspólnej Polityki Rolnej”, opublikowanym w październiku 2026 roku przez europejską sieć Our Daily Bread. W pracach nad stanowiskiem uczestniczyła również prof. Barbara Niedźwiedzka, reprezentująca organizację Christians for Animals.
Choć tytuł odwołuje się do chrześcijaństwa, przedstawione postulaty wykraczają poza religijny światopogląd. Ich podstawą jest odpowiedzialność za ziemię, zwierzęta i ludzi, a także przekonanie, że produkcja żywności nie może być podporządkowana wyłącznie ekonomicznej wydajności.
Autorzy proponują, aby przyszła Wspólna Polityka Rolna na lata 2028–2034 sprawiedliwiej dzieliła środki publiczne, wspierała mniejsze gospodarstwa, ułatwiała młodym ludziom podejmowanie działalności rolniczej i zapewniała rzeczywistą ochronę środowiska. Postulują przeznaczenie co najmniej 35% budżetu WPR na działania związane z klimatem, przyrodą i dobrostanem zwierząt.
Szczególnie istotna jest krytyka obecnego systemu finansowania rolnictwa. Przywołane w opracowaniu badania wskazują, że ponad 80% analizowanego wsparcia WPR służy bezpośrednio lub pośrednio produkcji zwierzęcej, również poprzez finansowanie upraw paszowych. Autorzy proponują większe wsparcie produkcji warzyw, owoców i roślin strączkowych, przeznaczonych do bezpośredniego spożycia przez ludzi.
Ważnym postulatem jest także wynagradzanie rolników za ochronę przyrody. Dbałość o żyzność gleby, zachowanie bioróżnorodności, ograniczanie zanieczyszczeń czy poprawa warunków życia zwierząt powinny być traktowane jako konkretna praca na rzecz wspólnego dobra, za którą należy się uczciwe wynagrodzenie. Rolnik nie powinien ponosić samotnie kosztów ochrony środowiska, z którego korzysta całe społeczeństwo.
Z tym wiąże się również kwestia sprawiedliwego handlu. Autorzy zwracają uwagę, że dopłaty nie zastąpią uczciwych cen i relacji gospodarczych. Potrzebne są sprawiedliwe umowy, przeciwdziałanie nieuczciwym praktykom handlowym i wzmocnienie pozycji rolników wobec silniejszych uczestników rynku. Pozostaje jednak pewien niedosyt. Niewiele miejsca poświęcono krótkim łańcuchom dostaw, handlowi sąsiedzkiemu, lokalnym targowiskom czy bezpośrednim relacjom producentów z konsumentami. A przecież właśnie te rozwiązania mogą pomóc drobnym gospodarstwom uniezależniać się od pośredników i uzyskiwać godziwe dochody.
Osobnego docenienia wymaga podjęcie kwestii odpowiedzialności człowieka za inne istoty żywe. Jako chrześcijanin od dawna nie potrafię zrozumieć, dlaczego w tak wielu środowiskach chrześcijańskich, pomimo głębokiej refleksji nad godnością i moralnością, przyroda i zwierzęta wciąż zajmują tak niewiele miejsca. Tymczasem troska o stworzenie powinna być czymś naturalnym, wynikającym z samej istoty chrześcijańskiego nauczania. Dokument Our Daily Bread przypomina o tej odpowiedzialności, odwołując się między innymi do encykliki Laudato si’ papieża Franciszka.
Autorzy opowiadają się za odchodzeniem od przemysłowego chowu zwierząt i poprawą ich dobrostanu, choć nie kwestionują samego wykorzystywania zwierząt w produkcji żywności. Z perspektywy etyki praw zwierząt pozostawia to przestrzeń do dalszej dyskusji. Ważne jednak, że los zwierząt został włączony do rozważań o sprawiedliwości, a nie potraktowany jako zagadnienie drugorzędne.
„Chrześcijańska wizja nowej Wspólnej Polityki Rolnej” jest przemyślanym i popartym źródłami głosem w europejskiej debacie o przyszłości rolnictwa. Łączy troskę o sytuację ekonomiczną rolników z odpowiedzialnością za środowisko, zdrowie społeczeństwa i życie zwierząt. Przypomina również, że publiczne pieniądze powinny służyć dobru wspólnemu.
Warto tę pracę przeczytać, również dlatego, że wychodzi ze środowiska chrześcijańskiego, które podejmuje trudne pytania o granice ludzkiego prawa do korzystania z przyrody. Być może właśnie od uznania, że ziemia i pozostałe istoty żywe nie istnieją wyłącznie dla naszych potrzeb, powinna zaczynać się poważna rozmowa o przyszłości rolnictwa.
Janusz Bończak


Źródło: Chrześcijańska wizja nowej Wspólnej Polityki Rolnej (WPR). WPR dotrzymująca przymierza z rolnikami, ziemią i społeczeństwami Europy, Our Daily Bread Network, październik 2026, 16 s.
Tytuł: Chrześcijańska wizja nowej Wspólnej Polityki Rolnej (WPR). WPR dotrzymująca przymierza z rolnikami, ziemią i społeczeństwami Europy. Wydawca: Our Daily Bread Network, europejska sieć organizacji chrześcijańskich. Opracowanie: Grupa Robocza WPR sieci Our Daily Bread, w której skład wchodzą:
Emmanuelle Huet (JESC); Niall Leahy SJ (JCFJ); Federica Ammaturo (The Economy of Francesco); Barbara Niedźwiedzka (Christians for Animals); Lenka Mačugová (COMECE). Data publikacji: październik 2026 r. Objętość: 16 stron. Strona wydawcy: ourdailybreadnetwork.eu

Pobierz dokument: Our Daily Bread Network.Chrześcijańska wizja WPR

 




Wprowadzenie autora wierszy – Wiersze do tomiku „Obecność” powstają w sposób naturalny i przypadkowy, jako świadectwo chwili. Podobnie budzimy się każdego dnia o innej godzinie, choć w rytmie czasu, którego regularność trudno uznać za przypadek.

Garnitur
Garnitur jest wymagający,
szkoda, że nie jest niemnący.
Wbija mnie w formę, nadaje strukturę,
…ale brzuch nadal wystaje.
Guzik szykownie dopięty.
Dopóki nie siadasz,
wydłubując go z dziurki
biegłym ruchem ręki.
Koszula wyłazi, poprawiasz dłonią.
Jakoś niewłaściwie się czuję.
Krawat – krzywa wieża,
podpieram pion.
Szlag z nim!
…w lustrze niedbały.
I zmarszczki materiału
zasłonię połami marynarki,
A wieczorem go odkładam.
Patrzę w lustro…
szkoda, że też nie jestem…
niemnący.


Janusz Bończak. Obecność




Wprowadzenie autora wierszy – Trzy wiersze poświęcone są Georgowi Traklowi (1887–1914), austriackiemu poecie reprezentującemu ekspresjonizm, którego życie zakończyło się 3 listopada 1914 roku w Krakowie, w szpitalu wojskowym przy ulicy Wrocławskiej. Jako wojskowy aptekarz doświadczył okrucieństwa I wojny światowej, a bezsilność wobec cierpienia rannych żołnierzy doprowadziła go do psychicznego załamania.
Wiersze są literacką próbą spojrzenia na jego ostatnie dni, samotność, relację z matką i czas nieuchronnie odmierzający koniec życia.

Powiedz mamo…
Jej oczy milczą, jak do mnie mówi,
jej objęcia zapomniały ciepła,
a samotność, jakby była moja.
Mam bladą skórę jak jej twarz
i boję się nocy tak samo.
Siedzę wtulony w kącie.
Chowam głowę, zatykam uszy
i słyszę szloch jak pod wodą,
biorę go dla siebie, od siebie,
choć to nie moja rozpacz,
beznadzieja rozpoczętego dnia,
niepokój godzin, biegnącej wskazówki.
Jak mogę być Twój,
jak możesz mnie zobaczyć…,
poczuć tylko przez sen?
Przez malignę nocną,
jawę obłąkaną w dniu.
Niech tak będzie,
bo innej drogi nie widzę
do miłości matczynej.


Jej droga, moje miejsce

Niewybrukowana droga zaprowadziła mnie
tu, na skraj ludzkiego nieszczęścia.
Przewróciłem się bez siły, leżę w kałuży wstydu.
Wszędzie jest ten sam smród głupoty,
obrzydliwego wstrętu, który wydziera się z oczu,
kapie z nosa strużką, zaznaczając lampas na spodniach,
długich, pomiętych, bez zakończenia w butach
z twardą podeszwą, szytą grubymi nićmi.
Wszędzie są stopy nagie, brudne, spięte,
pragnące tańczyć, iść wzdłuż jeziora wieczorową porą,
a nie tu być samotne, dogorywające,
niektóre już bez czucia, bez właściciela,
w odchodach strachu, bez recepty na przeżycie.
Tu mnie, Matko, zaprowadziłaś?
Czy to tylko moja droga na skraj świata,
epoki, miłości w objęciach stygnącej nienawiści?
Matko! Pomóż im.
Ja nie potrafię. Ocal mnie niepamięcią!

Czas
Gdy miałem się urodzić, wskazówka losu
rzuciła cień na moją twarz i ręce.
Rytm napięcia wbił się w moje serce
i taktem jak wystrzał rozerwał moją pamięć.
Już zostałem skazany, zanim zapadł wyrok.
Już umarłem, zanim umarłem za życia.
Pamięć rozdrapuje mi oczy, wyrywa chwile
i nic nie zostaje zapomniane.
Matka wiedziała, płakała, łkała.
Ona wiedziała, jak wskazówka mija moje dni.
Nie umiała mi pomóc, jak ja nie mogłem im.
Oszalała moim nadchodzącym szaleństwem.
Teraz, Matko, rozumiem Twój brak.
Niemoc była wskazówką, więc się poddałem,
bo tak wskazywała godzina losu.
Wybacz mi, że tak bardzo Cię zawiodłem,
że tak bardzo cierpiałaś przeze mnie.
Dziecko, które urodziłaś,
młodzieniec, który chciał być z tobą,
brat wojennego bólu,
z siostrą śmiercią przy boku,
czekający
na swoją minutę. Czas trupa. Zapach zwłok


Autor Janusz Bończak, fot. Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=374692




– Może przejdzie się pani ze mną, niekoniecznie daleko, wystarczy do końca ulicy albo jeszcze kawałek dalej, bo czasem łatwiej rozmawia się w ruchu, gdy nie trzeba siedzieć naprzeciwko siebie i pilnować każdego spojrzenia, a słowa mogą iść obok nas własnym krokiem, raz przyspieszać, innym razem zostawać nieco z tyłu, jakby zastanawiały się, czy naprawdę powinny zostać wypowiedziane. Nie mam wprawdzie przygotowanego tematu tej rozmowy ani pewności, dokąd nas zaprowadzi, ale przecież większość spacerów rozpoczyna się właśnie w taki sposób, od pierwszego kroku, po którym następny wydaje się już czymś zupełnie naturalnym.
Proszę mi podać rękę, tutaj chodnik jest trochę nierówny, a poza tym chciałbym przez chwilę zatrzymać się przy tym zwyczajnym geście, przy zetknięciu dwóch dłoni, którego zazwyczaj nawet nie zauważamy, chociaż trudno znaleźć coś bardziej rzeczywistego, bezpośredniego i niepozostawiającego wątpliwości, że spotkanie naprawdę się wydarzyło. Raz ten dotyk jest miękki i delikatny, innym razem dłoń okazuje się twarda, sucha, poorana liniami, i można pomyśleć, że osoba, do której należy, nie miała życia, o którym dałoby się powiedzieć, że było usłane różami, ponieważ skóra ma swój język Braille’a, a chociaż alfabet pozostaje nam nieznany, próbujemy odczytać siłę uścisku, szorstkość, ciepło, drżenie, niepewność, zmęczenie albo spokój, czasem nawet to, czy ktoś chce iść z nami dalej, czy tylko pozwala swojej dłoni na krótką chwilę znaleźć się w naszej.
Niech pani jeszcze jej nie cofa, nie dlatego, że chciałbym przedłużać tę chwilę ponad miarę albo wyczytać coś, czego nie chciałaby pani powiedzieć, lecz dlatego, że zastanawiam się, gdzie jeszcze mamy podobną pewność, że coś istnieje, ponieważ możemy poczuć jego opór, ciężar, twardość albo miękkość. Może przy codziennym sznurowaniu butów, zwłaszcza w chwili zaciskania sznurówek, gdy przekładamy jedną przez drugą, zakładamy pętelkę i czujemy, jak obuwie obejmuje stopę, chociaż można mieć mokasyny, szpilki, sandały albo kapcie i nie chodzi przecież o rodzaj obuwia, tylko o to, czy czujemy napięcie materiału, jego dotyk, czasem ucisk, czasem wygodę i bezpieczeństwo, a skoro czujemy, możemy uznać, że mamy dowód, iż jesteśmy tutaj, podłoga znajduje się pod stopami, ulica biegnie przed nami, a świat, przynajmniej na razie, zachowuje swoje właściwości.
No właśnie, czujemy, tylko że we śnie również wydaje nam się, że czujemy, dotykamy ścian, klamek, czyjejś twarzy, mokrej trawy, czasem spadamy, czasem ktoś nas przytula i po przebudzeniu przez kilka chwil ciało jeszcze pamięta ten uścisk, chociaż w pokoju nie było nikogo, żadna dłoń nie dotknęła naszej dłoni, a jednak serce bije szybciej i trudno powiedzieć, że tamto nie wydarzyło się w żaden sposób, że nie pozostawiło śladu, bo ciało pamięta coś, czego według faktów nie było, tak samo jak prawdziwe zdarzenie po latach potrafi przypominać sen, czyjaś ręka na ramieniu, chłód stołu, ciepło policzka, twarz człowieka, którego już nie ma, wszystko to było, a jednak z czasem traci kontury, miesza się z wyobrażeniem, pamięć umysłu wchodzi w pamięć ciała, poprawia świat jak redaktor, a rzeczy, które były blisko nas, przechowują czasem więcej niż my.
Granica dotyku i czucia okazuje się więc niewyobrażalnie szeroka, ponieważ przyszłości nie przewidzimy, przeszłości nie zachowamy w całości, a chcielibyśmy mieć dowód trwałej cielesności, potwierdzenie, że jesteśmy, że świat jest, że kamień pozostaje kamieniem, dłoń dłonią, a stół stołem, tylko że wtedy nauka daje nam przysłowiowo w kość i mówi, że to, co uznajemy za zwarte, zbudowane jest z pustki, pól, sił, ruchu i prawdopodobieństwa, że to, co nieruchome, drga, a to, co twarde, wcale nie jest jednolitą twardością.
Nietoperz widzi poprzez słuch i jest fantastyczną istotą, chociaż nie o nim przecież mowa, lecz o nas, którzy chcemy dotknąć świata, a dowiadujemy się, że dotyk nie jest tak prosty, jak się wydaje, bo zakaz Pauliego i oddziaływania sprawiają, że dłonie nie przenikają się przez siebie, lecz zatrzymują się na granicy, i właśnie tę granicę nazywamy uściskiem, chociaż bliskość powstaje dzięki temu, że nie możemy się przeniknąć, a mimo to przepływa ciepło, pojawia się drżenie, spokój albo lęk.
Pani dłoń także coś mówi, chociaż nie będę odgadywał, czy zapisane jest w niej zmęczenie, nieufność czy tylko zdziwienie, że obcy człowiek trzyma ją tak długo i opowiada o elektronach, nietoperzach, sznurówkach i baśniach, bo być może właśnie na tym polega nieuczciwość naszych odczytań, że chcemy poznać całą opowieść po jednym zdaniu, nie pytając nawet, czy druga osoba chce nam pozwolić czytać dalej.
A gdzie są dowody na istnienie samego faktu dotyku, skoro naukowcy mówią, że jesteśmy energią, że kamień także jest energią, a wszystko to zapisują kredą, światłem ekranu, zerem i jedynką, językiem, który być może niedługo będzie wyglądał jak pismo klinowe, bo zastąpi go język pętli, strun, splątań, czarnych dziur, ciemnej materii i horyzontu zdarzeń, pojęć brzmiących czasem bardziej jak baśń niż chłodna nauka.
Baśnie przecież od zawsze robiły to samo, nadawały postać temu, czego nie można było dotknąć, miłość otrzymywała twarz, tęsknota drogę, strach las, nadzieja światło w oknie, śmierć stawała się łodzią, rzeką albo bramą, a człowiek opowiadał, ponieważ samo istnienie faktu nigdy mu nie wystarczało i potrzebował jeszcze znaczenia, dlatego fakt mówił, że ktoś odszedł, a baśń, że wyruszył w drogę, fakt mówił, że ojciec wrócił, lecz baśń zaczynała się dopiero wtedy, gdy stanął w drzwiach i objął dziecko mocniej, niż wymagał zwykły gest powitania, ponieważ tęsknota, wartość niemierzalna i niemożliwa do zapisania w tabeli, kazała mu przycisnąć je bliżej, podobnie jak fakt mówił, że matka trzymała dziecko za rękę, lecz baśń pozostawała w tej dłoni wiele lat później, kiedy matki już nie było, a podobny dotyk innego człowieka przywoływał nagle spokój, bezpieczeństwo i pamięć, której nie dało się opisać dokładnymi słowami.
Kiedy zamykam oczy, widzę kamień, który jest energią, muchę uwięzioną w pajęczynie, którą targa wiatr razem z kroplami deszczu i tęczą ukrytą w każdej z nich, kosmiczne przestrzenie, galaktyki, dziury i obłoki, których nigdy nie dotkniemy, a jednak wiemy albo wierzymy, że istnieją, widzę dłonie spotykające się nad niewidzialną przepaścią pustki, pól i sił, dłonie, które nie mogą się przeniknąć, więc zatrzymują się na granicy materii i właśnie tam pojawia się bliskość.
Jak więc mógłbym powiedzieć, że nie jestem jak baśń, która czeka na przeczytanie, chce być odczytana, zrozumiana i zapamiętana, skoro każdy z nas zapisuje się w ruchach, bliznach, sposobie milczenia, w tym, jak wiąże buty i jak podaje rękę, skoro czytamy siebie nawzajem bez znajomości alfabetu, czasem odczytując jedno zdanie, czasem tylko znak, a czasem myląc się całkowicie, ponieważ bez opowieści człowiek pozostałby wyłącznie zbiorem faktów, wzrostem, wagą, datą urodzenia, temperaturą ciała i siłą uścisku, a przecież nie to czujemy, gdy ktoś wraca, nie to, gdy odchodzi, i nie to, gdy dotyka nas z czułością albo gdy jego dotyk napawa nas lękiem.
Najważniejsze może więc nie jest to, by nieustannie doszukiwać się faktów, lecz uwierzyć, że baśń również jest faktem, nie takim, który można położyć na stole, zmierzyć linijką i wpisać do rubryki, ale takim, który zmienia sposób, w jaki patrzymy, pamiętamy i żyjemy, bo gdybyśmy tego nie uznali, nasze życie przypominałoby oglądanie dzieł sztuki wyłącznie jako farby na płótnie, widzielibyśmy kolory, kształty i powierzchnię, lecz bez historii nie miałyby one głębi, a przecież wiedza o obrazie nie odbiera mu tajemnicy, tylko pozwala dotknąć tego, czego dotknąć nie można.
Dlatego kiedy nadal trzymam pani dłoń i czuję jej ciepło, miękkość, szorstkość albo lekkie drżenie, wiem, że to się wydarzyło, ale wiem również, że wydarzyło się coś więcej, czego żaden przyrząd nie zapisze, bo przez tę chwilę spotkały się dwie opowieści, które stały się dla siebie faktem, a może po prostu dwa fakty, które dopiero w dotyku przypomniały sobie, że od początku były baśnią, i mógłbym teraz panią przeprosić, puścić dłoń i odejść w swoją stronę, pozostawiając całe to spotkanie jako jeszcze jedno zdarzenie, które z czasem zmieni się we wspomnienie, a później może w sen, ale skoro już wiemy, że dotyk nie kończy opowieści, tylko czasem ją rozpoczyna, proszę pozwolić, że zaproponuję coś prostszego niż wszystkie naukowe dowody i wyjaśnienia.
– Proszę więc nie cofać jeszcze dłoni i pójść ze mną na spacer, może tylko do końca tej ulicy, a może dalej, do życia jak w baśni, która nie jest ucieczką od rzeczywistości, lecz rzeczywistością odczytaną głębiej, wspólnie i bez pewności, co wydarzy się na następnej stronie.
Janusz Bończak




Wielkowiejski Targ, znany przede wszystkim z sobotnich spotkań w Szycach, od 2023 roku regularnie gości również w Factory Kraków w Modlniczce. Współpraca z centrum handlowym pozwoliła wyjść z lokalną przedsiębiorczością, rolnictwem, rękodziełem i działalnością społeczną poza tradycyjny plac targowy. W latach 2023–2026 odbyło się sześć takich wydarzeń. Każde miało własny program, ale we wszystkich najważniejsi pozostawali ludzie, ich praca, wiedza i możliwość bezpośredniego spotkania. Obok lokalnego handlu pojawiały się warsztaty, występy artystyczne, rozmowy z naukowcami i przedstawicielami instytucji publicznych oraz działania przygotowane przez mieszkańców Gminy Wielka Wieś.

1. Maj 2023 | Wielkowiejski Targ w Factory Kraków. Pierwsze spotkanie

Pierwsze opisane w archiwum wydarzenie w Factory Kraków połączyło kiermasz lokalnych produktów z warsztatami plastycznymi i rękodzielniczymi. Wystawcy Wielkowiejskiego Targu zaprezentowali swoje wyroby, a odwiedzający centrum handlowe mogli również spróbować własnych sił w rysunku, szydełkowaniu i robieniu na drutach.
Warsztaty rysowania pastelami prowadziła Marta Duda, natomiast Agnieszka Czernecka zaprosiła uczestników do poznawania technik dziewiarskich. O dekorację przestrzeni zadbali wystawcy Rustical Garden. W przygotowanie wydarzenia zaangażował się Gminny Ośrodek Kultury i Sportu w Wielkiej Wsi, kierowany przez Magdalenę Szymańską.
Pierwsza współpraca z Factory Kraków pokazała, że lokalni producenci i rękodzielnicy mogą znaleźć nowych odbiorców również poza tradycyjnym targowiskiem, a handel może stać się okazją do wspólnych działań artystycznych i promocji gminy.

2. 26–28 kwietnia 2024 | Rodzinny Wielkowiejski Targ. Trzy dni lokalności, edukacji i kultury

Kolejne wydarzenie trwało trzy dni, od piątku do niedzieli. Do współpracy zaproszono lokalne szkoły, bibliotekę, instytucje samorządowe, organizacje społeczne i środowiska twórcze. Obok kiermaszu przygotowano rozbudowany program dla dzieci, młodzieży i dorosłych.
W wydarzeniu uczestniczyli między innymi przedstawiciele Zespołu Szkół Ponadpodstawowych w Giebułtowie, Gminnej Biblioteki Publicznej w Wielkiej Wsi, szkoły Helen Doron, Studia Ruchu Skart, Gminnego Ośrodka Kultury i Sportu oraz Referatu Ochrony Środowiska.
Jednym z ważnych tematów była ochrona płazów w Dolinie Będkowskiej. Podczas spotkania poświęconego akcji „Płazom ujdzie płazem” rozmawiano o wiosennych migracjach zwierząt, zagrożeniach związanych z ruchem drogowym oraz pracy osób zaangażowanych w ich ratowanie. Wyróżniono Piotra Dmytrowskiego z Zespołu Parków Krajobrazowych Województwa Małopolskiego oraz druhnę Izabelę Kucmin-Bemelmans, wręczając im pamiątkowe maskotki żaby.
Nie zabrakło muzyki i tańca. Podczas happeningu przygotowanego przez GOKiS powstała i została po raz pierwszy wykonana propozycja hymnu Gminy Wielka Wieś. Młodzież ze Studia Ruchu Skart zaprezentowała układy taneczne, a uczennice szkoły w Giebułtowie pokazywały swoje umiejętności fryzjerskie i kosmetyczne. Biblioteka przygotowała zajęcia ze słoniem Pomelo, a drużyna harcerska Skalnych Nietoperzy zabawy i aktywności dla rodzin.
Przez trzy dni swoją ofertę prezentowali lokalni rolnicy, producenci żywności, pszczelarze i rękodzielnicy. Można było kupić między innymi pieczywo, miody, przetwory, produkty regionalne, ceramikę i biżuterię. Spotkanie pozwoliło również pokazać działalność gminnych instytucji i organizacji, z którymi mieszkańcy nie zawsze mają okazję zetknąć się na co dzień.

3. 8–9 listopada 2024 | Nauka, etyka i środowisko. Młodzież na czele

Listopadowy Wielkowiejski Targ przygotowano wspólnie z magazynem Istota, Gminą Wielka Wieś i Factory Kraków. Wydarzenie nawiązywało do Światowego Dnia Nauki na rzecz Pokoju i Rozwoju oraz Międzynarodowej Dekady Nauk o Zrównoważonym Rozwoju 2024–2033. Tym razem szczególną uwagę poświęcono młodzieży, nauce, etyce i odpowiedzialności za środowisko.
Obok kiermaszu lokalnych produktów odbyły się wykłady, warsztaty i panele dyskusyjne. Prof. Joanna Hańderek z Uniwersytetu Jagiellońskiego podejmowała zagadnienia filozoficznych i etycznych aspektów nauki, a dr inż. Piotr Dmytrowski z Zespołu Parków Krajobrazowych Województwa Małopolskiego uczestniczył w rozmowach o ochronie środowiska, wodzie i zmianach klimatycznych.
Ważny był udział przedstawicielek Referatu Ochrony Środowiska Gminy Wielka Wieś oraz Zespołu Szkół Ponadpodstawowych w Giebułtowie. Rozmawiano również o szkolnictwie branżowym, przyszłości zawodów i potrzebie dostosowywania edukacji do zmian zachodzących w gospodarce i środowisku.
Przygotowano warsztaty w duchu zero waste, podczas których uczestnicy poznawali sposoby wykonywania naturalnych kosmetyków i świec oraz wykorzystywania materiałów z myślą o ograniczaniu odpadów. Na targowych stoiskach znalazły się lokalne produkty spożywcze, miody, kawy, herbaty, czekolady, ceramika, kosmetyki i rękodzieło. Swoją ofertę prezentowali między innymi Mundonowo, Pasieka Podskalany, Wypalone.ceramiczki, EMU, U Lucynki i Regalo.
Spotkania i panele prowadził redaktor Janusz Bończak, koordynator Wielkowiejskiego Targu. Przy przygotowaniu tematyki wykorzystano również sugestie Polskiego Komitetu do spraw UNESCO.

4. 28 lutego – 1 marca 2025 | Kiermasz Wiosenny Fairtrade. Handel, tradycja i odpowiedzialność

Pierwszy Wielkowiejski Targ w 2025 roku odbył się w Factory Kraków pod nazwą Kiermasz Wiosenny Fairtrade. Przez dwa dni prezentowano lokalne produkty, rękodzieło, tradycje kulinarne oraz działania związane z odpowiedzialną konsumpcją i przedsiębiorczością.
Wśród wystawców znaleźli się Ewa Mitka, Anna Grochal z DNR Małe rękodzieło, Edyta Kania z EMU, Lucyna Szumiec z U Lucynki, Monika Bogacz z Szeptu Natury, Oskar Piotrowski z Drewnomaniaka, Piotr Wojtaszek z Pasieki Podskalany i Mieczysław Ryba z Gospodarstwa Rolnego Róże.
Sobotę wzbogaciła prezentacja kulinarnych tradycji Modlniczki. Mieszkańcy i mieszkanki sołectwa przygotowali degustację potraw kuchni galicyjskiej, a Zespół Folklorystyczny Modlniczanki wystąpił z pieśniami ludowymi, prezentując również regionalne stroje. W przygotowanie tej części wydarzenia zaangażowały się lokalny samorząd, GOKiS oraz Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa.
Odbyły się także warsztaty rękodzielnicze, kosmetyczne i dekoracyjne, prowadzone między innymi przez Beatę Godynię-Kapałkę, Annę Grochal i Ewę Mitkę. Dzieci ze świetlicy środowiskowej w Modlniczce, pod opieką Jolanty Zagórskiej, przygotowały zajęcia związane z akcją „Płazom ujdzie płazem”.
W programie znalazły się rozmowy o lokalnej przedsiębiorczości, rolnictwie, świadomych wyborach konsumenckich i odpowiedzialności za przyszłe pokolenia. W panelach uczestniczyli między innymi prof. Joanna Hańderek, prof. Leszek Sosnowski, dr inż. Piotr Dmytrowski, Iwona Szablińska z Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego, Magdalena Lech z GOKiS, Jakub Kosek i Piotr Szopa z Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa, radny Tomasz Bielak oraz Sławomir Kawalec ze Stowarzyszenia Rozwoju Lokalnego Inicjator.
Obecne było również stoisko informacyjno-promocyjne krakowskiego oddziału KRUS. Spotkania prowadził redaktor Janusz Bończak.

5. 28–29 listopada 2025 | Piąty Wielkowiejski Targ w Factory Kraków. Lokalni twórcy i andrzejkowe warsztaty

Piąta edycja odbyła się pod koniec listopada 2025 roku. W przestrzeni Factory Kraków ponownie spotkali się lokalni producenci, wystawcy i rękodzielnicy Wielkowiejskiego Targu. Dwudniowe wydarzenie łączyło kiermasz z zajęciami artystycznymi i działaniami przygotowanymi dla odwiedzających centrum handlowe.
Jednym z udokumentowanych elementów programu były andrzejkowe warsztaty, którym poświęcono osobną publikację zatytułowaną „Co widzimy, kiedy patrzymy?”. Autorka tekstu, będąca również wystawczynią Wielkowiejskiego Targu, opisała doświadczenie prowadzenia zajęć i refleksje związane ze wspólną twórczością.
Wydarzenie doczekało się również osobnej relacji opublikowanej 11 grudnia 2025 roku. Było piątym spotkaniem zorganizowanym w Factory Kraków, kontynuującym współpracę rozpoczętą dwa lata wcześniej. Ważne miejsce ponownie zajmowały lokalne wyroby, rękodzieło i możliwość bezpośredniego kontaktu z ludźmi, którzy je przygotowują.

6. 27–28 lutego 2026 | Przednówek wiosny. Mądre Wioski i Przedmieścia w Factory Kraków

Szósta edycja Wielkowiejskiego Targu w Factory Kraków odbyła się pod hasłem „Przednówek wiosny”. Obok lokalnego handlu szczególną uwagę poświęcono historii, edukacji i relacjom między wsią, przedmieściami i miastem. Dwudniowy program przygotowano we współpracy z Krajowym Ośrodkiem Wsparcia Rolnictwa, Oddziałem Terenowym w Krakowie, oraz Małopolskim Ośrodkiem Doradztwa Rolnictwa w Karniowicach.
W piątek, 27 lutego, rozmawiano między innymi o historii relacji między wsią a miastem oraz o możliwościach rozwoju lokalnych społeczności. Szczególne miejsce zajął wykład prof. Mateusza Wyżgi z Uniwersytetu Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie, zatytułowany „Historia lokalności”. Historyk przypomniał, jak przez stulecia funkcjonował handel między Krakowem i okolicznymi wsiami, jak przemieszczali się mieszkańcy, jakie znaczenie miały rodziny, praca kobiet oraz sąsiedzkie więzi. Tekst wykładu został następnie opublikowany na łamach Istota.info.
W programie znalazły się również wystąpienia prof. Joanny Hańderek z Uniwersytetu Jagiellońskiego, w tym „Skąd ten pomidor” oraz „Lokalności. Kiedy czas na naukę”. Rozmawiano o pochodzeniu żywności, odpowiedzialności za wybory konsumenckie, edukacji przez całe życie oraz potrzebie budowania relacji między mieszkańcami różnych środowisk.
Wśród poruszanych tematów była także przyszłość małych gospodarstw rolnych w Małopolsce. Temu zagadnieniu poświęcono późniejszy tekst „Słabość, która może być siłą”, odnoszący się do dyskusji przeprowadzonych podczas lutowego spotkania.
Program uzupełniały warsztaty manualne, zajęcia „Herbaciany przednówek” i „Zapachy do szafy”, prowadzone przez Beatę Godynię-Kapałkę, animacje oraz prezentacje lokalnych produktów. W sobotnim programie znalazł się również występ Zespołu Pieśni i Tańca Modlniczanki.
Przez dwa dni lokalni wytwórcy prezentowali swoją ofertę, a odwiedzający mieli okazję uczestniczyć w rozmowach, warsztatach i degustacjach. Szóste spotkanie pokazało, jak szeroki zakres tematów może pomieścić targowisko, kiedy do współpracy zaprosi się naukowców, instytucje publiczne, rolników, przedsiębiorców i lokalną społeczność.

Kilka lat współpracy, jeden wspólny mianownik

Sześć edycji Wielkowiejskiego Targu w Factory Kraków to historia współpracy samorządu, centrum handlowego, lokalnych wystawców, organizacji społecznych, instytucji kultury i środowisk naukowych. Zaczęło się od kiermaszu i warsztatów rękodzielniczych. Z czasem do programu dołączyły zagadnienia związane z ochroną środowiska, etyką, historią, edukacją, rolnictwem i rozwojem lokalnych społeczności.
Wielkowiejski Targ nie zrezygnował przy tym ze swojej podstawowej roli. Nadal chodziło o ludzi, którzy uprawiają ziemię, przygotowują żywność, tworzą przedmioty i prowadzą niewielkie przedsięwzięcia. O możliwość spotkania ich bez pośredników, rozmowy o produktach, doświadczeniach, czasem również o problemach, z którymi muszą mierzyć się na co dzień.
W Factory Kraków lokalny targ spotkał się z zupełnie inną przestrzenią handlową. Okazało się, że obie mogą się uzupełniać, a obok zakupów jest miejsce na rozmowę o tym, skąd pochodzi żywność, jak żyje się na podkrakowskiej wsi, co zmienia się w naszym otoczeniu i jakie znaczenie ma współpraca. To doświadczenie, które przez kolejne lata rozwijało się wraz z każdym następnym spotkaniem.
(jb)
                       




Wielkowiejski Targ działa od 2020 roku w Szycach, przy Urzędzie Gminy Wielka Wieś. Powstał z myślą o lokalnych rolnikach, sadownikach, producentach żywności, rzemieślnikach i drobnych przedsiębiorcach, ale także o mieszkańcach, którzy chcą wiedzieć, od kogo i co kupują. Szybko okazało się, że zwykłe targowisko może stać się miejscem znacznie ciekawszym, w którym obok handlu jest czas na rozmowę, spotkanie, wymianę doświadczeń, a czasem również na wspólne poszukiwanie odpowiedzi na sprawy, które dotyczą nas wszystkich.

Podstawą Targu pozostaje lokalna przedsiębiorczość i bezpośredni kontakt między sprzedającymi a kupującymi. Na stoiskach pojawiają się sezonowe warzywa i owoce, pieczywo, przetwory, najróżniejsze wyroby spożywcze oraz rękodzieło. Ważne jest nie tylko pochodzenie produktów, ale również możliwość poznania ludzi, którzy je wytwarzają. Często są to niewielkie gospodarstwa i rodzinne przedsięwzięcia, dla których bezpośrednia sprzedaż ma duże znaczenie. Targ pozwala skrócić drogę żywności od producenta do konsumenta, a przy okazji zostawić więcej pieniędzy w lokalnej gospodarce.
Od samego początku targowym spotkaniom towarzyszyły wydarzenia edukacyjne, społeczne i kulturalne. Rozmawiano o ekologii, zdrowiu, ochronie środowiska, lokalnym rolnictwie i bezpieczeństwie żywnościowym. Z czasem tematyka stawała się coraz szersza. Pojawiły się zagadnienia dotyczące zmian klimatu, retencji wody, ochrony powietrza, higieny cyfrowej, sztucznej inteligencji, przedsiębiorczości i odpowiedzialnej konsumpcji. W rozmowach uczestniczą naukowcy, przedstawicielki i przedstawiciele organizacji społecznych, instytucji publicznych oraz osoby, które na co dzień zajmują się poruszanymi zagadnieniami.
Nie brakuje również kultury. Targowe soboty to występy lokalnych zespołów, spotkania z twórcami, pokazy oraz warsztaty dla dzieci i dorosłych. Można spróbować swoich sił w ceramice, stolarstwie, rysunku, muzyce czy innych zajęciach rozwijających wyobraźnię i zdolności manualne. Bywają wydarzenia przygotowane przede wszystkim dla dobrej zabawy, ale również takie, które zachęcają do refleksji, uczą współpracy i rozwijają społeczną wrażliwość. Dzięki temu na targu spotykają się różne pokolenia, a zakupy stają się jedynie częścią sobotniej wizyty.
Ważne miejsce w działalności Wielkowiejskiego Targu zajmuje idea Mądrych Wiosek i Przedmieść, czyli Smart Villages i Smart Suburbs. To właśnie tutaj od kilku lat prowadzone są rozmowy o możliwościach rozwoju lokalnych społeczności, relacjach między wsią a miastem, potrzebach mieszkańców oraz rozwiązaniach, które mogą poprawiać jakość życia. W tych rozmowach tradycyjny targ okazuje się zaskakująco współczesnym pomysłem. Wspiera lokalną gospodarkę, ogranicza potrzebę dalekiego transportu produktów, pozwala budować relacje i tworzy przestrzeń do współpracy, której coraz częściej brakuje w codziennym życiu.
W 2022 roku Wielkowiejski Targ otrzymał Znak Jakości „Spichlerz Koronny”, przyznany przez Stowarzyszenie Korona Północnego Krakowa w kategorii lokalnego wydarzenia edukacyjnego, kulturalnego i promocyjnego. To jedno z wyróżnień potwierdzających, że niewielka inicjatywa samorządowa może mieć znaczenie wykraczające poza granice jednej gminy.
W 2026 roku odbył się już siódmy sezon Wielkowiejskiego Targu. Trzynaście spotkań od wiosny do jesieni przyniosło kolejne wydarzenia, rozmowy i warsztaty. Były spotkania poświęcone zdrowemu stylowi życia, kulturze czasu wolnego, wodzie i jej zatrzymywaniu w środowisku, ekologii oraz higienie cyfrowej. Ostatnie spotkanie, 24 października, połączono z Małopolskim Świętem Ziemniaka. Nie zabrakło lokalnych smaków, występów, warsztatów artystycznych oraz działań poświęconych zdrowiu i pierwszej pomocy.
Wielkowiejski Targ jest przedsięwzięciem samorządowym Gminy Wielka Wieś, a udział wystawców nie wiąże się z opłatami za miejsce handlowe. Organizacja kolejnych spotkań wymaga jednak pracy wielu osób. Obok pracowników samorządu są to wystawcy, organizacje społeczne, instytucje, lokalni twórcy i mieszkańcy, którzy chętnie włączają się w przygotowanie wydarzeń. To dzięki nim targowe soboty mają swój własny, rozpoznawalny charakter.
Przez siedem sezonów zmieniały się tematy rozmów, przybywało pomysłów i nowych uczestników, ale jedno pozostało niezmienne. Najważniejsi są ludzie. Ci, którzy przywożą na targ owoce swojej pracy, i ci, którzy przychodzą je kupić. Ci, którzy dzielą się wiedzą, prowadzą warsztaty, rozmawiają, pomagają w organizacji albo po prostu wpadają na chwilę, żeby spotkać znajomych. Właśnie z takich spotkań powstaje wspólnota, której nie da się stworzyć samymi deklaracjami. Trzeba dać jej miejsce i pozwolić, żeby żyła własnym rytmem.
(jb)




Czy tradycja może usprawiedliwiać zabijanie zwierząt dla rozrywki? Gdzie przebiega granica między gospodarką łowiecką a myślistwem rekreacyjnym i dlaczego próby zmiany obowiązujących przepisów budzą tak wiele emocji? Pytania te nabierają szczególnego znaczenia w kontekście obywatelskiego projektu nowelizacji Prawa łowieckiego, który trafił do Sejmu, a którego autorzy postulują między innymi zwiększenie społecznej kontroli nad polowaniami, poprawę bezpieczeństwa i ograniczenie dotychczasowych praktyk łowieckich.

O społecznych, filozoficznych i etycznych aspektach myślistwa, jego zakorzenieniu w tradycji oraz trudnościach towarzyszących próbom zmiany prawa rozmawiały 22 października 2026 roku w krakowskiej Piwnicy Powszechnej dr hab. Dorota Probucka, prof. Uniwersytetu Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie, filozofka i etyczka zajmująca się między innymi prawami zwierząt, oraz prof. dr hab. Barbara Niedźwiedzka, informatolożka, publicystka i działaczka na rzecz praw zwierząt, która prowadziła spotkanie.

Profesor Dorota Probucka jest również współzałożycielką Akademickiego Stowarzyszenia Przeciwko Myślistwu Rekreacyjnemu i autorką licznych publikacji poświęconych etycznym aspektom relacji człowieka ze zwierzętami.

Zapraszamy do obejrzenia nagrania rozmowy, która skłania do zastanowienia się nad miejscem zwierząt w naszym systemie wartości i odpowiedzialnością człowieka za podejmowane wobec nich decyzje.

Nagranie spotkania

Materiał publikujemy za zgodą prof. dr hab. Barbary Niedźwiedzkiej.




Masywny pies grenlandzki żyjący w mrozach Arktyki i Grenlandii, dostojny saluki, chart perski, czy chart afgański z Bliskiego Wschodu, zwinny basenji żyjący na terenie Afryki Środkowej, zwarty akita inu i shiba inu z Japoni, w posturze i wdzięku wojownika sumo chow-chow i shar pei z Chin, grubofutrzasty Alaskan malamute, czy husky syberyjski – to stare psie rasy. Rzecz w tym, że na tej liście brakuje jeszcze jednego przedstawiciela psich ras – kundelka. Jak to z kundelkami bywa biorą się znikąd, a potem człowiek nie może bez nich żyć, lub przegania je, by dalej żyły swoim trudnym, psim życiem.

We współczesnym świecie trudno sobie wyobrazić nasze życie bez psów, tak samo jak trudno sobie wyobrazić co psy przechodzą przez człowieka. Trzymane na łańcuchach, przykute do budy, zmuszane do pracy w wojsku, policji, czy poddane całkowicie ludzkiej kontroli i podporządkowane człowiekowi w sposób niewolniczy. Pies to rzekomo najlepszy przyjaciel człowieka, niestety działa to tylko w jedną stronę. Pies liczy się dla człowieka o tyle o ile jest dla niego i tylko dla niego.

W kundlach jest coś niepokojącego. Oto pojawiają się poza systematyką i jakąkolwiek ludzką kategorią. Małe i wysokie, z dostojnymi ogonami dumnie uniesionymi w powietrzu, lub dziwnie powiewającymi jak piracka chorągiew, czy z całkowitym zanikiem, małe ledwie widoczne na krępej dupci. Kundelki nie nadają się do żadnych ludzkich zabiegów podbijających ego, zwłaszcza, że mogą mieć krzywe łapy i skrzeczący głos. Do tego pośród kundli znajdziemy i łajzy kompletne, które uwielbiają wszelkie padliny i kupy, tarzając się radośnie w największym fetorze na łące, lub arystokratycznych psich snobów, co to nawet własnej dupci nie dotkną bez okazania odrazy. Ich szata od zdobnej i paradnej, po ubożuchną i krótką, spod której prześwituje różowawa skóra tylko dopełniają obrazu chaosu.

W kundelkach jest coś niebezpiecznego. Jak się człowiek zakocha w tym bestyjkach na krzywych łapach, o świszczącym oddechu i z zawadiacko sterczącymi uszami (każde w inną stronę), wówczas gdzieś znika ten cały duch powagi jakże istotny dla podtrzymania ego i kulturowego porządku. Wraz z udomowieniem – czyli ze zniewoleniem – zwierzęta zostały wpisane w niewolnicze kategorie. Kura-nioska, krowa-mleczna, wół-roboczy, koń-pod-wierzch. Rozpisanie funkcji i sprowadzenie do roli nie ominęło żadnego stworzenia, dlatego wilk-jest-dziki, niedźwiedź-groźny, z dzik-zły. W bajkowej wykładni nie lepiej: lis-sprytny, a kruk-przemądrzały, wpisane zostają w ludzkie wyobrażenia i nawyk zarządzania. Tępa-świnia, głupie-bydle, brudne-zwierzę, podła-suka, jak fałszywy-kot, bojaźliwy-królik i szkodnik-gryzoń dopełniają segregacji i podporządkowania. Nikt nie ucieknie przed uprzedmiotowieniem, świat zwierząt stał się już dawno polem ćwiczeń gdzie człowiek uczy się okrucieństwa, bezprawia i odcinania się od jakiegokolwiek współczucia.

Tworzenia ras – milusich maltańczyków, zabaweczek yorków, opiekuńczych labradorów, okazałych leonbergerów, groźnych wilczurów, łowczych wilczarzy – to zabawa w ludzkie potrzeby kosztem zwierzęcia i bez żadnej odpowiedzialności. Pies jak każde inne zwierzę ma wyglądać tak, jak sobie to obmyślił człowiek, spełniając jego zachcianki i potrzeby. Pan i władca człowiek, oraz jego pies.

W psach wiele osób najbardziej kocha fakt, że mogą stać się uległe, poddane, zakochane. Pies chodzący krok w krok za swoim panem stał się centralnym wyobrażeniem psiego losu. To ma być zwierzę dla człowieka, zapatrzone w niego i służące mu z całym swoim oddaniem. To dlatego najwięcej wiemy o tych psach, które umarły dla człowieka. O Polo w 2016 roku pisały wszystkie gazety, ponieważ dzielny pies zasłonił własnym ciałem małą dziewczynkę, gdy w domu wybuchł pożar. Pies zmarł, a poparzone dziecko, zdołało doczekać się pomocy, tylko dzięki zasłaniającej ją Polo. Tak samo jak znamy imię Marjorie, Pepper, Szawki, Brodiago czy Łajki – zakatowanych w eksperymentach medycznych. Eksperymentach przynoszących sławę naukową i zysk człowiekowi. Poza nielicznymi przypadkami, psy pozostają bezimienne, a całe pokolenia psich osób lądowało zakopanych w ziemi bez tabliczki upamiętniającej, bez grobu, bez szacunku i współczucia.

Poszarpany kundel o nieokreślonym kolorze sierści, śmiesznej posturze i zaskakującym wyglądzie niesie w sobie niepokój. Oto jakieś zwierzę uciekło spod wszechstronnej i wszechowładniającej kontroli jaką człowiek stara się uprawiać wobec zwierząt. Kundel bury, łazęga, pajac, bezdomniak, krzywozębny z pchłami na karku i rzepem przyczepionym do ogona – łamie wszelkie normy, zasady i konwenanse. Zabrany do domu kundel i tak nie stanie się markową oznaką statusu jego właściciela. Owszem rzuci się na kanapę, ale nie będzie taki reprezentacyjny jak dumny maltańczyk, czy przytulaśny pekińczyk.

Wystraszony, uratowany z bezdomności, wyciągnięty z piekła azylu kundel staje się lustrem naszej odpowiedzialności i winy.
Zalękniony, przyklejony do ściany, wbity w kąt, z nosem przy ziemi, pokaże nam jak człowiek traktuje zwierzęta.
Wyjadający wszystkie resztki, nerwowo rozglądający się na spacerze, kulący się na każdy gest, staje się świadectwem ludzkiego zachowania i panowania na świecie.
Nieprzytomnie zakochany w swoim opiekunie, idący krok w krok, cień, pokazuje to, czego człowiek do końca nie rozumie i nie szanuje, miłości – tej która tworzy relacje i tej której nie potrafimy zachować.
Kundel – pies poza systemem – genetyczny uciekinier przed ludzkim władztwem, niepokojący i prowadzący w nieznane.
Kim dla psa jest człowiek? Snobem potrzebującym zamanifestować posiadanie? Wrogiem? Panem? Miłością? Tym, który nic nie rozumie i nie potrafi docenić?
Tekst prof. Joanna Hańderek




Ponad 120 odmian dyń, a przecież to tylko część tego, co rośnie w gospodarstwie jeDynie w podkrakowskich Wawrzeńczycach. Są tu również mniej znane warzywa, zioła, kwiaty jadalne i rośliny, o których wielu z nas już zapomniało, choć kiedyś były obecne w polskiej kuchni. W czwartek, 22 października, odwiedziliśmy to miejsce redakcyjnie, uczestnicząc w wydarzeniu „Od pola do stołu”, zorganizowanym w ramach projektu „Kulinarny ekosystem Małopolski: Synergia smaku i miejsca”, realizowanego przez Kraków Tourism Alliance przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego. Spotkanie profesjonalnie poprowadził Tymoteusz Wiewióra z Kraków Tourism Alliance, dbając zarówno o jego przebieg, jak i możliwość rozmowy oraz wymiany doświadczeń pomiędzy uczestnikami.
Gospodynią naszego spotkania była Daria Latała, rolniczka, która na co dzień zajmuje się uprawą warzyw, organizacją pracy i sprzedaży, współpracą z krakowską gastronomią, a także prowadzeniem mediów społecznościowych gospodarstwa. To właśnie za ich pośrednictwem pokazuje nie tylko plony, lecz również codzienność pracy na roli, doświadczenia związane z uprawą mniej popularnych odmian warzyw i zmienność kolejnych sezonów. jeDynie jest gospodarstwem rodzinnym, w którym tradycyjne rolnictwo znalazło swoje miejsce również we współczesnym świecie komunikacji, gastronomii i turystyki.
Pogoda nie była dla nas szczególnie łaskawa. Padało niemal przez cały czas, a miejscami woda zalegała na ścieżkach pomiędzy uprawami. Deszczowa aura, tak potrzebna roślinom, ograniczyła nieco nasze możliwości poznania całego gospodarstwa, ale jednocześnie nadała tej wizycie niepowtarzalny klimat. Mokre liście, nasycone zielenią i jesiennymi kolorami warzywa, krople deszczu na dyniach, ciemna ziemia i rozproszone światło sprawiły, że zdjęcia wykonane tego dnia mają swój szczególny charakter. Zresztą sami zobaczcie.
W czasie spaceru poznawaliśmy niektóre tajniki upraw, rozmawialiśmy o odmianach dyni, ich smakach, zastosowaniu kulinarnym i sposobach przechowywania. Różnorodność kształtów, wielkości i kolorów robiła wrażenie, podobnie jak pozostałe warzywa, które można było zobaczyć na polu. Jarmuż, kapusty, buraki liściowe czy mniej znane rośliny uprawne przypominały, że możliwości wykorzystania warzyw w kuchni są znacznie większe, niż podpowiadają nam codzienne przyzwyczajenia.
Bardzo ważną częścią tej wizyty było samo spotkanie z Darią oraz pozostałymi uczestniczkami i uczestnikami, osobami zawodowo związanymi z turystyką kulinarną, gastronomią, promocją regionu i żywnością. Mieliśmy okazję poznać się, wymienić doświadczeniami i porozmawiać o tym, jak wygląda współpraca pomiędzy gospodarstwami, restauracjami i osobami, które zajmują się budowaniem kulinarnej oferty Małopolski. W takich rozmowach pojawiają się również sprawy bardzo przyziemne, związane z dostępnością produktów, sezonowością, ich jakością czy oczekiwaniami odbiorców, a więc z tym wszystkim, co na co dzień decyduje o powodzeniu lokalnej produkcji i sprzedaży.
Po wizycie studyjnej, na tyle długiej, na ile pozwoliła pogoda, przenieśliśmy się do restauracji Stara Stajnia, gdzie czekał przygotowany obiad oraz degustacja produktów i przetworów. W pięknym, gościnnym miejscu mogliśmy już bez pośpiechu porozmawiać, pobyć razem i spróbować tego, co powstaje z lokalnych zbiorów. Były kiszonki, przetwory warzywne i owocowe, produkty, które zachowują smak sezonu również wtedy, gdy kończy się czas zbiorów. Można je nabywać nie tylko bezpośrednio w gospodarstwie w Wawrzeńczycach, lecz także w Krakowie, a część trafia również do restauracyjnych kuchni.
Właśnie ten ostatni wątek wydaje się szczególnie interesujący. Odległość pomiędzy rolnikiem a konsumentem nie musi być duża, choć współczesny system dystrybucji żywności często ją wydłuża. Tymczasem bezpośrednia współpraca, znajomość producentów i wiedza o pochodzeniu produktów mogą przynosić korzyści obu stronom. Rolnikom dają możliwość sprzedaży i lepszego poznania potrzeb odbiorców, a restauracjom i konsumentom dostęp do świeżej, sezonowej żywności, również takiej, której próżno szukać na półkach popularnych sklepów.
Spotkanie w Wawrzeńczycach było okazją do przyjrzenia się temu z bliska, ale także do poznania ludzi, których codzienna praca, pomysły i zaangażowanie składają się na lokalny rynek żywności. I chyba właśnie dlatego warto uczestniczyć w podobnych wydarzeniach. Można zobaczyć nie tylko to, co rośnie na polu i trafia później na stół, ale również poznać osoby, dzięki którym jest to możliwe.
Dziękujemy Darii Latała za gościnność i podzielenie się swoją wiedzą, Tymoteuszowi Wiewiórze za profesjonalne poprowadzenie spotkania, organizatorom za zaproszenie, a wszystkim uczestniczkom i uczestnikom za rozmowy i wspólnie spędzony czas. Mamy nadzieję, że te znajomości nie zakończą się na jednym spotkaniu, bo lokalna żywność potrzebuje nie tylko dobrych warunków do uprawy, lecz również współpracy, zaufania i ludzi, którzy chcą się wzajemnie poznawać.
Zaglądnijcie do nich.
Tekst, fot. Janusz Bończak




Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu (IPCC) przygotowuje raport poświęcony miastom, którego publikację zaplanowano na marzec 2027 roku. Będzie on szczególnie interesujący również dla mieszkańców przedmieść, gdzie przybywa zabudowy, zmienia się krajobraz, a dawne tereny rolnicze coraz częściej stają się osiedlami mieszkaniowymi.
W 2023 roku IPCC opublikował podsumowanie szóstego cyklu badań nad zmianami klimatu. Potwierdzono w nim, że działalność człowieka doprowadziła do wzrostu średniej globalnej temperatury o około 1,1°C w latach 2011-2020 w porównaniu z okresem przedindustrialnym. Naukowcy zwrócili uwagę na rosnące zagrożenia związane z upałami, suszami, intensywnymi opadami i produkcją żywności. Obecnie powstaje siódmy raport, AR7, którego podsumowanie planowane jest na 2029 rok.

Co szczególnie ważne, lądy ocieplają się szybciej niż oceany. Według IPCC w latach 2011-2020 średnia temperatura powierzchni lądów była wyższa o 1,59°C niż w okresie 1850-1900, podczas gdy nad oceanami wzrost wyniósł 0,88°C. Te różnice mają znaczenie dla warunków życia mieszkańców, rolnictwa i funkcjonowania ekosystemów.

Jednym z pierwszych opracowań nowego cyklu będzie „Climate Change and Cities”, raport o zmianach klimatu i miastach. W lipcu 2026 roku zakończył się międzynarodowy przegląd jego drugiego projektu. Dokument ma pokazać, jak miasta wpływają na klimat, w jaki sposób odczuwają zachodzące zmiany i jakie rozwiązania mogą pomóc mieszkańcom. Warto przy tej okazji spojrzeć również na przedmieścia, których rozwój coraz silniej związany jest z funkcjonowaniem dużych ośrodków miejskich.

Skala tego zjawiska jest ogromna. W raporcie IPCC z 2022 roku oszacowano, że na obszarach miejskich mieszkało około 4,2 miliarda ludzi. Z kolei według danych dotyczących 2020 roku emisje gazów cieplarnianych przypisywane konsumpcji na obszarach miejskich odpowiadały za około 67-72% światowych emisji. Sposób projektowania miast, ich przedmieść i infrastruktury ma więc istotne znaczenie dla przyszłego klimatu.

W miejscowościach otaczających Kraków zmiany widać niemal na każdym kroku. Przybywa domów, dróg i parkingów, znikają niektóre pola, łąki i zadrzewienia, a wraz z nimi zmieniają się warunki zatrzymywania wody, temperatura najbliższego otoczenia i możliwości funkcjonowania lokalnych ekosystemów. Nowi mieszkańcy potrzebują infrastruktury, transportu i dostępu do usług, podczas gdy dotychczasowe społeczności starają się zachować charakter miejsc, z którymi związane są od pokoleń.
Przedmieścia pozostają jednocześnie miejscem, gdzie można jeszcze chronić tereny rolnicze, rozwijać lokalną produkcję żywności, zachowywać zieleń i tworzyć rozwiązania sprzyjające zatrzymywaniu wody. Wiele zależy od decyzji podejmowanych dziś przez samorządy i mieszkańców, także od współpracy sąsiadujących ze sobą gmin, ponieważ skutki zagospodarowania przestrzeni odczuwalne są często daleko poza miejscem konkretnej inwestycji.
W tym kontekście warto przyjrzeć się idei mądrych wiosek i przedmieść, w której rozwój miejscowości opiera się na współpracy mieszkańców, samorządów i lokalnych środowisk, z uwzględnieniem wiedzy o przyrodzie oraz potrzeb społecznych. Przygotowywany raport IPCC może pomóc lepiej zrozumieć konsekwencje zachodzących zmian i wskazać rozwiązania przydatne również w podkrakowskich gminach. Przedmieścia nadal mają wiele możliwości kształtowania swojej przyszłości, choć z każdym kolejnym hektarem zabudowanej przestrzeni niektóre z tych możliwości bezpowrotnie tracimy.
Przygotował JB.

Żródła: IPCC, Climate Change 2023: Synthesis Report – ustalenia dotyczące globalnego ocieplenia.
IPCC, The Physical Science Basis (2021) – dane o ociepleniu lądów o 1,59°C i oceanów o 0,88°C.
IPCC, Cities, Settlements and Key Infrastructure (2022) – liczba mieszkańców obszarów miejskich i zagrożenia klimatyczne.
IPCC, Urban Systems and Other Settlements (2022) – udział obszarów miejskich w światowych emisjach gazów cieplarnianych.
IPCC, Special Report on Climate Change and Cities – potwierdzenie zakończenia przeglądu drugiego projektu 3 lipca 2026 roku.

 




Czy naprawdę jest tak ekologiczny, jak wygląda?

Czarny, dwunastometrowy autobus z kolorowym znakiem przypominającym nieskończoność, przestronnym wnętrzem i siedzeniami, na których powtarza się ten sam symbol. NesoBus, prezentowany podczas październikowych targów TRANSEXPO w Kielcach, jest polskim autobusem napędzanym wodorem. Nie emituje spalin, a jego producent przekonuje, że dodatkowo oczyszcza powietrze. Przyglądając się tej konstrukcji, trudno nie zastanowić się, dlaczego podobne pojazdy nadal są rzadkością na naszych ulicach, skoro mogłyby ograniczyć jeden z najbardziej dokuczliwych skutków miejskiego transportu, jakim jest zanieczyszczenie powietrza. Odpowiedź prowadzi znacznie dalej niż do samego autobusu, w stronę energetyki, przemysłu, kosztów społecznych i sposobu, w jaki rozumiemy odpowiedzialność za środowisko.
Podczas Międzynarodowych Targów Transportu Zbiorowego TRANSEXPO, odbywających się od 14 do 16 października 2026 roku w Kielcach, można było przyjrzeć się pojazdom, które coraz wyraźniej pokazują kierunek zmian w komunikacji publicznej. NesoBus należy do ciekawszych polskich przykładów tych przemian. Powstaje w Świdniku, gdzie spółka PAK-PCE Polski Autobus Wodorowy, należąca do Grupy Polsat Plus, rozwija produkcję autobusów wykorzystujących ogniwa paliwowe. Przy jego budowie wykorzystano również zagraniczne rozwiązania technologiczne. Projekt nadwozia i wnętrza przygotowała włoska firma Torino Design, ogniwa paliwowe dostarcza kanadyjski Ballard, a zbiorniki wodoru pochodzą od firmy Hexagon. Jest to więc polski projekt przemysłowy, oparty na międzynarodowej współpracy, którego znaczenie warto rozpatrywać zarówno w kontekście rozwijania krajowych kompetencji technicznych, jak i rzeczywistej przydatności nowych napędów w transporcie zbiorowym.
NesoBus ma dwanaście metrów długości i według producenta może przewozić do 93 pasażerów, w tym 37 na miejscach siedzących. W jego zbiornikach mieści się 37,5 kilograma wodoru, co przy deklarowanym zużyciu około ośmiu kilogramów na sto kilometrów pozwala osiągnąć zasięg rzędu 450 kilometrów. Tankowanie trwa około piętnastu minut. Dla operatorów komunikacji miejskiej, których autobusy muszą codziennie pokonywać długie trasy, takie parametry mogą być istotne, chociaż ich praktyczną wartość można ocenić dopiero na podstawie wielomiesięcznej eksploatacji, uwzględniającej obciążenie pojazdu, temperaturę, warunki drogowe czy sposób organizacji przewozów.
Wodorowy napęd może wydawać się szczególnie interesujący dlatego, że w rzeczywistości jest napędem elektrycznym. Koła autobusu poruszają silniki elektryczne, natomiast wodór służy do wytwarzania potrzebnego im prądu. Dzieje się to w ogniwie paliwowym, gdzie wodór reaguje z tlenem pobieranym z powietrza, a wynikiem procesu jest energia elektryczna, woda i ciepło. Autobus wyposażono także w akumulator, który pomaga gospodarować energią i umożliwia jej odzyskiwanie podczas hamowania. Nie ma tutaj klasycznego silnika spalinowego, a więc również typowych dla niego emisji dwutlenku węgla, tlenków azotu czy cząstek sadzy z układu wydechowego.
To jedna z najważniejszych zalet tej technologii, szczególnie w miastach, w których mieszkańcy od lat ponoszą zdrowotne konsekwencje zanieczyszczeń komunikacyjnych. Wodorowy autobus jest również cichszy od tradycyjnego pojazdu z silnikiem Diesla, choć podobnie jak inne środki transportu drogowego nadal powoduje emisje cząstek związanych ze ścieraniem opon i nawierzchni. Brak spalin ma zatem wymierne znaczenie dla jakości powietrza przy ulicach, lecz nie oznacza całkowitego wyeliminowania środowiskowych konsekwencji jego użytkowania.
Szczególną uwagę zwraca nazwa pojazdu, którą producent rozwija jako „Nie Emituje Spalin i Oczyszcza”. NesoBus wyposażono w układ filtracji powietrza dostarczanego do ogniwa paliwowego. Takie oczyszczanie służy między innymi ochronie samego ogniwa przed zanieczyszczeniami, a producent wskazuje również na korzyści dla powietrza. Trudno jednak ocenić ich znaczenie bez szczegółowych, niezależnych wyników pomiarów pokazujących, jakie substancje i w jakiej ilości są usuwane podczas rzeczywistej jazdy. Jest bowiem różnica między filtrowaniem powietrza potrzebnego do pracy urządzenia a skutecznym oczyszczaniem miejskiej atmosfery.
Znacznie ważniejsza od samej nazwy jest kwestia pochodzenia wodoru. I tutaj zaczynają się problemy, których nie widać ani na targowym stoisku, ani we wnętrzu autobusu. Wodór nie jest bowiem źródłem energii porównywalnym z promieniowaniem słonecznym czy wiatrem, ale jej nośnikiem. Aby zasilić nim pojazd, trzeba go wcześniej wyprodukować, wykorzystując do tego inne surowce i odpowiednią ilość energii. Sam pierwiastek jest niezwykle rozpowszechniony w przyrodzie, lecz występuje przede wszystkim w związkach chemicznych, z których trzeba go oddzielić.
Większość wodoru produkowanego obecnie na świecie pochodzi z gazu ziemnego i węgla. Są to procesy przemysłowe związane ze znacznymi emisjami gazów cieplarnianych. Międzynarodowa Agencja Energetyczna wskazuje, że wytwarzanie jednego kilograma wodoru z gazu ziemnego bez wychwytywania dwutlenku węgla może wiązać się z emisją około 10–12 kilogramów ekwiwalentu CO₂. Gdyby autobus zużywający osiem kilogramów wodoru na sto kilometrów korzystał z paliwa produkowanego właśnie w taki sposób, emisje związane wyłącznie z jego wytwarzaniem wynosiłyby około 80–96 kilogramów ekwiwalentu CO₂ na sto kilometrów. Do tego należałoby doliczyć pozostałe elementy całego procesu, od przygotowania i dostarczania paliwa po produkcję i późniejsze zagospodarowanie samego pojazdu.
Autobus, który nie emituje spalin podczas jazdy, może więc korzystać z paliwa, którego produkcja pozostawiła znaczny ślad klimatyczny. Nie wiemy na podstawie samej wystawowej prezentacji, z jakiego wodoru korzysta konkretny NesoBus, ale właśnie ta zależność pozwala zrozumieć, dlaczego określenie „bezemisyjny” wymaga dopowiedzenia, czego dokładnie dotyczy. W mieście widzimy pojazd, który nie wydziela spalin, lecz cały system energetyczny potrzebny do jego funkcjonowania znajduje się poza naszym polem widzenia.
Możemy oczywiście produkować wodór inaczej, korzystając z energii odnawialnej. Tak zwany zielony wodór powstaje w procesie elektrolizy, podczas którego energia elektryczna służy do rozdzielania wody na wodór i tlen. Jeżeli prąd pochodzi z odpowiednio zweryfikowanych źródeł odnawialnych, emisje związane z wytwarzaniem paliwa mogą być znacznie niższe. Taka produkcja wymaga jednak odpowiedniej infrastruktury, znacznych nakładów inwestycyjnych i dużych ilości energii elektrycznej, której dostępność nie jest przecież nieograniczona.
Pojawia się zatem pytanie o sprawność całego procesu. Energia elektryczna może zostać wykorzystana bezpośrednio do naładowania akumulatorów autobusu albo posłużyć do wytworzenia wodoru, który następnie trzeba sprężyć, przechować, przetransportować i ponownie zamienić na prąd w ogniwie paliwowym. Podczas każdej z tych operacji tracimy część energii. W orientacyjnym porównaniu ze stu jednostek początkowej energii elektrycznej autobus akumulatorowy może wykorzystać do napędu około 70–85 jednostek, natomiast autobus zasilany wodorem wyprodukowanym w procesie elektrolizy około 25–35 jednostek. Dokładne wyniki zależą od zastosowanych urządzeń i warunków pracy, lecz różnica pokazuje skalę problemu. Z tej samej ilości energii odnawialnej można zazwyczaj przejechać znacznie większą odległość pojazdem akumulatorowym.
To ważne w sytuacji, kiedy potrzebujemy czystej energii nie tylko dla transportu, ale również dla ogrzewania budynków, przemysłu czy codziennego funkcjonowania gospodarstw domowych. Każda dodatkowa strata zwiększa zapotrzebowanie na jej produkcję, a więc także na urządzenia, materiały, inwestycje i przestrzeń niezbędną do rozbudowy systemu energetycznego. Dlatego pytanie o sprawność nie jest wyłącznie technicznym zagadnieniem interesującym inżynierów, lecz dotyczy sposobu korzystania ze wspólnych zasobów.
Nie wszędzie jednak autobusy akumulatorowe będą równie łatwe do zastosowania. Tam, gdzie pojazdy muszą intensywnie pracować, pokonywać duże odległości lub gdzie rozbudowa infrastruktury ładowania napotyka poważne ograniczenia, napęd wodorowy może stanowić interesującą alternatywę. Duży zasięg i stosunkowo krótki czas tankowania mają swoją wartość, choć trzeba je zestawić z ceną wodoru, dostępnością stacji, kosztami budowy instalacji i rzeczywistą niezawodnością pojazdów. Wodór wymaga bowiem rozbudowanej infrastruktury, obejmującej instalacje produkcyjne, zbiorniki wysokociśnieniowe, urządzenia do sprężania, stacje tankowania i wyspecjalizowaną obsługę techniczną. Sama budowa stacji nie rozwiązuje jeszcze problemu zapewnienia wystarczających dostaw paliwa o znanym pochodzeniu i odpowiedniej jakości.
Polskie doświadczenia pokazują, że nie jest to już technologia ograniczona do prototypów i wystaw. NesoBusy jeżdżą między innymi w Koninie i Rybniku, gdzie samorządy zdecydowały się rozwijać transport wodorowy. W Koninie powstała również infrastruktura służąca produkcji wodoru metodą elektrolizy. Dla oceny tych inwestycji szczególnie cenne będą doświadczenia operatorów, którzy każdego dnia muszą zapewniać mieszkańcom punktualne i niezawodne przewozy. Dopiero rzeczywiste koszty paliwa, serwisowania oraz utrzymania infrastruktury pozwolą odpowiedzieć, jak ekonomicznie sprawdzają się takie rozwiązania w porównaniu z innymi rodzajami napędu.
Europejski projekt JIVE, poświęcony eksploatacji autobusów wodorowych, dostarcza już interesujących danych. W badanej flocie średnie zużycie wynosiło około 7,6 kilograma wodoru na sto kilometrów, natomiast dostępność pojazdów osiągnęła około 84 procent, poniżej zakładanego poziomu przekraczającego 90 procent. Wyniki te nie dotyczą bezpośrednio NesoBusa, ale przypominają, że w komunikacji zbiorowej nie wystarczą dobre osiągi na papierze. Liczy się przede wszystkim możliwość realizowania zaplanowanych kursów, przewidywalność kosztów i dostępność pojazdu wtedy, kiedy mieszkańcy go potrzebują.
Warto zwrócić uwagę również na rolę publicznych pieniędzy. Autobusy zeroemisyjne są często kupowane przy wsparciu krajowych i europejskich programów finansowania, co umożliwia samorządom inwestowanie w rozwiązania, na które trudno byłoby sobie pozwolić wyłącznie z własnych budżetów. Takie wsparcie jest istotne dla rozwoju nowych technologii, ale nie zwalnia z oceny kosztów ich późniejszego użytkowania. Autobus trzeba tankować, serwisować, naprawiać, zapewniać mu części zamienne i odpowiednie zaplecze techniczne. Dofinansowanie zakupu nie oznacza przecież, że późniejsza eksploatacja przestaje kosztować. W przypadku komunikacji publicznej każda decyzja inwestycyjna ma zatem również wymiar społeczny, ponieważ środki przeznaczone na jeden sposób organizowania transportu nie mogą zostać jednocześnie wykorzystane na inne potrzeby mieszkańców.
W tym miejscu warto spojrzeć na zagadnienie nieco szerzej. Rozmawiamy o nowych napędach, czystszej energii i coraz nowocześniejszych autobusach, ale wciąż zbyt rzadko zastanawiamy się, jak organizować nasze miasta, wsie i przedmieścia, aby transport zbiorowy rzeczywiście stanowił dostępną alternatywę dla samochodu. Nawet najnowocześniejszy autobus niewiele zmieni w codziennym życiu mieszkańców miejscowości, do której dociera zaledwie kilka razy dziennie, a odległość do najbliższego przystanku skutecznie zniechęca do korzystania z komunikacji. Potrzebujemy nie tylko nowych pojazdów, ale także połączeń odpowiadających rzeczywistym potrzebom, rozsądnego planowania przestrzennego, bezpiecznej infrastruktury pieszej i rowerowej oraz współpracy samorządów, których granice administracyjne nie powinny ograniczać możliwości codziennego przemieszczania się mieszkańców.
O środowiskowej wartości autobusu decyduje więc znacznie więcej niż sam rodzaj napędu. Liczy się liczba pasażerów, częstotliwość kursowania, dostępność połączeń, pochodzenie wykorzystywanej energii, trwałość pojazdu i sposób jego użytkowania. Transport publiczny powinien służyć ograniczaniu zależności od samochodów, a jednocześnie pozostawać dostępny dla osób starszych, dzieci, osób z niepełnosprawnościami i wszystkich tych, którzy z różnych powodów nie mogą lub nie chcą korzystać z indywidualnej motoryzacji. Technologia ma tutaj ogromne znaczenie, ale ostatecznie pozostaje narzędziem realizowania znacznie szerszych potrzeb społecznych.
NesoBus jest przykładem polskiej inicjatywy przemysłowej, która pokazuje, że możemy uczestniczyć w rozwijaniu nowoczesnych technologii transportowych, a nie tylko korzystać z rozwiązań opracowanych gdzie indziej. Jednocześnie jego obecność na rynku pozwala przyjrzeć się temu, jak trudna jest rzeczywista zmiana systemu energetycznego. Według raportu Międzynarodowej Agencji Energetycznej Global Hydrogen Review 2026 światowe zapotrzebowanie na wodór przekroczyło w 2025 roku sto milionów ton, lecz wodór wytwarzany metodami niskoemisyjnymi stanowił nadal mniej niż jeden procent światowej produkcji. Oznacza to, że mimo postępu technologicznego podstawowym problemem pozostaje nie tyle możliwość skonstruowania pojazdu wykorzystującego wodór, ile zapewnienie mu paliwa wytwarzanego w sposób rzeczywiście ograniczający wpływ na klimat, dostępnego w wystarczającej ilości i po ekonomicznie uzasadnionej cenie.
Przyglądając się autobusowi na kieleckich targach, można więc zobaczyć nie tylko interesującą konstrukcję, ale również fragment znacznie większej zmiany, która dopiero się dokonuje. Wodór ma swoje właściwości, możliwości i ograniczenia, podobnie jak akumulatory, sieci elektroenergetyczne czy odnawialne źródła energii. Każde z tych rozwiązań wykorzystuje określone zasoby i pozostawia środowiskowe konsekwencje, które nie zawsze widać w miejscu jego użytkowania. Powietrze oczyszczane w jednym miejscu nie rekompensuje automatycznie emisji powstających gdzie indziej, a energia, którą tracimy podczas kolejnych przemian, musi zostać wcześniej wyprodukowana.
Dlatego rozmawiając o ekologicznej przyszłości transportu, powinniśmy pytać nie tylko o to, czym zasilany jest autobus i czy podczas jazdy wydziela spaliny, ale także o pochodzenie energii, rzeczywiste koszty środowiskowe, dostępność komunikacji i społeczne korzyści wynikające z jej rozwoju. Dopiero uwzględnienie wszystkich tych zależności pozwala ocenić, czy nowa technologia przybliża nas do bardziej odpowiedzialnego gospodarowania zasobami, czy jedynie przenosi część problemów poza obszar naszego codziennego doświadczenia.
Tekst i fotografie: Janusz Bończak, Istota.info
Źródła: NesoBus, PAK-PCE Polski Autobus Wodorowy, https://www.nesobus.pl/; Międzynarodowa Agencja Energetyczna, Global Hydrogen Review 2026 i Global Hydrogen Review 2024, https://www.iea.org/; Clean Hydrogen Partnership, projekt JIVE, https://www.fuelcellbuses.eu/publications; TRANSEXPO, Targi Kielce, https://www.targikielce.pl/transexpo.




Szczur. Osoba. Człowiek. Zwierzę. Cztery pojęcia jak cztery zasady formatujące naszą rzeczywistość. Starożytni filozofowie wierzyli, że istnieją woda, powietrze, ziemia i ogień – cztery elementy, z których stworzony jest cały otaczający nas świat. Tak samo w nas te cztery elementy ustawiają cztery humory, cztery podstawowe fluidy. Człowiek jest mikrokosmosem wobec świata. Wedle stoików to, co stwarza świat, jest tak samo w kosmosie, jak i w ludzkim bycie. A więc i w szczurzym. Logika starożytnej ontologii w tym względzie wskazuje jednoznacznie: cztery elementy, żywioły i fluidy tworzą wszystko – zarówno człowieka, jak i zwierzę. Stulecia później biolodzy uświadomią nam, że starożytni myśliciele nie mylili się tak bardzo. Wszystkie organizmy posługują się tymi samymi czterema podstawowymi literami DNA: A – adenina, G – guanina, C – cytozyna i T – tymina. Cztery zasady azotowe w DNA niosą informację genetyczną organizmu. Każdego organizmu. Szczur i człowiek tak samo składają się z czterech liter życia.
Łańcuch pokoleń ludzi zrywał powinowactwo i jedność. Człowiek nie chce widzieć w sobie zwierzęcia i jest to zabieg celowy. Gdybyśmy mieli zrozumieć w pełni, że jesteśmy tylko gatunkiem pomiędzy innymi gatunkami, że nie ma żadnych przesłanek pozwalających nam na ludzką pychę i pewność, że świat należy do nas, a wszystko jest zaledwie przypadkiem, nie bylibyśmy w stanie żyć tak, jak żyjemy. Krzywdząc zwierzęta i je instrumentalizując, tworzymy ułudny świat wygody i samozadowolenia człowieka.
Szczury w historii ludzkości oskarżane były o wiele zbrodni. Miały przenosić choroby – zwłaszcza te zakaźne. Czaić się w ciemnościach i rzucać na niewinnych ludzi. Podstępem dostawać się do domostw i wnosić w nie chaos i chorobę, rzecz jasna. Łatwiej nienawidzić szczurów niż zastanowić się, co takiego się stało, że chorujemy, źle się czujemy lub tracimy kontrolę nad naszym domostwem. Zachowujemy się tak, jakby zwierzęta były intruzami w naszym świecie, odrzucając fakt, że to my, ludzie, rozrastając się i rozbudowując naszą rzeczywistość, zajęliśmy każdy możliwy jej zakątek. To nie zwierzęta dostają się do naszych domów, tylko my stajemy na ich drodze. To nie szczur jest winny chorobie, tylko nasz brak higieny. To nie szczur jest intruzem w naszych domach, ale to my naruszyliśmy jego przestrzeń życiową.
Na szczęście dzieci widzą świat nieco inaczej. W bajkach wiele razy umacnia się obraz zwierzęcia mówiącego, działającego jak człowiek, posiadającego te same emocje i cechy charakteru. Niestety większość z nas, dorastając, dowiaduje się, że to tylko bajki. Przemiły, gadatliwy szczurek zostaje w pewnym momencie zaprzeczony w naszej wyobraźni. Zamiast szczurka, który marzy, by zostać kucharzem, zaczynamy widzieć to, co nauczyli nas widzieć rodzice, otaczający nas ludzie czy nauczyciele. Naturalny odruch, by dowiedzieć się, kim jest szczur, zostaje zredukowany do obrzydzenia, gdy zniesmaczony dorosły uświadamia dziecku, że to „tylko” zwierzę. Niestety nie dodaje się wówczas, że człowiek też jest tylko zwierzęciem. A może aż zwierzęciem?
Cztery elementy tworzące świat. Cztery zasady życia w języku nauki nabierają innego znaczenia. Ewolucja okazała się ścieżką prowadzącą wszystkie gatunki w ślepym przystosowaniu do otaczającego nas świata. Każdy z nas: Homo sapiens, Rattus norvegicus, Canis lupus familiaris, Felis catus, Formica rufa, Musca domestica, idzie tą samą drogą przypadku. Z mroków dziejów wyłaniają się kolejne formy prowadzące nas do tej konkretnej formy bycia, z cechami przypisanymi dla naszego gatunku. Czasami łączymy się w przypadkowości i zaczynamy przemierzać szlaki świata łapa w nogę, łapa w ramię, łapa w łapę. Wówczas lepiej się rozumiemy, rodzi się więź, która przerywa zamknięcie w więzieniu antropocentryzmu.
Ten bieg łapa w łapę okazał się jednak niebezpieczny nie dla człowieka, a dla szczura – jak i dla większości zwierząt pozaludzkich, które mają i miały z nami do czynienia. Ranimy zwierzęta nawet wtedy, kiedy je bardzo kochamy i chcemy dla nich wszystkiego. Wciągając je na listę domowników, otwieramy dla zwierząt nasze serca, narażając je na naszą obecność, humory i postępowanie. W ten sposób zwierzę staje się niewolnikiem, tyle że w przypadku niektórych gatunków jest niewolnikiem na stosunkowo dobrych warunkach bytowania.
Jako pierwszy znak zodiaku w Chinach szczur symbolizuje spryt, zaradność, umiejętność zdobywania dóbr i powodzenie materialne. W Indiach szczur (zamiennie z myszą) staje się zwierzęciem, na którym przemieszcza się Ganesha – wyjątkowy bóg opiekujący się filozofami. W tym symbolicznym ujęciu szczur ma zdolność wnikania tam, gdzie zdaje nam się to niemożliwe, jest też symbolem opanowania. W Japonii szczur jest symbolem powodzenia i dostatku. W średniowiecznej Europie szczur został utożsamiony z czarną śmiercią, stając się symbolem śmierci i choroby. Często też symbolizował zepsucie (również to moralne) i niebezpieczeństwo.
Podróż po różnych kulturowych znaczeniach pokazuje jedno: nie widzimy Osoby zwierzęcej. Nie dostrzegamy Szczura jako jego samego czy jej samej. To nie jest indywidualność, tylko coś – dobrego albo złego, boskiego albo złowrogiego. Człowiek odgrodził się murem i nie widzi w zwierzęciu istoty, osoby, kogoś. Łatwiej jest podziwiać lub bać się, w emocjach obrzydzenia czy strachu wyrzucać złe przekonania i doświadczenia, projektując własne lęki i fobie na świat zwierząt. Stary mechanizm wyparcia naszej zwierzęcości łączy się często z koniecznością zrzucenia na kogoś winy za to, co nam się przydarza. Dlatego zamiast przyjąć pewne fakty, wolimy je interpretować i reinterpretować tak, by wybielić samych siebie. Szczur i jego historia pokazują, jak bardzo potrafimy ranić zawsze wtedy, gdy chcemy widzieć w sobie męczenników lub niewinne ofiary.
We współczesnym świecie nasz stosunek do szczurów wcale się nie poprawił. Ciągle dziecko uczone jest, że szczur jest groźny i obrzydliwy. Niektórzy nawet krzywią się na widok jego ciała i niezwykłego ogona. Ciągle też umykają nam w kontakcie ze zwierzętami ich osobowość i indywidualność. W końcu tak jak każdy człowiek, tak i każdy szczur jest kimś, coś lubi, ma swoje życie i potrzeby, czegoś się boi i do czegoś dąży. Nie pozwalając sobie dostrzec tego wielkiego świata osób różnego gatunku, a zatem i różnych możliwości, nie tylko odmawiamy sobie i zwierzętom właściwych relacji, ale co gorsza, skazujemy się na ciągłe nieporozumienia i agresję.
Trutki na szczury powodujące ich bolesną i powolną agonię to nic innego jak okrucieństwo i kara za coś, czego szczurza osoba nie zrobiła. Szczur nikogo nie zabił i nie jest niczemu winien. Trzeba tylko uświadomić sobie, z czym mamy do czynienia: ze złą tradycją i fobią, a nie ze zwierzęciem. Nieustanna klasyfikacja zwierzęcia, przyznanie mu statusu gorszego, złego, niebezpiecznego, dzikiego, zagrażającego to ciągła uzurpacja wyjątkowego miejsca człowieka. Gdy jednak zmienić perspektywę i spojrzeć na świat jako na układ sieciowy, uświadomić sobie, że gatunkowa różnica nie musi od razu stać się wartościowaniem i wykładnią szowinizmu gatunkowego – szczur stanie się kimś, a nie zagrożeniem. To nie czarna śmierć, pech i nieszczęście. Te nazwy czają się w naszej głowie i zagrażają zainfekowaniem przyszłych pokoleń. Dlatego trzeba uważać, co i jak się mówi, dlatego potrzebne nam są uważność i odpowiedzialność zarówno w badaniu zwierząt, jak i w próbie ich zrozumienia oraz opisania.
Cztery elementy, cztery zasady, cztery podstawowe litery życia. Różnice są i gatunkowe, i indywidualne – na tym opiera się piękno życia i na tym buduje się rzeka życia. Adenina, guanina, cytozyna i tymina. Piękno świata kryje się w jego relacjach i różnorodności, trzeba tylko się nim cieszyć i nie zabijać w nas tego, co naturalne. W końcu dziecko nie wie, że szczur jest „obrzydliwy”, a tylko widzi przenikliwe spojrzenie i piękny kolor umaszczenia. Szczur – Osoba – Człowiek – Zwierzę – Jedność.
Na naukę nigdy nie jest za późno, dlatego zapraszam serdecznie już w tę niedzielę – w Centrum Kultury Dworek Białoprądnicki Fundacja w Imię Zwierząt przygotowała niezwykły program i konferencję poświęconą szczurom. Będzie więc o osobach zwierzęcych i o tym, kim szczury tak naprawdę są – ZAPRASZAM.
Tekst Joanna Hańderek
„Szczurza Konferencja: Trudne sąsiedztwo. Szczury i ludzie w mieście” – Kraków, 18.10.2026




Trzeba wyczyścić rynnę, przyciąć gałęzie, naprawić coś przy dachu, dostać się na strych. Sięgamy po drabinę, bo jest potrzebna. Należy do najprostszych narzędzi, jakimi posługuje się człowiek, i pomimo tysięcy lat rozwoju techniki nadal trudno znaleźć dla niej równie praktyczny zamiennik. Korzystamy z niej w domach, ogrodach, gospodarstwach rolnych, warsztatach i na budowach. Czasem wielokrotnie w ciągu jednego dnia. Samo wejście na drabinę nie jest przecież przejawem brawury ani lekceważenia niebezpieczeństwa. Zazwyczaj stanowi zwyczajny element wykonywanej pracy. Zagrożenie pojawia się w określonych okolicznościach. Może wynikać z niewłaściwego ustawienia, stanu technicznego sprzętu, warunków otoczenia, sposobu wykonywania czynności czy ograniczeń ludzkiej sprawności. Niekiedy wystarczy jeden z tych czynników, innym razem dochodzi do ich nałożenia.

Przygotowując wcześniejszy tekst o zagranicznych kampaniach zapobiegania upadkom, zacząłem zastanawiać się nad tym, dlaczego podobne wypadki powtarzają się w różnych krajach. Przecież znamy zasady bezpieczeństwa, dysponujemy coraz lepszymi materiałami, sprzętem i rozwiązaniami technicznymi. Prowadzimy szkolenia, opracowujemy normy, kontrolujemy miejsca pracy. A ludzie nadal spadają z drabin.
Najprościej byłoby wyjaśnić to nieostrożnością. Ktoś się spieszył, źle ustawił drabinę, nie sprawdził jej stanu albo przecenił swoje możliwości. Tyle że takie wyjaśnienie niewiele nam mówi. Nie dowiemy się z niego, dlaczego człowiek postąpił właśnie tak, czy wiedział o zagrożeniu i czy miał możliwość wykonania pracy w innych warunkach.
W analizach bezpieczeństwa pracy odróżnia się bezpośrednią przyczynę wypadku od okoliczności, które do niego doprowadziły. Jeżeli drabina się przesunęła, warto ustalić, dlaczego nie była stabilna. Czy podłoże było odpowiednie? Czy sprzęt dobrano do rodzaju pracy? Czy był sprawny i właściwie zabezpieczony? Czy użytkownik znał jego ograniczenia? Jeżeli pracował na czyjeś zlecenie, czy zapewniono mu odpowiednie warunki?
Nie zawsze odpowiedzi prowadzą do jednej przyczyny. Wypadek może być następstwem kilku niezależnych okoliczności, z których żadna osobno nie doprowadziłaby do nieszczęścia. Dlatego przypisanie winy wyłącznie człowiekowi stojącemu na drabinie może być równie pochopne jak całkowite zwolnienie go z odpowiedzialności.
Weźmy pod uwagę pieniądze. W gospodarstwie rolnym, małym przedsiębiorstwie czy prywatnym domu nie zawsze istnieją warunki do wynajęcia podnośnika, ustawienia rusztowania albo zatrudnienia specjalistycznej firmy. Koszt takiego rozwiązania może być niewspółmierny do wartości wykonywanej pracy. Sięgnięcie po drabinę nie musi więc oznaczać oszczędzania na bezpieczeństwie. W wielu przypadkach jest po prostu właściwym wyborem.
Jednak nie przy każdej pracy drabina będzie odpowiednim narzędziem. Trzeba uwzględnić jej wysokość, konstrukcję, sposób podparcia, czas wykonywania czynności i możliwość zachowania stabilnej pozycji. To ocena, która wymaga wiedzy, czasem również doświadczenia zawodowego. Nie każdy użytkownik musi taką wiedzę posiadać.
Podobnie z czasem. W gospodarstwie wiele prac zależy od pogody, terminów i następstwa innych czynności. Naprawa, która ma potrwać kilkanaście minut, niekoniecznie pozwala na długie przygotowania. Nie znaczy to, że można zrezygnować z zabezpieczeń, ale warto rozumieć rzeczywiste warunki, w których zapadają decyzje. Presja czasu bywa elementem organizacji pracy, a nie wyłącznie skutkiem czyjegoś pośpiechu.
Pozostaje doświadczenie. Jego znaczenie jest bezsporne. Człowiek, który przez kilkadziesiąt lat wykonuje podobne czynności, zna ich przebieg, potrafi ocenić wiele zagrożeń i często radzi sobie lepiej niż osoba dopiero rozpoczynająca pracę. Nie możemy jednak oczekiwać, że doświadczenie zastąpi sprawdzenie stanu sprzętu albo pozwoli przewidzieć każdą zmianę warunków.
Drabina używana od lat może wyglądać tak samo, choć jej właściwości nie są już takie same. Zmienia się również otoczenie. Grunt bywa bardziej miękki, nawierzchnia śliska, podparcie mniej stabilne. Czasem dochodzi do zmęczenia, chwilowej utraty koncentracji czy błędu w ocenie odległości. Nie zawsze człowiek jest w stanie wcześniej rozpoznać takie zagrożenie.
Nie bardzo mam ochotę pisać o wieku użytkowników. Zapewne dlatego, że sam niechętnie przyjmuję do wiadomości, jak zmienia się z upływem lat nasza sprawność fizyczna. Nadal wykonujemy wiele czynności, które znaliśmy od młodości. Pamiętamy własne możliwości, mamy doświadczenie i nie widzimy powodów, żeby rezygnować z dotychczasowej aktywności.
Tyle że nawet gdybym próbował odsunąć od siebie tę wiedzę, statystyka pozostaje nieubłagana.
W badaniu opublikowanym w 2022 roku w „Journal of Trauma and Acute Care Surgery” przeanalizowano dane 168 227 pacjentów leczonych w Stanach Zjednoczonych po upadkach z drabin w latach 2007–2017. W grupie osób od 16 do 50 lat ciężkie obrażenia stwierdzono u 13,7 procent poszkodowanych, w wieku 51–65 lat u 17,5 procent, natomiast wśród osób powyżej 65. roku życia u 22 procent. W tej ostatniej grupie odnotowano także najwyższą śmiertelność szpitalną. [1]
Badanie nie dowodzi, że starsi ludzie częściej spadają z drabin. Pokazuje jednak, że następstwa takich wypadków stają się wraz z wiekiem poważniejsze. To ważne rozróżnienie. Nie ma jednej granicy wieku, po której przekroczeniu człowiek powinien przestać korzystać z drabiny. Sprawność jest kwestią indywidualną. Zmieniają się jednak nasze zdolności utrzymywania równowagi, siła mięśniowa, szybkość reakcji czy możliwość odzyskania stabilnej pozycji po jej utracie.
Być może szczególnie trudno jest nam uwzględniać te zmiany w czynnościach, które wykonujemy od lat. Pamięć dawnej sprawności pozostaje, nawet jeśli nasze aktualne możliwości są już nieco inne. Doświadczenie nadal pomaga, ale nie zatrzymuje biologicznego czasu.
Spójrzmy na polskie statystyki.
W 2025 roku do Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego (KRUS) zgłoszono 8631 wypadków przy pracy rolniczej. Wypłacono 6881 jednorazowych odszkodowań, w tym 3455 związanych z upadkami osób. Stanowiły one 50,2 procent wszystkich zdarzeń zakończonych wypłatą odszkodowania. [2]
W osobnym zestawieniu dotyczącym rodzaju zdarzeń KRUS odnotował 3743 upadki osób, z których 1095 stanowiły upadki z wysokości, między innymi z drabin, schodów, podestów, strychów, poddaszy i drzew. Nie są to wyłącznie wypadki związane z drabinami. Warto o tym pamiętać, ponieważ przytoczone liczby opisują różne kategorie zdarzeń i nie można ich dowolnie ze sobą utożsamiać. [2]
Państwowa Inspekcja Pracy (PIP) podała natomiast, że w 2025 roku w 166 badanych wypadkach spowodowanych upadkami z drabin, rusztowań i dachów poszkodowanych zostało 169 osób. Dwadzieścia dwie poniosły śmierć, a 34 doznały ciężkich obrażeń. To dane dotyczące wypadków zgłoszonych do inspekcji i objętych jej badaniem, a nie wszystkich podobnych zdarzeń w Polsce. [3]
Liczby są niepokojące, choć nie pozwalają jeszcze ustalić, jakie jest rzeczywiste prawdopodobieństwo wypadku podczas korzystania z drabiny. Nie znamy przecież liczby wszystkich przypadków jej używania. Wiemy natomiast, że upadki stanowią istotny problem bezpieczeństwa pracy i mogą prowadzić do bardzo poważnych następstw.
Nie można również pomijać zmian, jakie nastąpiły w polskim rolnictwie. Według KRUS od 1993 do 2025 roku wskaźnik wypadkowości zmniejszył się z 24,6 do 7,2 wypadku na tysiąc ubezpieczonych. Poprawiły się warunki pracy, wyposażenie gospodarstw i dostęp do wiedzy o bezpieczeństwie. Wieloletnie działania profilaktyczne przynoszą wymierne rezultaty, choć nie oznacza to, że problem został rozwiązany. [4]
A jak wyglądamy na tle innych krajów?
W Niemczech instytucja ubezpieczeń społecznych dla rolnictwa, leśnictwa i ogrodnictwa, Sozialversicherung für Landwirtschaft, Forsten und Gartenbau (SVLFG), odnotowała w 2024 roku 1022 wypadki w rolnictwie w kategorii obejmującej drabiny i urządzenia wejściowe. [5] W Irlandii Urząd ds. Bezpieczeństwa i Higieny Pracy, Health and Safety Authority (HSA), podał w październiku 2026 roku, że w latach 2016–2025 w gospodarstwach rolnych zginęło 177 osób, w tym 21 wskutek upadków z wysokości. [6] Z kolei w Singapurze Rada ds. Bezpieczeństwa i Zdrowia w Pracy, Workplace Safety and Health Council, wskazała podczas sympozjum w 2024 roku, że w ciągu poprzednich trzech lat upadki z drabin odpowiadały za około dwie trzecie urazów niezakończonych zgonem, związanych z upadkami z wysokości podczas pracy. [7]
Nie można na tej podstawie sporządzić uczciwego rankingu państw. Poszczególne kraje stosują odmienne definicje wypadków, zasady ich zgłaszania i zakresy statystyk. Różnią się też strukturą gospodarki i zatrudnienia. Same liczby nie mówią więc, gdzie praca na drabinach jest bezpieczniejsza. Pokazują natomiast, że podobne problemy występują w krajach o odmiennych warunkach społecznych, gospodarczych i technicznych.
Szczególnie interesujących informacji dostarczają badania samych drabin.
W 2022 roku brytyjskie stowarzyszenie branżowe Ladder Association opublikowało wyniki testów 17 drabin teleskopowych, pozyskanych z różnych kanałów sprzedaży i kontroli rynku. Aż 82 procent badanych egzemplarzy nie spełniło wymaganych warunków bezpieczeństwa. Ponad połowa produktów, które nie przeszły testów, była oferowana z oznaczeniami sugerującymi zgodność z normami. [8]
Nie oznacza to, że podobny odsetek wszystkich drabin na rynku jest wadliwy. Badanie obejmowało konkretną próbę produktów, również egzemplarze zatrzymane wcześniej przez służby kontrolne. Wyniki pokazały jednak rzeczywisty problem, którego nie sposób sprowadzić do sposobu korzystania ze sprzętu.
Człowiek może właściwie ustawić drabinę, sprawdzić podłoże, zachować ostrożność i nadal ulec wypadkowi wskutek wady konstrukcyjnej lub materiałowej. Nie każdy kupujący dysponuje wiedzą techniczną pozwalającą ocenić wytrzymałość urządzenia. Musimy w pewnym stopniu ufać producentowi, importerowi, sprzedawcy i instytucjom nadzorującym rynek. Jeżeli produkt jest oferowany jako bezpieczny, powinien rzeczywiście spełniać odpowiednie wymagania.
Odpowiedzialność za bezpieczeństwo nie może więc kończyć się na użytkowniku. Jest również po stronie tych, którzy projektują, produkują i sprzedają sprzęt, organizują pracę oraz ustanawiają i egzekwują wymagania dotyczące jego jakości.
Pozostaje edukacja. W Polsce KRUS od lat prowadzi szkolenia, konkursy, pokazy i kampanie profilaktyczne. W 2026 roku działania poświęcone upadkom osób odbywają się pod hasłem „Rola rolnika, by upadku unikał”. W innych krajach spotykamy podobne inicjatywy, choć niekiedy prowadzone w nieco inny sposób. [9]
W Irlandii inspektorzy HSA podczas kontroli gospodarstw zwracają uwagę nie tylko na sposób korzystania z drabin, lecz także na możliwość zastosowania podestów roboczych, podnośników i innych zabezpieczeń. [6] W Stanach Zjednoczonych Administracja Bezpieczeństwa i Higieny Pracy, Occupational Safety and Health Administration (OSHA), organizuje kampanie, podczas których pracodawcy i pracownicy przerywają codzienne obowiązki, aby omówić konkretne zagrożenia i sprawdzić warunki pracy. [10] Amerykański Narodowy Instytut Bezpieczeństwa i Higieny Pracy, National Institute for Occupational Safety and Health (NIOSH), opracował także aplikację wykorzystującą czujniki telefonu do sprawdzania prawidłowego ustawienia drabiny przystawnej. Do grudnia 2023 roku pobrano ją ponad 850 tysięcy razy, choć obecnie aplikacja nie jest aktualizowana. [11]
To różne rozwiązania, ale łączy je próba wyjścia poza samo przekazywanie instrukcji. Wiedza ma pomagać człowiekowi w konkretnych warunkach wykonywania zadania. Wybór właściwego sprzętu, ocena miejsca pracy, rozpoznanie własnych możliwości czy przewidzenie następstw awarii są równie istotne jak znajomość zasad prawidłowego wchodzenia i schodzenia z drabiny.
Nie jest to zresztą wiedza wyłącznie dla tych, którzy zawodowo zajmują się pracą na wysokości. Drabina znajduje się w wielu domach i gospodarstwach. Korzystają z niej osoby o bardzo różnym przygotowaniu, doświadczeniu i sprawności. Trudno oczekiwać, że wszyscy będą znać szczegółowe normy techniczne, ale można oczekiwać, że dostępne będą rzetelne informacje pozwalające bezpiecznie dobrać sprzęt i z niego korzystać.
Nie każdemu wypadkowi można zapobiec w ten sam sposób. Zdarzają się błędy użytkowników, wady sprzętu i niewłaściwa organizacja pracy. Czasem przyczyny są oczywiste, czasem ich ustalenie wymaga szczegółowych badań. Niekiedy człowiek rzeczywiście postępuje nieodpowiedzialnie. Nie widzę jednak powodu, żeby właśnie od takiej oceny rozpoczynać rozmowę o każdym wypadku.
Przychodzi mi tutaj na myśl stare przysłowie: „Mądry Polak po szkodzie”. Nie sądzę, żeby opisywało szczególną cechę naszego społeczeństwa. Ludzie w różnych krajach popełniają podobne błędy, bywają nieostrożni, ale również pracują w warunkach, na które mają ograniczony wpływ. Doświadczenie nabyte po wypadku często zmienia sposób myślenia o bezpieczeństwie. Szkoda tylko, że jego cena bywa tak wysoka.
Patrząc z drabiny, widzimy nieco więcej niż z ziemi. W analizie bezpieczeństwa pracy także potrzebujemy szerszej perspektywy. Powinna obejmować człowieka, jego sprawność, wiedzę, wyposażenie, organizację pracy i warunki, w których wykonuje określone zadanie. Dopiero wtedy możemy próbować zrozumieć, dlaczego dochodzi do wypadków i co rzeczywiście pozwoliłoby im zapobiegać.
Drabiny nadal będą nam potrzebne. Nie chodzi przecież o to, żeby przestać z nich korzystać, ale żeby wiedzieć, kiedy i w jakich warunkach można robić to bezpiecznie. A kiedy należy wybrać inne rozwiązanie.
Janusz Bończak

Źródła:

1. Liasidis P. K. i in., „Falls from ladders: Injury patterns and outcomes”, „Journal of Trauma and Acute Care Surgery”, 2022, t. 93, nr 3, s. 323–331.
2. Kasa Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego, „Wypadki przy pracy i choroby zawodowe rolników oraz działania prewencyjne KRUS w 2025 roku”, Warszawa 2026.
3. Państwowa Inspekcja Pracy, „Odśnieżaj dach bezpiecznie!”, 20 stycznia 2026 r. (dane o wypadkach z 2025 r.).
4. Kasa Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego, „Bezpieczeństwo pracy w rolnictwie zmienia się na lepsze i są na to konkretne dowody”, 28 maja 2026 r.
5. Sozialversicherung für Landwirtschaft, Forsten und Gartenbau, „Präventionsbericht 2024”, Niemcy, 2025.
6. Health and Safety Authority, „Don’t let a quick job turn fatal: HSA targets falls from height on farms”, Irlandia, 4 października 2026 r.
7. Workplace Safety and Health Council, „Opening Address at the Work at Heights Symposium 2024”, Singapur, 2024.
8. The Ladder Association, „Step Up to Safe Ladders”, wyniki badania drabin teleskopowych, Wielka Brytania, 2022.
9. Kasa Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego, „Rola rolnika, by upadku unikał”, materiały kampanii prewencyjnej.
10. Occupational Safety and Health Administration, „National Safety Stand-Down to Prevent Falls in Construction”, USA.
11. National Institute for Occupational Safety and Health, „Ladder Safety App”, USA.




W niedzielę 13 grudnia Dworek Białoprądnicki zaprasza na kiermasz „Pod Choinką”. W Sali Kominkowej i Złotej będzie można znaleźć regionalne smakołyki, świąteczne ozdoby i rękodzieło — rzeczy, które mają swój charakter i często powstają w małych pracowniach. Kiermasz potrwa od godz. 10.00 do 16.00 w Dworku Białoprądnickim przy ul. Papierniczej 2 w Krakowie. Szczegóły: www.dworek.eu.




– Chcesz jabłko? Powinienem mieć jeszcze dwa w plecaku. Podzielę się z tobą.
Zatrzymałem wzrok na jej twarzy. Miała cudownie niezdecydowaną minę, jakby w tej chwili świat nie miał większego znaczenia, a rozważenie, czy zjeść jabłko, czy nie, było sprawą, której naprawdę warto
poświęcić uwagę. Słońce padało na nią spokojnie, bez gwałtownych błysków, miękko, jakby od rana
zajmowało wciąż to samo miejsce nad sadem i nie zamierzało już nigdzie odchodzić. Mrużyła oczy,
ale nie odwracała twarzy. Było w niej coś z tego dnia: jasnego, nieruchomego i trochę sennego.
Nie czekając na odpowiedź, odwróciłem się i pociągnąłem plecak bliżej. Ponieważ siedzieliśmy na murku, moje nogi podskoczyły śmiesznie do góry, gdy próbowałem złapać równowagę.
Zaśmiała się.
– No, bardzo jesteś pocieszny. Daj to jabłko.
Murek nie był wysoki. Dawniej musiał oddzielać podwórze od ogrodu albo może prowadził wzdłuż drogi do małego dworu, o którym pamiętali już tylko najstarsi mieszkańcy. Zostało z niego kilka nierównych
odcinków, trochę kamieni obrośniętych mchem i cegły, które po tylu latach straciły swój czerwony kolor.
W szczeliny wchodziły korzenie dzikich traw, jakby przyroda zszywała to, co ludzie pozostawili po sobie rozbite.
Kiedyś musiała tu być brama. Dziadek mówił, że miała dwa murowane słupy i ciężkie skrzydła, które zimą skrzypiały aż przy drodze. Nie wiedziałem, czy to pamiętał, czy powtarzał opowieść swojego ojca.
Zostały tylko dwa zagłębienia w ziemi i kilka kamieni, na których latem wygrzewały się jaszczurki.
Wyciągnęła rękę, a ja zamaszystym gestem położyłem na jej dłoni dorodny owoc. Taki, jaki powinien być: lekko matowy, czerwony, z pięknym ogonkiem, który zawsze wskazuje ku górze, jakby pamiętał jeszcze kierunek, w którym rósł, gdy z kwiatu stawał się jabłkiem.
– Proszszszę. Smacznego.
Obejrzała je z uznaniem. Obróciła w dłoni raz i drugi, zatrzymując kciuk na małej ciemniejszej plamce. Nie była to skaza, raczej znak, że jabłko nie urodziło się w równym rzędzie drzew, gdzie każde wygląda
podobnie, lecz w sadzie, który od dawna rósł według własnego porządku.
– Hmm… Znam te jabłonie. To owoc z sadu twojego dziadka. Pamiętam ich smak. Są doskonałe.
I pięknie pachnie ich skórka. Kiedy mocno się je ugryzie, kawałek zostaje przy miąższu, jakby skórka nie chciała oddać ani jednego kęsa. Trochę się ciągnie, trochę urywa…
Za naszymi plecami rozciągał się sad. Stary, niepielęgnowany, trochę zdziczały, a jednak ciągle rodzący owoce. Nikt już nie przycinał gałęzi, nie bielił pni wapnem, nie sprawdzał, czy w korze nie zagnieździły się szkodniki. Niektóre drzewa pochylały się nisko, prawie do ziemi. Inne stały wyprostowane, ciemne
i popękane, jak starzy ludzie, którzy nie chcą przyjąć do wiadomości, że wszyscy ich rówieśnicy już odeszli.
Wysoka trawa dochodziła miejscami do kolan. Wśród niej rosły pokrzywy, dziki bez, jeżyny i młode śliwy. Pod drzewami leżały żółte, czerwone i zielone jabłka, czasem już brązowe z jednej strony. Zapach przejrzałych owoców mieszał się z wonią nagrzanej ziemi. Nad nimi krążyły osy, senne od słońca i cukru. Słychać było tylko owady, pojedyncze ptaki i liście poruszane delikatnym wiatrem.
Sad wyglądał jak zabytek, choć nikt nie ustawił tu tablicy ani nie wpisał go do rejestru. Istniał, ponieważ jeszcze nie zdążono go wyciąć, zaorać ani podzielić na działki. Był pozostałością po gospodarstwie, po
rodzinie, po dawnym dworze, którego doniosłość przetrwała tylko w opowieściach. Trudno było powiedzieć, czy naprawdę był doniosły. Może miał zaledwie kilka pokoi, ganek z dwiema kolumnami i dach, który przeciekał przy każdym większym deszczu. W opowieściach jednak wszystko, co zniknęło, staje się większe.
Dziadek mówił o salonie z wysokimi oknami, oficynie, stajni i schodach prowadzących do ogrodu. Kiedy próbowałem odnaleźć te miejsca, widziałem tylko nierówności gruntu, dwa stare kasztanowce i resztki murów. Nasz murek mógł być częścią zabudowań gospodarczych, ogrodzenia albo tarasu. Każdy miał własną wersję.
Przez chwilę przyglądała się jabłku, jakby i ono mogło coś w tej sprawie rozstrzygnąć.
– Pamiętasz, jak twój dziadek chodził tutaj z takim długim kijem? – zapytała.
– Z hakiem do strącania jabłek.
– Dla mnie to był kij. Bałam się, że któregoś dnia strąci nim nie tylko jabłko, ale też mnie.
– Nigdy by tego nie zrobił.
– Wiem. Właśnie dlatego mogłam się bać bezpiecznie.
Uśmiechnęła się i spojrzała w stronę drzew. Słońce przesuwało się po jej policzku, choć nie można było dostrzec ruchu. Ten dzień nie miał wyraźnych godzin. Poranek przeszedł w południe prawie niezauważalnie. Niebo było jasne, czyste i spokojne. Niewielkie obłoki wisiały wysoko, jakby ktoś pozostawił je tam dla porządku, żeby błękit nie wydawał się zbyt pusty.
– Wiesz – powiedziała – naukowcy z NASA podobno mówią, że gdyby porównać naszą planetę do jabłka, żylibyśmy właściwie w jego skórce. W tych kilkunastu kilometrach, gdzie płyną chmury, latają
samoloty, a na powierzchni są miasta, wsie i my, siedzący na tym murku.
Uśmiechnęła się i zmrużyła oczy, jakby była bardzo zadowolona z własnej mądrości.
Spojrzałem na jabłko w mojej dłoni. Jego skórka odbijała światło. Była cienka, delikatna, miejscami prawie przezroczysta. Wystarczyło nacisnąć paznokciem, żeby pojawiła się pod nim wilgoć.
– Tak, słyszałem tę opowieść. To niezwykłe, że choć wiemy tak wiele, nadal tak wielu rzeczy nie rozumiemy. No… wiesz, o co mi chodzi.
Niezbyt zgrabnie to powiedziałem.
– Wiem, wiem. Jesteś filozofem. Więcej opowiadasz, mniej mówiąc.
Zaśmiała się, tym razem odrobinę złośliwie.
– Ej!
– Nie gniewaj się. To nawet miłe. Można cię słuchać długo i potem zastanawiać się, czy właściwie coś powiedziałeś.
– Teraz już naprawdę jesteś złośliwa.
– Odrobinę. Słońce jest za spokojne. Ktoś musi wprowadzić trochę ruchu.
Wzięła pierwszy kęs. Skórka chrupnęła głośniej, niż można było się spodziewać. Sok pojawił się na jej dolnej wardze. Otarła go wierzchem dłoni, nie przestając żuć.
– I jak smakuje ci jabłko? – zapytałem.
– Bardzo. Dziękuję.
Przyglądała się chwilę jasnemu śladowi po zębach.
– Jego smak jest jak wspomnienie twojego dziadka. Miłego człowieka. Od dzisiaj będzie też wspomnieniem tej chwili.
Zawiesiła głos, a ja nie śmiałem niczego dopowiadać. Cóż można było powiedzieć?
Siedzieliśmy razem na murku z jabłkami dziadka w dłoniach. W tej cienkiej skórce świata, w której latają ptaki i samoloty, a chmury przesuwają się raz stamtąd tutaj, innym razem z zupełnie innej strony.
Z oddali dobiegł krzyk myszołowa. Przeleciał wysoko nad sadem, zatoczył szeroki krąg i zniknął za kasztanowcami. Z jego wysokości nie byłoby widać murku ani śladów dworu, tylko plamę zieleni i dwa małe punkty pomiędzy drzewami. Z góry wszystko musiało być małe. Z bliska każda rzecz potrafiła jednak wypełnić cały świat.
– Pamiętasz jego czapkę? – zapytała.
– To był kapelusz.
– Czasem czapka.
– Zależy, jak go ułożył.
– Właśnie. Jakby nie mógł się zdecydować, czym jest.
Dziadek nosił go przez wiele lat. Materiał wyblakł od słońca, rondo z jednej strony opadło, z drugiej podnosiło się do góry. Kiedy padał deszcz, nakrycie głowy stawało się ciężkie i ciemne. Po wyschnięciu przybierało nowy kształt. Dziadek nigdy nie próbował go poprawiać. Wkładał je rano i zdejmował dopiero w domu, odkładając na krzesło przy drzwiach.
Jego spodnie też zapamiętałem jako zbyt szerokie. Trzepotały na wietrze i zbierały kurz przy nogawkach. Twarz miał czerwoną, szczególnie jesienią. Nie wiadomo, czy od zimna, wiatru, czy od wysiłku. Chodził po sadzie wolno, ale nigdy bez celu. Podnosił gałąź, odsuwał trawę, oglądał pień, sprawdzał owoc. Każde drzewo znał podobno po smaku jabłek. Nie potrzebował nazw odmian. Wskazywał ręką i mówił: te są na kompot, te trzeba zjeść od razu, te poleżą do zimy, a tamtych lepiej jeszcze nie ruszać.
Kiedyś zapytałem go, kto zasadził sad.
– Ludzie – odpowiedział.
Była to jedna z jego odpowiedzi, które początkowo wydawały się żartem, a po latach wracały jako coś ważnego. Dopiero później dodał, że najstarsze drzewa rosły tu jeszcze przed wojną. Nie wiedział, kto posadził pierwsze. Może ogrodnik z dworu, może któryś z gospodarzy, może właściciel, którego nazwisko pojawiało się w dokumentach, ale nie w opowieściach. Drzewa zmieniały opiekunów, granice działek i przeznaczenie. Owocowały, nawet kiedy nikt nie miał czasu o nie pytać.
– Zastanawiasz się czasem, dlaczego ten sad jeszcze istnieje? – zapytałem.
– Bo nikt nie powiedział mu, że powinien zniknąć.
– Drzewa nie słuchają takich poleceń.
– Na szczęście. Ludzie słuchają zbyt często.
Przesunęła dłonią po murku. Spomiędzy cegieł wysypał się drobny piasek. Jedna z nich była ciepła od słońca, druga chłodniejsza, osłonięta cieniem wysokiej trawy.
– Tutaj naprawdę był dwór? – zapytała.
– Podobno.
– Widziałeś jakieś zdjęcie?
– Jedno, ale nie wiem, czy przedstawiało ten budynek. Była na nim grupa ludzi przed gankiem. Ktoś napisał ołówkiem nazwę miejscowości. Bez daty.
– Czyli mógł być.
– Mógł.
– Mógł też wyglądać zupełnie inaczej.
– Mógł.
W dawnych opowieściach dwór był biały, choć na jedynym zdjęciu wydawał się szary. Jedni pamiętali balkon, inni twierdzili, że nigdy go nie było. Po wojnie budynek miał służyć za szkołę, magazyn i mieszkania dla kilku rodzin. Każda historia kończyła się jednak tak samo: dach zaczął przeciekać, ściany pękały, a potem rozebrano to, co zostało.
Doniosłość tego miejsca można było zobaczyć już tylko w słowach. Kiedy mówił o nim dziadek, budynek wracał na chwilę. W oknach pojawiało się światło. Ktoś otwierał bramę. Po kamieniach stukały końskie kopyta. Z kuchni pachniało pieczonym chlebem i jabłkami. Później opowieść się kończyła, a przed nami znowu były jedynie trawy, pokrzywy i murek, na którym dało się wygodnie usiąść.
– Może dobrze, że nie wiemy wszystkiego – powiedziała. – Gdybyśmy wiedzieli dokładnie, zostałby tylko budynek. Teraz może być trochę większy.
– W opowieści?
– W pamięci. Nawet jeśli nie jest nasza.
Słońce stało wysoko. Nie grzało jednak uciążliwie. Jego ciepło rozkładało się równo na murku, trawie, drzewach i naszych ramionach. Nie było nagłych podmuchów ani zmian światła. Czas płynął jednostajnie, jak woda w szerokiej rzece, której nurtu prawie nie widać. Mogliśmy siedzieć tam godzinę albo kilka minut. Nic nie wskazywało, że trzeba się spieszyć.
W trawie zaszeleściło. Mały, brązowy ptak wyskoczył spod krzewu, przysiadł na gałęzi i zaraz zniknął. Gdzieś dalej spadło jabłko. Uderzyło miękko o ziemię, potoczyło się kawałek i zatrzymało wśród liści.
– Wiesz? – odezwała się po chwili. – Czasem mówi się, że trzeba dbać o małą ojczyznę. Że trzeba o niej przypominać.
Spojrzała na sad, potem na murek, na jabłko w swojej dłoni.
– Teraz, z tym jabłkiem, myślę, że ta mała ojczyzna wcale nie jest taka mała. Z jednej strony obejmuje wszystkich ludzi żyjących na planecie, w tej cienkiej skórce. Z drugiej jest tutaj. Z nami. W tej chwili. Na tym murku.
Nie odpowiedziałem. Wiedziałem, że jeszcze nie skończyła.
– Może mała ojczyzna jest tym, co teraz czujemy. Bliskością, wrażliwością, smakiem jabłka i wspomnieniem starszego pana w szerokich spodniach, z policzkami czerwonymi od wiatru i w czapce albo kapelusiku, który już dawno stracił swój kształt i może być jednym i drugim.
Zaśmiała się.
– Pamiętam, jak dawał mi jabłka do kieszeni. Zawsze dwa, chociaż prosiłam o jedno. Jedno dla ciebie, jedno dla kogoś, kogo spotkasz, mówił.
– Naprawdę tak mówił?
– Może nie dokładnie. Tak go pamiętam.
– Czyli teraz spełniłem jego polecenie.
– Spóźniłeś się tylko o jakieś trzydzieści lat.
– Nigdy nie podałem wieku.
– Nie musiałeś.
Znów się zaśmiała. W jej śmiechu nie było pośpiechu ani zakłopotania. Rozchodził się po sadzie łagodnie i cicho, jak dźwięk, który zna to miejsce i nie musi udowadniać, że do niego należy.
– Może to właśnie jest mała ojczyzna – ciągnęła. – To ciepłe uczucie. Tutaj i teraz. Coś, o co trzeba dbać i czym należy się opiekować. Nieważne, gdzie później będziemy, bo tę małą ojczyznę zawsze już będziemy mieli ze sobą. Tutaj, na murku. I tutaj.
Dotknęła dłonią piersi.
Zabrzmiało to trochę zbyt poważnie. Sama chyba też to poczuła, bo szybko odwróciła wzrok i ugryzła jabłko. Sok spłynął jej po palcu.
– Bardzo mądre – powiedziałem.
– Nie przesadzaj.
– Sam bym lepiej nie powiedział.
– Ty powiedziałbyś dłużej.
– To prawda.
Przed nami sad rozciągał się w spokojnym świetle. Nie wyglądał już jak opuszczone miejsce. Przynajmniej przez chwilę wydawał się zamieszkany przez wszystkie głosy, które kiedyś tu brzmiały. Można było prawie usłyszeć kroki na nieistniejących schodach, skrzypienie bramy, stukanie naczyń z kuchni i dziadka nawołującego kogoś między drzewami. Nie wiedziałem, które z tych dźwięków pochodziły z pamięci, które z opowieści, a które właśnie wymyśliłem. Nie miało to większego znaczenia.
Miejsca także mają pamięć, choć nie zapisują jej w taki sposób jak ludzie. Przechowują ją w nierównościach terenu, w kamieniach, w drzewach, które posadzono bez myśli, że będą żyły dłużej od swoich właścicieli. Czasem pamięć zostaje w smaku owocu. Człowiek gryzie jabłko i przez chwilę wraca ktoś, kogo od dawna nie ma.
Pomyślałem o dziadku stojącym w sadzie. Nie widziałem wyraźnie jego twarzy. Pamiętałem za to dłonie, szerokie palce, ciemną skórę przy paznokciach i sposób, w jaki brał jabłko. Nie ściskał go całą dłonią. Trzymał lekko, jakby owoc był czymś żywym i mógł się przestraszyć.
Nigdy nie wyrzucał jabłek tylko dlatego, że miały plamkę albo dziurkę. Odcinał uszkodzone miejsce i zjadał resztę. Mówił, że człowiek za szybko uznaje rzeczy za niepotrzebne. Dotyczyło to owoców, narzędzi, desek i starych ubrań.
Sad też czekał. Każdego roku mniej owoców zbierano, więcej zostawało pod drzewami. Gałęzie łamały się pod ciężarem jabłek albo śniegu. Nikt nie sadził nowych drzew. Kilka razy mówiono o uporządkowaniu terenu. Słowo „uporządkowanie” brzmiało niewinnie, ale wszyscy wiedzieli, że oznaczałoby usunięcie większości tego, co rosło.
– Kiedyś go wytną – powiedziałem.
– Sad?
– Pewnie tak.
– Skąd wiesz?
– Nie wiem. Tak się robi ze starymi sadami. Są niepraktyczne.
Przez chwilę milczała.
– Murek też?
– Murek pierwszy.
Położyła dłoń na cegle, jakby chciała ją uspokoić.
– Nie powinieneś mówić takich rzeczy w tak ładny dzień.
– Ładny dzień niczego nie zmienia.
– Zmienia nastrój.
– To dużo?
– Czasem wszystko.
Spojrzałem na nią. Siedziała pochylona, z łokciami opartymi na kolanach. Włosy opadały jej na twarz, poruszając się lekko, chociaż prawie nie było wiatru. Słońce przeświecało przez pojedyncze pasma. Wydawała się jednocześnie bliska i należąca do tego miejsca bardziej niż ja.
– Może sad nie potrzebuje, żeby trwał wiecznie – powiedziała. – Może wystarczy, że jest teraz.
– To trochę wygodne.
– Dlaczego?
– Bo zwalnia nas z odpowiedzialności.
– Nie zwalnia. Można dbać o coś i wiedzieć, że kiedyś zniknie.
– Łatwo powiedzieć.
– Właśnie ty powinieneś to rozumieć. Tyle mówisz o przemijaniu.
– Mówię, bo nie rozumiem.
– Więcej opowiadasz, mniej mówiąc.
– Już to było.
– Dobre zdania można powtarzać.
Jej jabłko było już prawie zjedzone. Został wąski ogryzek z kilkoma pestkami i ciemnym ogonkiem. Obracała go w palcach, patrząc raz na niego, raz na drzewa.
– W pestkach też jest sad – powiedziała.
– Tylko możliwość sadu.
– Każdy sad był kiedyś możliwością.
– To brzmi jak kolejna mądrość.
– Niestety. Dzień źle na mnie działa.
– Za spokojny?
– Zdecydowanie.
Na drodze pojawił się samochód. Usłyszeliśmy go wcześniej, niż zobaczyliśmy. Szum silnika narastał powoli, przesunął się za drzewami i ucichł. Przez chwilę sad wydawał się jeszcze bardziej nieruchomy. Wróciło brzęczenie owadów. Gdzieś w koronie drzewa zaszeleściły skrzydła.
Spojrzałem na zegarek, ale nie zapamiętałem godziny. Nie chciałem, żeby czas znów stał się dokładny.
– Musimy już iść? – zapytała.
– Nie.
– To po co sprawdzasz?
– Z przyzwyczajenia.
– Najgorsze rzeczy robi się z przyzwyczajenia.
– Najlepsze też.
– Na przykład?
– Wraca się w te same miejsca.
– Tylko że to miejsce za każdym razem jest inne.
– My też.
– Właśnie dlatego można wracać.
Słońce przesunęło się odrobinę niżej. Dopiero teraz zobaczyłem, że cień kasztanowca dotarł do skraju muru. Był to pierwszy wyraźny znak, że dzień jednak się zmienia. Na cegłach pojawiły się drobne pęknięcia światła. Trawa przybrała głębszy kolor.
Wziąłem kolejny kęs jabłka. Było twarde, kwaśne i słodkie jednocześnie. Smak rzeczywiście przypominał dziadka, choć nie potrafiłbym wyjaśnić dlaczego. Może dlatego, że jadłem takie owoce jako dziecko. Może przez zapach sadu. Może pamięć dopasowywała smak do chwili, a chwilę do opowieści.
– Dobre? – zapytała.
– Bardzo.
– To teraz twoje wspomnienie też ma smak?
– Miało od początku.
– Wszystko u ciebie ma od początku znaczenie?
– Nie. Czasem znaczenie pojawia się później.
– Jak dwór, którego nie ma.
– Jak murek, o którym nikt nie wie, czym był.
– Jak jabłko podane po trzydziestu latach.
– Nie ustaliliśmy, ile lat.
– Nie musimy wszystkiego wiedzieć dokładnie.
Uśmiechnęła się. W jej twarzy było coś znajomego, czego nie umiałem przypisać do żadnego konkretnego wspomnienia. Jakby znała ten sad z czasu, którego nie przeżyliśmy razem. Może przypominała mi kogoś z dawnego zdjęcia, jedną z kobiet stojących przed gankiem. Może światło układało się podobnie.
Nie zapytałem. Były pytania, które mogły zniszczyć odpowiedź, zanim się pojawiła.
Przez chwilę siedzieliśmy bez słów. Taka cisza nie była pusta. Wypełniały ją drzewa, owady, kamienie, zapach jabłek i odległy szum drogi. Wypełniała ją także obecność ludzi, których już tu nie było. Nie musieli wracać wyraźnie. Wystarczało, że przez moment miejsce nie wydawało się opuszczone.
Pomyślałem, że mała ojczyzna może rzeczywiście nie być obszarem zaznaczonym na mapie. Granice nie miały znaczenia dla jabłoni, ptaków ani powietrza. W tej cienkiej skórce planety każde miejsce było małe i jednocześnie należało do całości. Człowiek potrzebował jednak własnego murku, jednego drzewa, czyjegoś kapelusza i smaku, który potrafił rozpoznać po latach. Bez tego całość byłaby zbyt wielka, żeby ją pokochać.
– O czym myślisz? – zapytała.
– Że miałaś rację.
– W której sprawie?
– To pytanie psuje całą przyjemność.
– Czyli nie wiesz.
– Wiem, ale powiedziałbym dłużej.
– Oszczędź mi.
Położyła dłoń na moim ramieniu. Zrobiła to lekko, prawie mimochodem, ale poczułem ciepło jej palców przez materiał koszuli.
– Wystarczy, że tutaj jesteśmy – powiedziała.
Skinąłem głową.
Niebo nadal było jasne. Nad sadem wisiało spokojne, jednostajne światło. Dzień trwał bez wielkich wydarzeń, jakby jego jedynym zadaniem było dać nam czas na zjedzenie jabłek.
Po tych słowach mocno ugryzła ostatni kawałek. Został tylko ogryzek.
– I tyle z tych mądrości – powiedziała.
Zamachnęła się i rzuciła go w stronę sadu. Poleciał krótko, błysnął jasnym miąższem w słońcu i spadł w wysoką trawę, gdzie leżało już wiele innych jabłek.
– Mogłaś trafić mnie w głowę.
– Nie trafiłam.
– Tym razem.
– Jesteś bezpieczny. Dziadek też nigdy mnie nie trafił swoim kijem.
– Hakiem.
– Kijem.
Zeskoczyła z murku. Cegły osypały się lekko pod jej butem. Przez moment stała w trawie, patrząc w miejsce, gdzie spadł ogryzek.
– Może coś z niego wyrośnie – powiedziała.
– Raczej nie.
– Znowu jesteś zbyt rozsądny.
– Przecież to ty jesteś mądra.
– Mądrość i rozsądek nie zawsze idą razem.
Ruszyła kilka kroków w stronę sadu. Trawa rozstępowała się przed jej nogami i zaraz zamykała za nią. Odwróciła się.
– Idziesz?
Zostałem jeszcze chwilę na murku. Dotknąłem dłonią nagrzanej cegły. Pomyślałem o bramie, której nie było, o dworze istniejącym już tylko w niepewnych opowieściach, o dziadku w kapeluszu, który mógł być czapką. Pomyślałem też o jabłku i skórce planety, cienkiej, delikatnej, a przecież mieszczącej wszystko, co kiedykolwiek było dla nas ważne.
Zeskoczyłem na ziemię i poszedłem za nią.
Stary sad zamknął się wokół nas spokojnie, jakby czekał na ten dzień od bardzo dawna, jak utracony Raj, mówiący cicho, to Twoja mała Ojczyzna.
Janusz Bończak

 




O szkolnym obiedzie bez awantur

28 października 2026 r. w Sejmie RP odbędzie się V Forum Bezpiecznej Żywności „Zmiana zaczyna się od szkoły. Jak żywienie w szkole zmienia system żywnościowy”. Green REV Institute oraz European Climate Pact – Europejski Pakt na rzecz Klimatu – zapraszają do rozmowy o tym, jak zmiany w szkolnym żywieniu mogą służyć zdrowiu i dobrostanowi dzieci oraz wspierać szkoły i rodziców.

Szkolny obiad łatwo zamienić w symbol polityczny. Trudniej zadbać o to, by był zdrowy, smaczny i dostępny dla każdego dziecka. Wokół nowych zasad żywienia w szkołach i przedszkolach, w tym posiłków roślinnych, pojawia się wiele emocji. Forum ma pomóc skupić tę rozmowę na konkretach: jak przygotować dobre menu, wesprzeć personel kuchni, zapewnić środki finansowe i rozmawiać z rodzicami o zmianach.

Green REV Institute jako organizator oraz Europejski Pakt na rzecz Klimatu jako partner wydarzenia podejmą się roli arbitrów rzeczowej debaty i patronów dobrych rozwiązań, łącząc wiedzę ekspercką z doświadczeniem samorządów i organizacji społecznych. Tworzą przestrzeń do porządkowania argumentów i szukania wspólnego gruntu: zdrowia i dobrostanu dzieci oraz odpowiedzialności za środowisko i klimat.

Program obejmie wystąpienia eksperckie, dwa panele z pytaniami publiczności oraz wspólne wypracowanie rekomendacji. Pierwszy panel będzie poświęcony codziennej pracy stołówek: budżetom, dostawcom, zapleczu kuchennemu, szkoleniom i współpracy z rodzicami. Drugi dotyczyć będzie roli państwa i samorządów: finansowania, zasad kupowania żywności przez placówki publiczne, edukacji oraz sprawdzania, jak są wprowadzane nowe zasady.

Zgodnie z programem wystąpienia otwierające wygłoszą dr. Dorota Olko i dr. Sylwia Spurek. Anna Krzemińska z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego PZH–PIB opowie o żywieniu dzieci w kontekście prawa do zdrowia. Dr hab. Mariusz Jaworski przedstawi wyniki badania Green REV Institute dotyczącego barier w zapewnianiu zdrowego żywienia w szkołach i przedszkolach.

W panelach wezmą udział m.in. Paulina Piechna-Więckiewicz z Ministerstwa Edukacji Narodowej, posłanki Dorota Olko, Małgorzata Tracz i Dorota Łoboda oraz osoby reprezentujące samorządy, dietetykę i organizacje społeczne: Monika Kwiatkowska, Cezary Skalski, Patrycja Korszun, Sławomir Cygler, dr Agata Szczebyło i Lena Prus. Debaty poprowadzą Mateusz Jarczyński i dr Robert Maślak.

Forum ma zakończyć się wspólnie wypracowanymi rekomendacjami dla krajowych decydentek i decydentów. Mają one dotyczyć m.in. stabilnego finansowania stołówek, przygotowania personelu, zakupów żywności uwzględniających zdrowie i środowisko oraz jasnego podziału zadań między administracją centralną a samorządami. Celem jest wskazanie, jakiego wsparcia potrzebują szkoły, by dobre zasady działały w kuchni i na talerzu.

Forum organizuje Green REV Institute we współpracy z Biurem Posłanki Doroty Olko oraz Federacją Bezpieczna Żywność. Partnerem wydarzenia jest European Climate Pact. Wydarzenie odbędzie się pod honorowym patronatem Marszałka Sejmu RP Włodzimierza Czarzastego.

Termin i miejsce: 28 października 2026 r., godz. 10.00–16.00 | Sala Kolumnowa im. Kazimierza Pużaka, Sejm RP.
Wydarzenie będzie transmitowane na żywo i nagrywane.
Żródło: Green REV Institute

 




Czy przyszłość transportu publicznego będzie elektryczna, wodorowa, a przede wszystkim bardziej przyjazna środowisku i dostępna dla wszystkich? Od 14 do 16 października 2026 roku w Targach Kielce odbędzie się kolejna edycja Międzynarodowych Targów Transportu Zbiorowego TRANSEXPO, podczas których producenci, samorządowcy i eksperci będą rozmawiać o technologiach zmieniających współczesną komunikację. Wśród blisko 130 wystawców znajdzie się 15 marek autobusów, a na ekspozycji zobaczymy około 65 modeli pojazdów. Szczególną uwagę przyciągną rozwiązania związane z elektromobilnością, napędami wodorowymi oraz ograniczaniem środowiskowych kosztów transportu.
Transport publiczny odgrywa istotną rolę w budowaniu miast i obszarów podmiejskich, w których jakość życia nie zależy wyłącznie od możliwości korzystania z prywatnego samochodu. Dobrze zorganizowana komunikacja zbiorowa pozwala ograniczać natężenie ruchu, zmniejszać zapotrzebowanie na przestrzeń zajmowaną przez parkingi i infrastrukturę samochodową, a także redukować emisję zanieczyszczeń. Wraz z rozwojem technologii pojawiają się kolejne możliwości ograniczania jej wpływu na klimat i środowisko, choć sama wymiana pojazdów na nowocześniejsze nie rozwiązuje wszystkich problemów związanych z mobilnością.
Tegoroczne TRANSEXPO będzie okazją do przyjrzenia się tym zmianom z perspektywy producentów autobusów, operatorów transportu publicznego i samorządów, które coraz częściej muszą podejmować decyzje dotyczące nie tylko kosztów zakupu i eksploatacji pojazdów, lecz także ich efektywności energetycznej, trwałości, dostępności infrastruktury oraz rzeczywistego oddziaływania na środowisko.
Jednym z najważniejszych wydarzeń targów będzie polska premiera Solarisa Urbino 10,5 electric, kompaktowego autobusu elektrycznego przeznaczonego do obsługi tras miejskich i podmiejskich, również tam, gdzie większe pojazdy nie zawsze są optymalnym rozwiązaniem. Wśród prezentowanych technologii znajdą się także rozwiązania wykorzystujące napęd wodorowy, które stanowią jeden z rozwijanych kierunków poszukiwania alternatyw dla konwencjonalnych silników spalinowych.
Autobusy elektryczne i wodorowe nie emitują spalin podczas jazdy, co ma szczególne znaczenie w miastach, gdzie zanieczyszczenie powietrza pozostaje istotnym problemem środowiskowym i zdrowotnym. Nie oznacza to jednak, że ich wpływ na środowisko jest zerowy. Produkcja pojazdów i akumulatorów, pozyskiwanie surowców, wytwarzanie energii elektrycznej czy wodoru oraz późniejsze zagospodarowanie zużytych elementów infrastruktury również wiążą się z określonymi kosztami środowiskowymi. Dlatego rzeczywista wartość ekologiczna nowych technologii powinna być oceniana w całym cyklu życia pojazdu, a nie wyłącznie na podstawie rodzaju napędu. Ważne stają się również trwałość konstrukcji, możliwości naprawy i modernizacji, efektywne wykorzystanie energii oraz odpowiedzialne gospodarowanie surowcami.
Ważną częścią programu TRANSEXPO będą spotkania eksperckie poświęcone praktycznym doświadczeniom przewoźników. Już 13 października, dzień przed rozpoczęciem targów, Izba Gospodarcza Komunikacji Miejskiej zorganizuje konferencję techniczną, podczas której podsumowanych zostanie dziesięć lat eksploatacji autobusów elektrycznych. To szczególnie interesująca perspektywa, ponieważ pozwala spojrzeć na elektromobilność nie tylko przez pryzmat premier technologicznych i deklaracji producentów, ale przede wszystkim doświadczeń wynikających z codziennego użytkowania pojazdów. Koszty eksploatacji, niezawodność, żywotność akumulatorów, organizacja ładowania i dostosowanie infrastruktury do rzeczywistych potrzeb pasażerów należą do zagadnień, od których zależy powodzenie transformacji transportu publicznego.
W programie targów znajdą się również rozmowy o systemach wspomagania kierowców, elektronice pokładowej, bezpieczeństwie cyfrowym i zarządzaniu flotą. Rozwój technologii informacyjnych pozwala coraz dokładniej planować wykorzystanie pojazdów i monitorować ich pracę, a w odpowiednich warunkach także ograniczać niepotrzebne zużycie energii. Nie bez znaczenia pozostaje także kwestia bezpieczeństwa danych oraz odporności systemów transportowych na zagrożenia cyfrowe, ponieważ współczesna komunikacja zbiorowa w coraz większym stopniu korzysta z rozwiązań informatycznych.
W dyskusji o przyszłości komunikacji publicznej warto jednak pamiętać, że jej środowiskowe znaczenie wykracza daleko poza technologię zastosowaną w autobusie. Równie ważne pozostają częstotliwość połączeń, dostępność przystanków, możliwość wygodnego przesiadania się oraz integracja transportu miejskiego, podmiejskiego i regionalnego. Nowoczesny autobus, nawet wyposażony w najbardziej zaawansowany napęd, nie zastąpi dobrze zaprojektowanego systemu komunikacji. Dopiero połączenie odpowiedniej technologii z racjonalnym planowaniem transportu może zachęcać mieszkańców do rezygnacji z części codziennych podróży samochodem.
Ma to szczególne znaczenie dla miejscowości położonych wokół dużych miast, gdzie rozwój zabudowy mieszkaniowej i rosnące potrzeby komunikacyjne często wyprzedzają możliwości transportu zbiorowego. Przyszłość mobilności zależy więc również od współpracy samorządów, organizatorów przewozów i mieszkańców oraz dostrzegania związków między sposobem przemieszczania się, jakością przestrzeni publicznej i stanem środowiska. Dobrze funkcjonujący transport publiczny może bowiem ograniczać nie tylko emisje, lecz także nierówności społeczne wynikające z utrudnionego dostępu do pracy, edukacji, usług publicznych czy kultury.
TRANSEXPO nie ograniczy się do prezentacji nowych pojazdów. Podczas VI Wystawy Zabytkowych Autobusów będzie można zobaczyć konstrukcje, które przez dziesięciolecia służyły pasażerom polskich miast. Zestawienie historycznych autobusów z najnowszymi pojazdami elektrycznymi i wodorowymi pozwoli spojrzeć na rozwój komunikacji również jako na proces przemian społecznych, gospodarczych i technologicznych. W programie znajdą się ponadto konferencje dotyczące bezpieczeństwa przewozów, cyberbezpieczeństwa i zarządzania flotą, Finał Mistrzostw Polski Zawodowych Kierowców Autobusów oraz wręczenie nagród Polski Bus Roku 2026 i BUS GURU 2026. Równolegle odbędzie się piąta edycja Targów Polska Pomoc Drogowa HOL-EXPO.
Kieleckie spotkanie branży transportowej może być zatem okazją nie tylko do poznania kolejnych rozwiązań technologicznych, ale również do szerszej refleksji nad tym, jakiego transportu potrzebujemy i w jaki sposób powinniśmy oceniać jego rozwój. Sama innowacyjność nie jest przecież wartością środowiskową, jeżeli nie prowadzi do racjonalniejszego wykorzystania zasobów, ograniczania zanieczyszczeń i poprawy jakości życia. Technologia może wspierać takie zmiany, ale ich powodzenie zależy również od decyzji politycznych, odpowiedzialności producentów, sposobu organizowania przestrzeni oraz społecznego przekonania, że sprawny transport zbiorowy jest wspólnym dobrem, a nie jedynie usługą dla osób, które nie korzystają z samochodu.
Międzynarodowe Targi Transportu Zbiorowego TRANSEXPO odbędą się od 14 do 16 października 2026 roku w Targach Kielce. Szczegółowe informacje, program wydarzenia oraz zasady rejestracji dostępne są na stronie www.targikielce.pl/transexpo.




Historia „Piątki dla Zwierząt” z 2020 roku pokazuje, jak niewiele czasem dzieli polityczną zapowiedź ważnej reformy od jej całkowitego niepowodzenia. Projekt, który miał przynieść istotne zmiany w ochronie zwierząt, uzyskał poparcie większości sejmowej, wywołał szeroką debatę publiczną, a mimo to nigdy nie stał się obowiązującym prawem. Pozostały po nim polityczne spory, społeczne podziały i pytania, które wykraczają daleko poza samą ochronę zwierząt. Dlaczego państwo, deklarujące przywiązanie do określonych wartości, nie potrafi przełożyć ich na trwałe rozwiązania prawne? Jaką rolę odgrywają w tym procesie interesy gospodarcze, polityczne kalkulacje i sposób przygotowania reform? I wreszcie, czy mając rację w wymiarze etycznym, można jednocześnie popełnić tak wiele błędów, że jej urzeczywistnienie staje się niemożliwe? Sylwia Spurek w książce Legislacja pod presją. Lekcje z „Piątki Kaczyńskiego” wraca do wydarzeń sprzed sześciu lat, próbując zrozumieć nie tylko przyczyny niepowodzenia konkretnej ustawy, ale również mechanizmy, które decydują o skuteczności społecznie potrzebnych zmian.

Punktem wyjścia jest historia „Piątki dla Zwierząt”, jednego z najbardziej pamiętnych i zarazem najbardziej osobliwych epizodów polskiej polityki dotyczącej ochrony zwierząt. Projekt zaprezentowano we wrześniu 2020 roku, a przez Sejm przeszedł w niezwykle szybkim tempie. Pierwsze czytanie odbyło się 16 września, w nocy z 16 na 17 września obradowała sejmowa Komisja Rolnictwa i Rozwoju Wsi, a już 17 września odbyły się drugie i trzecie czytanie. Sejmowy etap prac zamknął się więc właściwie w dwóch dobach. Senat wykorzystał później trzydziestodniowy termin na analizę projektu i wniósł liczne poprawki, ale po powrocie ustawy do Sejmu proces zatrzymał się, bez wyraźnego i szeroko wyjaśnionego opinii publicznej zakończenia.
Można byłoby tę historię opowiedzieć jako kolejny przykład politycznej porażki, przypomnieć protesty rolników, naciski branż, konflikt wewnątrz ówczesnej większości parlamentarnej i brak wystarczającej determinacji do dokończenia procesu. Spurek wybiera trudniejszą drogę. Interesuje ją nie tylko odpowiedź na pytanie, dlaczego ustawa przegrała, ale również dlaczego mechanizmy państwa nie potrafiły przeprowadzić zmiany, dla wielu postulatów której istniało społeczne poparcie i która miała mocne uzasadnienie etyczne. Odpowiedź nie jest wygodna również dla strony prozwierzęcej. Porażka okazuje się skutkiem nałożenia się błędów proceduralnych, prawnych, politycznych, komunikacyjnych i strategicznych.
To jedna z większych zalet tej książki. Nie buduje świata, w którym po jednej stronie stoją osoby kierujące się dobrem zwierząt, a po drugiej bezimienny, monolityczny przeciwnik. Pokazuje natomiast nierównowagę sił, zasobów i dostępu do procesu politycznego, a jednocześnie nie zwalnia osób domagających się zmiany z obowiązku profesjonalizmu. Sama racja moralna nie wystarcza. Można mieć przekonujące argumenty dotyczące cierpienia zwierząt, zmian klimatu, zdrowia publicznego czy niesprawiedliwości systemu żywnościowego, a mimo to przegrać, jeśli przeciwko dobrze zorganizowanym interesom postawi się źle przygotowaną ustawę, niepełną ocenę skutków, brak konsultacji i przekonanie, że społeczeństwo zrozumie intencję projektodawców bez wcześniejszej rozmowy.
W przypadku „Piątki” wybrano ścieżkę poselską, formalnie dopuszczalną, ale pozwalającą uniknąć bardziej wymagającego reżimu właściwego projektom rządowym, obejmującego między innymi pełniejszą Ocenę Skutków Regulacji, uzgodnienia, konsultacje publiczne i kontrolę legislacyjną Rządowego Centrum Legislacji. Projektowi zarzucano także problemy z proporcjonalnością części rozwiązań i potencjalnymi obowiązkami wynikającymi z prawa Unii Europejskiej. Argument etyczny został więc obciążony słabościami warsztatu legislacyjnego, a przeciwnicy reformy otrzymali narzędzia, dzięki którym dyskusję o cierpieniu zwierząt można było zamienić w spór o jakość prawa, rolnictwo i bezpieczeństwo gospodarcze.
Warto przy tym zauważyć, że sama książka nie przedstawia tej diagnozy jako całkowicie wolnej od sporu. W recenzji wydawniczej prof. Andrzej Elżanowski zwracał uwagę, że ominięcie reżimu rządowego mogło być politycznie jedyną szansą na przeprowadzenie części najbardziej kontrowersyjnych zmian, choć równocześnie bardzo krytycznie ocenia poziom samego projektu. To interesujące napięcie, bo dobrze pokazuje jeden z najtrudniejszych problemów reformowania prawa: konflikt między jakością procesu a krótkim oknem politycznej możliwości. Czasami to, co zwiększa szybkość działania, osłabia jakość i trwałość zmiany.
Najciekawsza z perspektywy „Istoty” jest jednak warstwa etyczna tej analizy. Prawo nie funkcjonuje poza kulturą i nie zmienia wyłącznie zachowań opisanych w kolejnych artykułach ustawy. Zmienia także normy społeczne, przesuwa granice tego, co uznajemy za dopuszczalne, kształtuje język i wpływa na nasze rozumienie wspólnoty moralnej. Spurek pisze o reformie jako ingerencji w system wartości i ten fragment wydaje mi się szczególnie ważny. Zmiana prawa oddziałuje bowiem na świadomość społeczną, styl życia i sposób myślenia, dlatego nie może zaczynać się dopiero wtedy, gdy projekt trafia do parlamentu. Potrzebuje wcześniejszej edukacji, budowania wiedzy i oswajania społeczeństwa z kierunkiem zmiany.
To ważne, bo właśnie tutaj widać różnicę między ochroną zwierząt traktowaną interwencyjnie a zmianą kulturową. Można poprawić warunki w konkretnym schronisku, ograniczyć określoną praktykę albo uratować konkretne zwierzęta, a jednocześnie pozostawić bez zmiany system, w którym miliardy innych zwierząt funkcjonują przede wszystkim jako jednostki produkcji. W zakończeniu książki Spurek wraca do tej skali, przypominając o ponad 90 miliardach zwierząt lądowych hodowanych i zabijanych na żywność każdego roku oraz o ogromnej liczbie ryb i innych zwierząt wodnych, których cierpienie pozostaje poza społeczną wyobraźnią i jest najczęściej liczone w tonach, nie w jednostkach. To zmienia perspektywę całej opowieści. „Piątka” przestaje być jedynie historią roku 2020, a staje się przykładem tego, jak trudno naruszyć utrwalony sposób myślenia o zwierzętach.
Książka obala też dość wygodne przekonanie, że skoro reprezentujemy słuszną sprawę, społeczeństwo wcześniej czy później przyjmie nasze argumenty. Nie musi. Zwłaszcza jeśli druga strona potrafi skuteczniej opowiedzieć swoją historię. Z analizy paneli eksperckich wynika, że różne grupy społeczne wymagają odmiennych uzasadnień. Dla jednych najważniejsza będzie etyka, dla innych zdrowie, środowisko albo ekonomia. Tymczasem przeciwnikom „Piątki” udało się stworzyć prostą narrację o konflikcie między ochroną zwierząt a polską wsią. Zamiast budować wspólnotę interesów ludzi i zwierząt, debata zaczęła je sobie przeciwstawiać.
To jedna z najbardziej aktualnych lekcji tej publikacji. Ochrona zwierząt nie może być skutecznie prowadzona bez uwzględnienia sytuacji ludzi, których zmiana dotyka gospodarczo, choć nie oznacza to oczywiście, że interes ekonomiczny powinien rozstrzygać o tym, czy wolno powodować cierpienie. Oznacza coś trudniejszego. Jeżeli chcemy zakończenia określonej praktyki, musimy równocześnie umieć powiedzieć, co stanie się z ludźmi, którzy dziś z niej żyją. Okresy przejściowe, rekompensaty i pomoc w zmianie profilu działalności nie muszą oznaczać rezygnacji z etycznej zasady. Mogą być warunkiem jej rzeczywistego urzeczywistnienia.
Najbardziej praktyczna część książki dotyczy sposobu przygotowywania reform. Spurek proponuje, by traktować zmianę prawa jako znacznie dłuższy proces, zaczynający się od diagnozy problemu, analizy istniejących regulacji, rozpoznania interesariuszy i przeciwników, przygotowania danych, budowania koalicji, konsultacji i strategii komunikacyjnej. Zwraca również uwagę na sens dzielenia bardzo szerokich reform na mniejsze, bardziej spójne projekty. W przypadku „Piątki” w jednym pakiecie znalazło się wiele różnych zagadnień, a każde z nich uruchamiało własną grupę przeciwników. W rezultacie środowiska reprezentujące różne interesy mogły połączyć siły przeciw jednemu projektowi.
Nie wszystkie propozycje są jednak bezdyskusyjne i sama książka to pokazuje. Osoby uczestniczące w konsultacjach zwracały uwagę, że część rekomendacji jest bardzo trudna do zastosowania w realiach polskiej polityki. Za mało realistyczne uznawano między innymi skuteczne wchodzenie osób progresywnych do polityki, zmianę kultury legislacyjnej, realne konsultacje czy profesjonalizację organizacji społecznych na tyle, by mogły równoważyć zasoby branż dysponujących dużym kapitałem finansowym i politycznym. Nie otrzymujemy więc gotowej instrukcji zwycięstwa, lecz raczej zestaw możliwych dróg, zagrożeń i warunków, które mogą zwiększać szanse powodzenia.
Z etycznego punktu widzenia szczególnie interesujące jest pytanie, gdzie kończy się pragmatyzm, a zaczyna rozwadnianie zmiany. Jeżeli projektujemy ustawę od początku z myślą o negocjacyjnym obniżeniu ambicji, istnieje ryzyko, że ci, których interesów prawo ma bronić, a którzy sami nie uczestniczą w negocjacjach, ponownie zapłacą za polityczny kompromis. Zwierzę nie usiądzie przy stole konsultacyjnym, nie stworzy organizacji branżowej, nie zagrozi utratą miejsc pracy i nie będzie miało własnego elektoratu. Dlatego pragmatyzm w ochronie zwierząt potrzebuje wyraźnej granicy etycznej. Można negocjować drogę dojścia do celu, ale trudniej zaakceptować sytuację, w której negocjacji podlega samo uznanie cierpienia za problem moralny.
W tym napięciu książka Spurek jest najciekawsza. Pokazuje politykę taką, jaka jest, pełną konfliktów interesów, lobbingu, zmieniających się większości, mediów, kompromisów i kalkulacji, a równocześnie nie uznaje tego stanu za wystarczający. W zakończeniu „Piątka dla Zwierząt” zostaje potraktowana jako sprawdzian zdolności państwa do działania zgodnie z deklarowanymi wartościami i na podstawie wiedzy, także wtedy, gdy pojawia się silna presja gospodarcza i polityczna. Wynik tego sprawdzianu nie jest dla państwa korzystny.
Trzeba przy tym powiedzieć wprost, że nie jest to książka aksjologicznie neutralna i zapewne nie zamierza nią być. Punktem wyjścia jest przekonanie, że system ochrony zwierząt wymaga zasadniczej zmiany, a główne pytanie dotyczy nie tego, czy zmieniać jego kierunek, lecz jak projektować zmianę, aby mogła przetrwać zderzenie z polityką, gospodarką i interesami branżowymi. Ta zaangażowana perspektywa nie jest wadą sama w sobie, ale warto ją rozpoznawać, ponieważ pozwala lepiej odróżnić rekonstrukcję procesu od normatywnego celu publikacji.
Metodologicznie mamy do czynienia z rozbudowanym studium przypadku, opartym na analizie dokumentów legislacyjnych, blisko dwustu pisemnych opinii i stanowisk, dwudziestu pięciu wywiadach indywidualnych, trzech panelach eksperckich, konsultacjach oraz pięciu recenzjach wydawniczych. Nie jest to jednak badanie reprezentatywne w sensie statystycznym. Dobór uczestniczek i uczestników miał charakter celowy i służył zgromadzeniu wiedzy eksperckiej oraz doświadczeń osób związanych z legislacją, rzecznictwem, nauką, polityką i mediami. To rozróżnienie jest ważne. Siła tej publikacji wynika z różnorodności zgromadzonych doświadczeń i źródeł, nie z ambicji opisania opinii całego społeczeństwa.
Legislacja pod presją okazuje się ostatecznie książką bardziej obywatelską niż stricte prawniczą. Jej podstawowe pytanie brzmi: co zrobić, żeby wartości, o których łatwo mówi się w deklaracjach, wytrzymały moment, w którym ich realizacja zaczyna kogoś kosztować. Prawa zwierząt zaczynają się naprawdę nie wtedy, kiedy panuje zgoda, że nie wolno znęcać się nad psem, ale wtedy, kiedy uznanie interesu zwierzęcia wymaga zmiany produkcji, konsumpcji, polityki rolnej, praktyk gospodarczych albo sposobu wydawania publicznych pieniędzy. Dopiero wtedy okazuje się, czy zwierzęta są częścią naszej wspólnoty moralnej, czy jedynie częścią języka, którym lubimy opowiadać o własnej wrażliwości.
Legislacja pod presją nie daje łatwej odpowiedzi na pytanie, jak tę granicę przesunąć. Daje natomiast szczegółowy zapis jednej porażki i próbę przekształcenia jej w wiedzę potrzebną przy kolejnych reformach. Jeśli rzeczywiście chcemy zmiany sytuacji zwierząt, uczenie się na przegranych może być równie ważne jak świętowanie zwycięstw. Etyka bez skuteczności pozostaje intencją, skuteczność bez etyki staje się zarządzaniem interesami. Potrzebujemy jednego i drugiego: wartości wyznaczających kierunek i państwa zdolnego przełożyć je na rzeczywistość.
Janusz Bończak
Nota autora: Janusz Bończak brał udział w konsultacjach publikacji Legislacja pod presją, a jego wypowiedzi zostały wykorzystane w części poświęconej ocenie rekomendacji.

 




26 września 2026 roku podczas Wielkowiejskiego Targu przy Urzędzie Gminy Wielka Wieś w Szycach, przy Placu Wspólnoty 1, odbyła się plenerowa rozmowa o higienie cyfrowej, środowiskowym śladzie technologii i odpowiedzialnym korzystaniu z cyfrowego świata. W rozmowie uczestniczyli Dorota Gross, fundatorka i współzałożycielka Fundacji KODO, wiceprezeska Fundacji Mój Sen oraz właścicielka Kancelarii Ochrony Danych Osobowych, Marta A. Seweryn, związana z Carbon Footprint Foundation, ekspertka w zakresie analizy śladu węglowego, raportowania ESG oraz edukacji klimatycznej i zrównoważonego rozwoju, oraz Jakub Smaga, edukator Stowarzyszenia Rozwój Gminy Zielonki. Rozmowę poprowadził Janusz Bończak. Panel odbył się dzięki wsparciu Partnera wydarzenia, Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Krakowie.

JB – Janusz Bończak, DG – Dorota Gross, MAS – Marta A. Seweryn, JS – Jakub Smaga

I. Czym właściwie jest sztuczna inteligencja?

Jakub Smaga: Z punktu widzenia technicznego możemy powiedzieć, że sztuczna inteligencja to dziedzina informatyki związana z uczeniem maszynowym, z algorytmami, które po odpowiednim wyszkoleniu nie potrzebują podczas działania bezpośredniej kontroli człowieka, tylko są w stanie samodzielnie wykonywać określone zadania. Termin jest bardzo szeroki, ponieważ sztuczna inteligencja istnieje od kilkudziesięciu lat. To nie jest coś, co zostało niedawno wynalezione. Ostatnio zrobiło się głośno o modelach językowych, natomiast sam termin istnieje znacznie wcześniej. Pierwsze takie modele powstawały już w poprzednim wieku, w latach 50., kiedy powstał pierwszy perceptron, model, który miał rozwiązywać bardzo proste problemy przy użyciu metod matematycznych.

Janusz Bończak: Nie wiem, czy udało nam się rozszyfrować termin. Może spróbujmy jeszcze prostszym językiem powiedzieć to, co Jakub powiedział.

Dorota Gross: Sama „inteligencja” sugerowałaby samodzielność, natomiast bardzo ważna jest kwestia algorytmów i uczenia maszynowego. My musimy nakarmić te systemy i modele naszą wiedzą, żeby one mogły wygenerować nową odpowiedź. Więc one oczywiście są skuteczne. Nie wiem, czy mądre, ale skuteczne.

JB: Prosiłbym, żebyśmy spróbowali używać języka trochę mniej hermetycznego, bardziej oczywistego.

DG: Takim łatwiejszym sposobem opisania tego jest powiedzenie, że sztuczna inteligencja uczy się tego, co zadajemy w pytaniach, i dostosowuje odpowiedź do naszych potrzeb. Wpisując prompt, czyli zapytanie do sztucznej inteligencji, do czatu, pokazujemy, czego oczekujemy, a algorytm dopasowuje odpowiedź w taki sposób, żebyśmy byli z niej zadowoleni.

JB: Spotkałem się też z takim sposobem opisywania sztucznej inteligencji, że jest to statystyka. Że kolejne wyrazy są dobierane tak, żeby zdanie miało sens.

DG: Zgadzam się, ale bardzo ważne jest, żeby osoby, które zaczynają swoją podróż ze sztuczną inteligencją, podchodziły do niej z lekkim dystansem, bo sztuczna inteligencja, pomimo tego, że działa na algorytmach i dopasowuje odpowiedzi do naszych pytań, halucynuje. Mocno halucynuje. Było badanie dotyczące chyba 200 cytatów znanych osób i tylko około 40 było przypisanych rzeczywistym autorom. To jest właśnie ta statystyka, czyli najczęściej pojawiające się odpowiedzi i produkt końcowy, który do nas trafia.

JB: Czyli możemy sobie wyobrazić, że im lepiej sztuczna inteligencja jest uczona i im więcej ma danych, tym większa jest szansa na prawidłową odpowiedź?

JS: Tak, to prawda. Jest jeszcze takie pojęcie jak explainable AI, XAI, czyli wyjaśnialna sztuczna inteligencja. Są takie algorytmy i zastosowania, w których po otrzymaniu odpowiedzi możemy zapytać: dlaczego podjąłeś taką decyzję, dlaczego uważasz, że takie rozwiązanie jest najlepsze? I system jest w stanie odpowiedzieć na przykład, że temperatura była powyżej określonego progu, wilgotność osiągnęła inną wartość i dlatego otrzymaliśmy taki wynik.
Przy modelach językowych mamy jednak halucynacje, czyli odpowiedzi będące pewnym zgadywaniem. Modele analizują zdania i słowa, znajdują pomiędzy nimi połączenia. Jeżeli nieodpowiednio zadamy pytanie, model często będzie robił wszystko, żeby nam przyznać rację. Powie: „Masz rację, jak najbardziej, super ci idzie”, zamiast od razu powiedzieć: „To jest niepoprawne”. Raczej odpowie: „Może nie do końca precyzyjne, spróbujmy to doprecyzować”.

II. Gdzie „mieszka” sztuczna inteligencja?

JB: Spróbujmy teraz odnaleźć miejsce, gdzie ta sztuczna inteligencja mieszka. Bo „chmura” brzmi tak, jakby wszystko było gdzieś lekkie i niematerialne.

Marta A. Seweryn: I tutaj znowu mamy semantykę: coś lekkiego, ulotnego, niemal niewidzialnego, a tymczasem są to rzeczywiście wielkie data center. Myślę, że „serwerownia” to już trochę za małe określenie wobec tych wielkich centrów danych. To są fabryki, wielkie hale, gdzie obok siebie stoją rzędy komputerów. To ogromne obiekty wymagające ogromnej ilości energii i innych zasobów do tego, żeby działały.

JB: Chciałbym, żebyśmy stworzyli sobie obraz tych serwerów, żebyśmy mieli świadomość, jak to wygląda.

MAS: To są duże budynki, wielkie hale, trochę jak fabryki, gdzie stoją maszyny albo montowane są samochody. Wielkie hale pełne konstrukcji, na nich urządzenia, komputery, sieci kabli i niewiele ludzi. To nie jest żadna lekka chmura. To są duże fabryki, potrzebujące dużej powierzchni, często lokalizowane w regionach świata, w których dostępna była tania energia. A ciągle są to często regiony, gdzie energia pochodzi z paliw kopalnych. Wobec tego emisyjność tych obiektów jest naprawdę ogromna.
Te wielkie serwerownie wymagają stałego zasilania energią, ale potrzebują też chłodzenia. Każdy z nas ma telefon czy laptop i widzi, że kiedy intensywnie z niego korzysta, urządzenie się nagrzewa. Im bardziej obciążamy sprzęt, tym bardziej się on przegrzewa. To samo dzieje się w centrach danych, tylko w ogromnej skali. Musimy więc te urządzenia chłodzić, a do chłodzenia wykorzystywana jest między innymi woda.

JB: I mówimy tutaj o czystej wodzie?

MAS: Tak, ciągle to jest czysta woda. I to oznacza, że w świecie, w którym około dwóch miliardów ludzi nie ma dostępu do wody pitnej, dochodzi do moralnie bardzo trudnych sytuacji, kiedy wielkie firmy technologiczne konkurują o ten sam zasób z lokalnymi społecznościami.

III. Surowce, kopalnie i droga do naszego smartfona

JB: To sztuczna inteligencja, ale też w ogóle cała infrastruktura, cały ekosystem. Jakich materiałów najbardziej potrzebuje?

MAS: Metali ziem rzadkich.

JB: Stali?

MAS: Stali oczywiście też, ale stal możemy w dużym stopniu odzyskiwać i zawracać do obiegu. Metale ziem rzadkich są kluczowe dla całego systemu procesorów, tego całego serca narzędzi, z których korzystamy. I tutaj znowu pojawia się trudny temat społeczny i moralny. O ile lokalne górnictwo możemy krytykować, to jednak nasi górnicy pracują w określonych warunkach, chroni ich prawo pracy oraz prawo geologiczne i górnicze. Tymczasem część potrzebnych nam surowców wydobywana jest w regionach świata, gdzie tych standardów nie ma.
Ich wydobycie jest bardzo skomplikowane i obciążające środowisko, ale również społecznie trudne, bo często pracują przy nim ludzie pozbawieni praw pracowniczych, a ciągle zdarzają się też przypadki wykorzystywania dzieci. To są minerały obecne w naszych urządzeniach, również w smartfonach.
Do tego dochodzi problem elektroodpadów. Jeżeli stare smartfony zostają w naszych szufladach, to jeszcze pół biedy, ale często trafiają na wysypiska albo są wywożone do innych części świata, gdzie niewłaściwa utylizacja powoduje zanieczyszczenie gleby, wody i powietrza.

JB: To są też bardziej znane nam surowce: krzem, miedź, złoto, srebro. Sam fakt, że ich potrzebujemy, oznacza, że trzeba je najpierw wydobyć.

MAS: A potem jeszcze przetransportować. Surowce pochodzą z różnych miejsc świata, z Ameryki Południowej, Chin, Indii, Afryki, Konga, i trzeba je dostarczyć do miejsc, w których znajdują się fabryki. Tam urządzenia są składane, później pakowane, potem znowu transportowane do sklepów i ostatecznie do nas. Każdy z tych etapów ma swój ślad środowiskowy.

IV. Czy naprawdę musimy generować każdy obraz i film?

JB: Czyli wiemy już, że za tym są kopalnie, transport, fabryki, energia, woda i często bardzo trudne warunki pracy. A my siadamy przed komputerem i generujemy sobie film. I co teraz? Mamy powiedzieć: nie generujmy?

DG: Trzeba zacząć od świadomości. Internet nie jest czymś iluzorycznym. To technologia, sprzęt, energia, praca. Korporacje pokazują nam generowanie obrazów czy filmów jako coś łatwego i atrakcyjnego i zachęcają, żebyśmy robili to jak najczęściej. A dobrze byłoby mieć świadomość, że to nie jest bezkosztowe.

JB: To jak mamy dzieciom powiedzieć, żeby nie generowały bez potrzeby kolejnych filmów?

DG: Musimy zacząć od siebie. Absolutnie. Nie możemy opowiadać dzieciom o odpowiedzialnym korzystaniu z technologii, jeżeli sami robimy coś zupełnie innego. Na szczęście ta świadomość rośnie, ale każdy z nas powinien zacząć od swojej postawy.

JB: Jakub, jako edukator masz opowiadać o sztucznej inteligencji, uczyć technologii. Jak to robić, żeby jednocześnie nie szkodzić światu?

JS: Sztuczna inteligencja jest kolejnym narzędziem, które możemy wykorzystać prawidłowo albo nieprawidłowo. Podobnie było wcześniej z internetem. Jeżeli mamy zadanie wygenerowania jakiegoś zdjęcia czy filmu, warto najpierw zastanowić się, do czego to ma służyć, jaki jest cel wygenerowania tego materiału. Czy chcemy go później rzeczywiście wykorzystać, czy ma to być tylko śmieszny film, który obejrzymy przez chwilę.
Z drugiej strony, jeżeli potrzebujemy bardzo konkretnego zdjęcia i zrezygnujemy z wykorzystania sztucznej inteligencji, możemy próbować znaleźć je w internecie. Ale wtedy też trzeba pomyśleć, ile stron odwiedzimy, ile czasu będziemy szukać, ile innych serwerów w tym czasie wykorzystamy, ile reklam zostanie nam wyświetlonych, ile energii zużyje laptop. Dlatego najważniejsze jest zastanowienie się na początku, co faktycznie chcemy osiągnąć, i wybranie odpowiedniego do tego narzędzia.
Wśród modeli są też takie, które są wyspecjalizowane w konkretnych zadaniach, na przykład generowaniu zdjęć albo wideo. Jeżeli już zdecydowaliśmy, że używamy sztucznej inteligencji, bo jest do danego zadania właściwym narzędziem, to warto zrobić to świadomie i możliwie dobrze sformułować prompt, żeby nie powtarzać tej samej operacji wiele razy.

V. Kto ma nas tego nauczyć?

JB: Tylko kto nas tego nauczy? Technologia zmienia się tak szybko, że nawet nauczyciel czy nauczycielka może iść na zajęcia i nie do końca wiedzieć, jak wytłumaczyć uczniom, czym jest sztuczna inteligencja. Producenci ciągle zaskakują nas kolejnymi modelami i nawet ja sam czasami nie wiem, który model do czego służy.

MAS: Na to nie ma jednej dobrej odpowiedzi, bo tych niuansów jest bardzo dużo, szczególnie jeśli patrzymy z perspektywy śladu węglowego. Czasami rozwiązanie, które wydaje nam się bardziej ekologiczne, po dokładniejszej analizie wcale takie nie jest. Uczymy się na żywym organizmie, w czasie rzeczywistym i trochę przegrywamy ze skutkami.
Mówi się już o bardzo dużej części mocy obliczeniowej centrów danych wykorzystywanej na niskiej jakości rozrywkę, na treści i obrazy, które są dla nas istotne przez kilka sekund. To jest trudna walka, bo jedno rozwiązanie wyprzedza drugie. Dlatego musi rosnąć świadomość, ale potrzebna jest również legislacja. Prawo niestety zwykle dociera z opóźnieniem.
Nie ma jednej odpowiedzi. Musimy uczyć się na bieżąco, być czuli i budować świadomość.

VI. Higiena cyfrowa zaczyna się od dorosłych

JB: Mnie taka odpowiedź trochę nie zadowala. Jeżeli mam dziecku powiedzieć, czym jest higiena cyfrowa i jak ma się bronić przed zagrożeniami, to jako dorosły nie chciałbym odpowiadać: „Sorry, nie wiem, co ci powiedzieć”.

DG: To nie jest tak, że nic nie wiemy. Są konkretne praktyki. Jedną z najlepszych jest wstrzemięźliwość. Jeden dzień offline jest już bardzo dobrą metodą, ale nie chciałabym tutaj stawiać planety przed nami. Dla naszego dobrostanu i zdrowia dzień wyciszenia od ciągłych bodźców i dopaminy jest bardzo dobry.
Technologia sama w sobie jest świetna i realnie ułatwia nam życie. Możemy wysłać PIT z kanapy, mamy e-receptę, możemy załatwić wiele rzeczy bez wychodzenia z domu. Tutaj chodzi o nadmiar i konsumpcjonizm. Dzisiaj nikogo już specjalnie nie szokuje stwierdzenie, że fast fashion jest problemem. Marketing napędził nadmiar i zaczynamy mieć tego świadomość. Z technologią jest podobnie.

VII. Smartfon w szkole

JB: A szkoła? Zabranie smartfonów to dobre rozwiązanie?

DG: Uważam, że tak, bo sam smartfon znajdujący się przy dziecku może wpływać na koncentrację. Nie jest to sprzęt obligatoryjny do tego, żeby dzieci się uczyły. Mogą z niego korzystać po lekcjach, w innym trybie. Jest cała masa dobrych praktyk przychodzących do nas z różnych krajów, które możemy wdrożyć.
Rodzice często mówią: dziecko musi mieć smartfon, bo chcę być z nim w kontakcie. Do samego kontaktu nie jest potrzebny smartfon.

JB: Ale są rzeczy, które mogą się w szkole przydać. Translator, kalkulator…

DG: Tylko czy są konieczne przez cały czas? Wszystko jesteśmy w stanie uzasadnić i opakować jako potrzebę.

JB: Czyli trochę namawiasz do technologicznej rebelii?

DG: Taką rebelię bardzo lubię. Samo powiedzenie dziecku: „Używaj starego urządzenia, przedłużaj jego życie” może nie zadziałać. Ale pokazanie, że nie trzeba mieć najnowszego modelu i można zrobić coś inaczej niż wszyscy, to może być atrakcyjne.
To powinno zaczynać się w najbliższej komórce społecznej, czyli rodzinie. Jeżeli mama czy tata ciągle wymieniają telefon na coraz nowszy model, dziecko to widzi. Jeżeli rodzic idzie na spacer z telefonem w ręku i wszędzie robi zdjęcia, to trudno później wymagać od dziecka zupełnie innego zachowania.

JB: Czyli najpierw musimy popracować nad sobą.

DG: Dokładnie. Jeżeli każdy z nas trochę popracuje w domu nad sobą i nad tym, co chce przekazać dzieciom, będzie nam łatwiej.
Jeśli zabierzemy dziecku telefon, musimy też coś dać w zamian. Znam szkołę, w której po wprowadzeniu zasady szkoły wolnej od telefonów zakupiono ogromną liczbę gier planszowych. I to zaczęło działać. Dzieci muszą coś dostać w zamian.
Marketing mówi nam: jedno urządzenie i wszystkie funkcje. Telefon dzwoni, robi zdjęcia, świeci, liczy, pokazuje mapę. Nie chodzi o to, żeby dziecko zaczęło teraz nosić wielką torbę pełną osobnych urządzeń, ale żeby pokazać, że w tym cyfrowym świecie można czasami wybrać inną drogę.

VIII. Zakaz nie wystarczy. Potrzebna jest edukacja

JB: Wróćmy do edukacji. Co zrobić, jak edukować dzieci?

DG: W KODO popieraliśmy pomysł ograniczenia telefonów, ale nie na zasadzie samego zakazu. Chodziło właśnie o edukację: dlaczego telefon nie powinien cały czas znajdować się w kieszeni ucznia? Najpierw trzeba wyjaśnić, a dopiero później ustanawiać zasady.
Technologia jest świetna. Ja lubię nowinki technologiczne, ale chodzi o to, żeby wykorzystywać je wtedy, kiedy są potrzebne. Dzieci również powinny wiedzieć, kiedy i do czego używać danego narzędzia.
Problem polega na tym, że nauczyciel czy nauczycielka nie zawsze wie, jak tłumaczyć sztuczną inteligencję i kiedy z niej korzystać. Szkoły są wręcz zasypywane warsztatami, ale ważne jest też przygotowanie merytoryczne osób, które je prowadzą.

MAS: To, co wiemy z edukacji ekologicznej, pokazuje, że naprawdę ma sens zaczynać od najmłodszych lat. Robiliśmy badania, z których wynikało bardzo jasno, że często to najmłodsze pokolenie dba w domach o kwestie środowiskowe. To dzieci chodzą za rodzicami, gaszą światło, zakręcają wodę, zwracają uwagę, do którego kosza coś wyrzucić.
Jeżeli odpowiednio wcześnie zaczniemy edukować również w zakresie higieny cyfrowej, mamy szansę, że te zachowania staną się nawykiem. Im wcześniej nauczymy dzieci dobrych praktyk, im wcześniej pokażemy właściwe zastosowania technologii, tym większa jest szansa, że to będzie skuteczne.

IX. Czy rozwój technologii ma jakiś koniec?

JB: Ja mam doświadczenie jeszcze od ZX Spectrum. Obserwuję technologię od samego początku i ten sprzęt przez cały czas się zmieniał. Coraz więcej można było zrobić. I mam wrażenie, że nadal nie doszliśmy do miejsca, w którym smartfon potrafi już wszystko, czego chciałbym od urządzenia. Czyli rozumiem, że gdyby pojawiła się nowa wersja z nowymi możliwościami, to nadal chętnie byśmy ją kupili.

DG: Myślę, że rozwój jest jeszcze długo przed nami i pędzi. Ta kula śnieżna jest coraz szybsza.

JB: Przed nami jeszcze komputery kwantowe.

DG: Dokładnie. Natomiast wydaje mi się, że dając bardzo małemu dziecku telefon, który potrafi zrobić wszystko, możemy zabierać mu możliwość rozwijania części podstawowych kompetencji, umiejętności samodzielnego ogarniania świata.

JB: Może część tych kompetencji w przyszłości rzeczywiście będzie wyglądała inaczej. Może skok cywilizacyjny spowoduje, że inne umiejętności staną się ważniejsze.

DG: Tylko nasze mózgi nie zmieniły się tak szybko jak technologia. Nadal mamy mózg Homo sapiens, który rozwijał się w świecie zupełnie innym od tego, w którym żyjemy dzisiaj. Miał zdobywać pożywienie, funkcjonować w grupie, nawiązywać relacje. A teraz dostaje z jednego urządzenia ogromną liczbę bodźców: powiadomienia, treści, oczekiwanie na reakcję, komentarze i niekończący się strumień kolejnych filmów.
Dlatego człowiek ciągle potrzebuje kontaktu z naturą i potrzebuje relacji z drugim człowiekiem.

X. Wyścig technologiczny i eksperyment na żywym organizmie

JB: Spróbujmy wrócić jeszcze do pytania o rozwój technologii. Czy on w ogóle może się zatrzymać?

JS: Obecnie mamy wielkie firmy, Google, Metę, Microsoft i inne, które wydają ogromne pieniądze na wyścig związany ze sztuczną inteligencją. To jest właściwie wyścig zbrojeń na poziomie rozwoju modeli. Kto pierwszy rozwinie je najlepiej.
Te firmy nie mogą już łatwo powiedzieć: „Wstrzymujemy się, za dużo wydaliśmy”, bo stawką jest to, kto w przyszłości będzie pierwszy. Więc ten rozwój na pewno trwa.
Problem w moim odczuciu polega na tym, że wszystko weszło bardzo szybko. Nie było etapu spokojnego wdrażania kolejnych rozwiązań i obserwowania ich skutków.

DG: To trochę eksperyment na żywym organizmie. Branża farmaceutyczna, zanim wdroży coś na rynek, ma określony czas badań laboratoryjnych i testów. Tutaj często najpierw rozwiązanie trafia do milionów ludzi, a potem obserwujemy jego konsekwencje.
Wiemy też, że wielkie firmy technologiczne dysponowały badaniami dotyczącymi wpływu ich produktów na zdrowie psychiczne użytkowników. Problem polega na tym, że presja na szybkie wdrażanie i komercjalizowanie rozwiązań jest ogromna.

XI. Czy rozwiązaniem jest prawo?

JB: Czyli znowu wracamy do prawa.

MAS: Prawo może być jednym z najważniejszych narzędzi. W kwestiach środowiskowych wielokrotnie pokazało, że jest w stanie rozwiązywać problemy. Dziura ozonowa czy poprawa jakości wód w Europie pokazują, że odpowiednia regulacja może przynieść rzeczywiste skutki.
Tymczasem edukacja ekologiczna bardzo często kierowana jest tylko do zwykłego człowieka: Kowalski, nie śmieć, oszczędzaj wodę, zmień swoje zachowanie. A przecież ogromne możliwości zmiany mają także wielkie firmy technologiczne.
Można wprowadzać bardzo proste rozwiązania. Jeżeli ja jako zabiegana mama piszę maila do szkoły późnym wieczorem, bo dopiero wtedy znajduję czas, nie oznacza to, że nauczycielka musi dostać powiadomienie o tej porze. Wiadomość może zostać dostarczona rano. Ja zrobiłam swoje, ale nie zaburzyłam czyjegoś odpoczynku.

JB: Technologia może więc również pomagać nam w higienie cyfrowej.

MAS: Oczywiście. Mamy szereg rozwiązań technologicznych, które mogą wspierać nasze bezpieczeństwo i dobrostan.

XII. Dziecko w internecie jak trabant na autostradzie

DG: I szczególnie ważne jest to w przypadku dzieci. My mamy w głowie podobny „sprzęt”, ale mózg dziecka nadal się rozwija. Dzisiaj mówi się już o tym, że ten rozwój trwa do około 25., a nawet 30. roku życia. Dziecko eksponowane na różne zagrożenia nie ma jeszcze takich samych możliwości reagowania jak osoba dorosła.
Profesor Jędrzejko obrazowo porównuje internet do autostrady. Dorosły wjeżdża na nią bezpiecznym samochodem, wyposażonym w różne systemy ochrony, a dziecko wysyłamy na tę samą autostradę trabantem. Nie ma poduszek bezpieczeństwa, nie ma wspomagania kierownicy, a porusza się w tym samym ruchu.

JB: To co mamy zrobić?

DG: Zacząć od siebie. Od tego, jaką postawę wobec technologii i nowinek technologicznych pokazujemy dzieciom.

JB: Ale trochę przerzucamy wtedy odpowiedzialność na użytkownika. A z naszej rozmowy wynika też, że część problemów musi zostać rozwiązana systemowo.

DG: Oczywiście. Coraz częściej nie tylko organizacje pozarządowe i środowiska akademickie mówią o higienie cyfrowej, właściwym czasie inicjacji technologicznej czy ograniczaniu czasu przed ekranem. Zajmują się tym już poważne instytucje.
Trzeba też uświadamiać rodzicom, że wpuszczanie dziecka do sieci jest wpuszczaniem go do innego świata. Świata, w którym sami rodzice często nigdy nie byli i nie wiedzą, gdzie dziecko może dojść.

XIII. Internet jako dostęp do wiedzy

JB: Z drugiej strony internet daje dostęp do ogromnej ilości wiedzy. Weźmy raporty IPCC dotyczące klimatu. Gdyby nie internet, młody człowiek prawdopodobnie miałby znacznie mniejszą szansę samodzielnie do nich dotrzeć.
Uważam, że bardzo dobrze, że dzieciaki mają kontakt z internetem i z wiedzą. Mam czasami wrażenie, że w kwestiach klimatycznych młodzi wiedzą więcej niż część dorosłych. Widzieliśmy to choćby podczas młodzieżowych strajków klimatycznych.
Higiena cyfrowa nie może więc oznaczać zabierania dzieciom informacji.

DG: Absolutnie nie. To powinna być edukacja. Nie zakaz dostępu do wiedzy, tylko uczenie, jak z tego dostępu korzystać.

XIV. Pokoleniowa rebelia i przesyt sztucznością

JB: I być może tutaj pojawi się też pewna pokoleniowa rebelia.

MAS: Ja już ją widzę. Pracuję z młodszymi osobami i widzę ich alergię na część marketingu firm, na sztuczne obrazki, sztuczność i nadmiar. Oni bardzo szybko to rozpoznają i zaczynają mieć do tego opór.
Być może ta rebelia jest nadzieją. My jako pokolenie wpadliśmy w internet, kiedy się rozwijał. Nie wiemy jeszcze, jak zareaguje na niego kolejne pokolenie, ale możliwe, że pojawia się już naturalne przemęczenie nadmiarem i sztucznością.

XV. Zrównoważony rozwój to także zgoda na niewygodę

MAS: Jeśli mówimy o zrównoważonym rozwoju, to pamiętajmy, że są w nim trzy elementy: człowiek, środowisko i ekonomia. Najlepsze rozwiązanie pojawia się wtedy, kiedy te trzy elementy potrafimy ze sobą połączyć.
My, zajmując się śladem węglowym, traktujemy go przede wszystkim jako wskaźnik pokazujący, jak oddziałujemy na środowisko. Sam wynik nie mówi jeszcze, czy jesteśmy dobrzy, czy źli. To trochę jak morfologia albo badanie ciśnienia. Jedno badanie nie mówi jeszcze wszystkiego o pacjencie. Dopiero później możemy dawać zalecenia, co zmienić, żeby obniżyć emisyjność.
Tylko ciągle jesteśmy w dość komfortowym momencie. Woda leci z kranu, podstawowe potrzeby są zaspokojone. Co będzie wtedy, kiedy ta nasza „diagnoza” okaże się naprawdę poważna?
Dlatego zarówno w edukacji ekologicznej, jak i cyfrowej potrzebna będzie zgoda na pewną niewygodę. Cała cywilizacja dążyła przez lata do tego, żeby żyło nam się coraz wygodniej. Teraz zrównoważony rozwój może wymagać, żebyśmy z części tej wygody świadomie zrezygnowali.
Trochę krótszy prysznic, trochę mniej internetu, czasami pójście pieszo zamiast jazdy autem.

DG: W higienie cyfrowej jest dokładnie tak samo. Dorosły też musi zrezygnować z części swojej wygody. Łatwo powiedzieć dziecku: „Idź pograć”, bo wtedy rodzic ma chwilę dla siebie. Trudniej powiedzieć „nie” i samemu zaproponować coś w zamian.

JB: Czyli znowu wychodzimy ze strefy komfortu.

DG: Tak. I widać już pewien odwrót od nadmiaru. Są miejsca, w których ludzie płacą duże pieniądze właśnie za to, że nie mają telewizora, spa, atrakcji i dziesiątek bodźców. Dostają prosty pokój, prysznic i las dookoła.
Być może jesteśmy już w takim przesyceniu, że zaczynamy wracać do prostszych rzeczy, do korzeni, do zieleni.

JB: I na tym chyba możemy zakończyć. Szkoda, że nie zdążyliśmy jeszcze porozmawiać szerzej o tym, jak zadawać sztucznej inteligencji pytania, żeby nie tracić czasu i uzyskiwać możliwie dobre odpowiedzi, ale to temat na kolejną rozmowę.

Dziękuje za rozmowę.

Rozmawiał Janusz Bończak

 




Z dr Sylwią Spurek o „Piątce dla zwierząt”, obecnych próbach zmiany prawa, miejscu rolniczek i rolników w tej debacie, języku współodpowiedzialności oraz o tym, czy w Polsce jest przestrzeń dla politycznej reprezentacji praw zwierząt.
Dr Sylwia Spurek jest prawniczką, byłą zastępczynią Rzecznika Praw Obywatelskich ds. równego traktowania i byłą posłanką do Parlamentu Europejskiego. Od lat zajmuje się prawami człowieka, równością oraz prawami zwierząt. W rozmowie wracamy do doświadczenia „Piątki dla zwierząt”, ale patrzymy na nie z perspektywy dzisiejszej debaty i bieżących konsultacji dotyczących ochrony zwierząt. Interesuje mnie przede wszystkim pytanie, czy zmianę można budować inaczej: bez przeciwstawiania miasta wsi, osób wegańskich rolniczkom i rolnikom, a organizacji społecznych producentkom i producentom żywności. Czy możliwy jest wspólny język, wspólny stół i współodpowiedzialność za świat, w którym żyją ludzie i inne czujące istoty?
Z perspektywy kilku lat: dlaczego „Piątka dla zwierząt”, mimo że uruchomiła tak dużą debatę polityczną i społeczną, ostatecznie nie doprowadziła do trwałej zmiany?
Bo prawa zwierząt wciąż nie są traktowane jako element długofalowej polityki państwa. Dopóki mówimy ogólnie, że zwierzęta trzeba chronić, zgoda jest łatwa, szczególnie że wielu polityków i polityczek, mówiąc: zwierzęta, ma na myśli psy i koty. Wtedy wszyscy mówią, że są „miłośnikami zwierząt”. Problem zaczyna się wtedy, kiedy mają z tego wynikać konkretne konsekwencje prawne i gospodarcze.
„Piątka dla zwierząt” uruchomiła ważną debatę, ale zabrakło konsekwencji i szerszej wizji tego, dokąd zmierzamy. Obecny system nie jest przecież czymś naturalnym. Został określony przez prawo, w tym przez przepisy określające politykę rolną, publiczne wsparcie produkcji i promocji. Czyli zdecydowali o nim politycy stanowiący to prawo. Jeżeli chcemy ten system zmienić, potrzebujemy strategii, harmonogramu i środków na transformację, a przede wszystkim odwagi polityków.

Czy „Piątka dla zwierząt” była według Pani rzeczywistą próbą zmiany sposobu traktowania zwierząt, czy raczej kompromisem, który nie prowadził jeszcze do zmiany systemowej?
Była próbą poprawienia sytuacji części zwierząt, ale nie zmianą systemową. Pewnie dla inicjatorów była wręcz radykalna. Ale co radykalnego jest w zakazie hodowli zwierząt na futra, zakazie wykorzystywania zwierząt w cyrkach czy w ograniczeniu uboju bez ogłuszania do uboju na potrzeby wspólnot religijnych żyjących w Polsce?
A jeżeli zgadzamy się co do tego, że zwierzę jest czującą istotą, to nie wystarczy regulować warunków wykorzystywania i zabijania zwierząt. Potrzebujemy stopniowego przechodzenia od polityki dobrostanu do polityki praw zwierząt i wyznaczenia kierunku odchodzenia od ich systemowej eksploatacji.
W debacie o ochronie zwierząt bardzo szybko pojawia się pytanie: „a co z rolniczkami i rolnikami?”. Czy zmianę można budować bez nich i czy możliwa jest realna, także ekonomiczna transformacja rolnictwa?
Jeżeli uznajemy, że gospodarka oparta na węglu musi się zmienić, nie mówimy: istnieją górnicy, więc musimy już zawsze wydobywać węgiel. Mówimy o sprawiedliwej transformacji, bezpieczeństwie ludzi, nowych źródłach dochodu i publicznym finansowaniu zmiany.
Tak samo powinno być z rolnictwem. Chronić trzeba rolniczki i rolników, a nie hodowlę zwierząt. Państwo powinno dać im realną możliwość przejścia do innego modelu produkcji, zamiast uzależniać ich przyszłość od dalszego wykorzystywania i zabijania zwierząt.
Jedna z tez, które dziś stawiam, brzmi: nie „miasto przeciwko wsi” i nie „osoby wegańskie przeciwko rolniczkom i rolnikom”. Czy możliwy jest wspólny stół bez wskazywania winnych, ale z realnym udziałem rolniczek i rolników w warunkach transformacji?
Rolniczki i rolnicy powinni mieć realny wpływ na warunki transformacji: kwestie jej finansowania, terminy, instrumenty wsparcia czy nowe możliwości działalności. Na tym polegają konsultacje społeczne. Nie oznacza to jednak skutecznego i bezwarunkowego prawa weta wobec samego kierunku zmiany.
Polityka publiczna nie polega na czekaniu, aż wszyscy zainteresowani zgodzą się z reformą. Politycy mają podejmować decyzje i jednocześnie sprawiedliwie rozkładać koszty transformacji.
W Manifeście Wegańskim przyjmujemy zasadę, że każda czująca istota zasługuje na troskę i ochronę, niezależnie od gatunku. Gdyby potraktować ją poważnie jako punkt wyjścia dla prawa, co należałoby zmienić w pierwszej kolejności?
Przede wszystkim filozofię prawa.
Dzisiaj prawo pisane jest pod to, w jakich warunkach wolno wykorzystywać zwierzę, jak duża ma być klatka, jak długo może trwać transport, w jaki sposób można zwierzę zabić.
Prawidłowe pytanie brzmi: czy w ogóle mamy prawo wykorzystywać czującą istotę. To oznacza stopniowe przejście od regulowania eksploatacji i zabijania do uznawania praw zwierząt.

Coraz ważniejszy jest dla mnie również język zmiany. Nie mówić przeciwko ludziom, ale zapraszać do współodpowiedzialności. Czy Pani zdaniem w dotychczasowej debacie zabrakło języka współodpowiedzialności i odpowiedniego rozłożenia odpowiedzialności?
Tak, ale współodpowiedzialność nie oznacza równej odpowiedzialności.
Inną możliwość wpływu ma konsumentka, inną rolniczka, inną wielka firma, a jeszcze inną państwo, które tworzy prawo i wydaje publiczne pieniądze.
Obecny system był przez lata wspierany również publicznie: poprzez politykę rolną, wsparcie określonych rodzajów produkcji oraz promocję określonych produktów rolno-spożywczych, odzwierzęcych. Państwo nie może finansować określonego modelu, a później twierdzić, że nie odpowiada za konsekwencje jego funkcjonowania. A sektor hodowlany to skutki – dla klimatu, środowiska, zdrowia ludzi i kolejne środki publiczne wydane na ograniczanie tych skutków.
W Manifeście mówimy także, że zmiana może następować krok po kroku i że każdy krok ma znaczenie. Czy potrzebujemy jednej dużej reformy, czy raczej ambitnego celu i konsekwentnej serii mniejszych zmian prowadzących w określonym kierunku?
Potrzebujemy ambitnego celu i konkretnych etapów dojścia do niego.
Właśnie dlatego w 2021 roku przedstawiłam swoją „Nową 5 dla zwierząt”. Zaproponowałam wtedy konkretne daty odchodzenia od wykorzystywania zwierząt w poszczególnych obszarach, w tym docelowo odejście od hodowli zwierząt. Chodziło o mapę drogową. Tak planujemy transformację energetyczną czy klimatyczną i tak samo poważnie powinniśmy traktować prawa zwierząt.
A małe kroki i mniejsze zmiany, o których tak chętnie mówią niektórzy politycy i polityczki, mają sens tylko wtedy, kiedy wiemy, dokąd prowadzą, nie jako cel sam w sobie.
Co jest dziś największą przeszkodą w poprawie sytuacji zwierząt: prawo, interesy gospodarcze czy nasze społeczne przyzwyczajenie do tego, że jedne zwierzęta traktujemy jak członków rodziny, a inne jak produkty?
Nasze przyzwyczajenia nie powstały w próżni. Od lat system mówi nam, że wykorzystywanie jednych zwierząt jest normalne, podczas gdy inne traktujemy wręcz jak członków rodziny. System wspiera finansowo określone branże. System wykreował organizacje, które bronią interesów sektora i blokują zmianę. I żeby to wszystko zmienić, trzeba zmienić system, czyli prawo.
W pracy nad Mądrymi Wioskami próbuję łączyć ochronę zwierząt z przyszłością rolnictwa lokalnego i jakościowego, dobrostanem rolniczek i rolników, ochroną środowiska oraz bezpieczeństwem żywnościowym. Czy prawa zwierząt mogą być częścią tak rozumianej polityki rolnej?
Powinny. Tylko najpierw musimy przestać utożsamiać rolnictwo z hodowlą zwierząt.
Rolnictwo to ludzie, ziemia, produkcja żywności, lokalne społeczności i bezpieczeństwo żywnościowe. Może i powinno oznaczać produkcję roślinną, białka roślinne dla ludzi, lokalne przetwórstwo czy krótkie łańcuchy dostaw.
Dlatego pytanie powinno brzmieć nie: jak ochronić hodowlę, ale jak zapewnić rolniczkom i rolnikom dobrą przyszłość w systemie żywnościowym, który nie opiera się na wykorzystywaniu zwierząt.
To jest dla mnie nowoczesna polityka rolna.
Gdyby dzisiaj można było rozpocząć pracę nad rozwiązaniami podobnymi do „Piątki dla zwierząt” od początku, kogo przede wszystkim należałoby zaprosić do wspólnego stołu i czego nie wolno byłoby powtórzyć z tamtej debaty?
Potrzebujemy organizacji praw zwierząt, ludzi nauki, ekspertów i ekspertki zdrowia publicznego i transformacji gospodarczej, przedstawicielki i przedstawicieli samorządów i lokalnych społeczności. Wypracowany kształt zmiany i jej harmonogram powinien być oczywiście skonsultowany z rolnikami i rolniczkami.
Ale najważniejsze jest pytanie, po co siadamy przy stole. Czy po to, żeby zainteresowana branża, broniąc swoich interesów ekonomicznych, mogła zdecydować, że reforma nie nastąpi? Czy po to, żeby dyskutować, jak przeprowadzić zmianę sprawiedliwie, przewidywalnie i bez przerzucania jej kosztów na pojedynczych ludzi?
W Niderlandach od lat działa Partij voor de Dieren, Partia na rzecz Zwierząt. Czy doświadczenie tej formacji mówi nam coś o możliwości budowania w Polsce szerszej polityki, w której prawa zwierząt łączą się z rolnictwem, żywnością, klimatem i sprawami społecznymi?
Warto na początku wspomnieć, że system wyborczy w Niderlandach w dużo większym stopniu niż polski realizuje zasadę reprezentacji politycznej. System wyborczy w Polsce betonuje scenę polityczną i nie daje takich możliwości jak holenderski – powstawania nowych, progresywnych środowisk politycznych.
Ale ciekawe w holenderskim przykładzie jest to, że prawa zwierząt nie są tam samotną, niszową kwestią. Partij voor de Dieren łączy je z polityką żywnościową, rolnictwem, klimatem, gospodarką i sprawiedliwością społeczną. Sama partia opisuje prawa zwierząt jako część szerszej wizji politycznej dotyczącej ludzi, zwierząt i planety.
I tak również widzę ten temat w Polsce. Prawa zwierząt nie są „tematem o zwierzętach”. Prowadzą wprost do pytań o publiczne pieniądze, system żywnościowy, klimat, zdrowie, rolnictwo i jakość państwa.
Takie pytania zadaje zresztą Green REV Institute. I marzy mi się model, w którym politykę zaczynamy robić poza partiami, poza parlamentem, blisko ludzi, budując silne sojusze. Model, w którym tak jak sufrażystki nie czekamy, aż politycy uznają nasze postulaty za wystarczająco ważne, ale organizujemy się, budujemy społeczne poparcie i wywieramy presję. Presję na tyle dużą, że system musi odpowiedzieć.
Bo wielkie zmiany – a o takich mówimy w kontekście praw zwierząt – rzadko zaczynały się w parlamentach. Najpierw ktoś, początkowo zupełnie nieznany, mówił o sprawach, których inni nie chcieli dostrzegać. Najpierw był ignorowany, potem ośmieszany. Najpierw to były działania, które wydawały się nieistotne, ale z czasem kruszyły skałę. Często o tym mówię – wspierajmy tzw. zakały imprezy, społeczne i polityczne psujzabawy, tych, którzy i które mają odwagę mówić to, o czym inni i inne milczą, tych, którzy nie boją się samotności i śmieszności. Jeżeli zaczniemy wspierać silne jednostki, jeżeli nauczymy się być solidarne i stać za sobą murem, jeżeli nauczymy się tworzyć silne sojusze, to polityka poza parlamentem stanie się możliwa.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Janusz Bończak

 




23 września w Małopolskim Urzędzie Wojewódzkim w Krakowie odbyło się II posiedzenie Zespołu „Mądre Wioski. Przedmieścia w Mieście”. Gospodarzem spotkania był II wicewojewoda małopolski Ryszard Śmiałek, który otwierając obrady zwrócił uwagę na znaczenie lokalnej żywności, wspierania producentów oraz budowania świadomości mieszkańców dotyczącej codziennych wyborów konsumenckich.

Posiedzenie miało charakter roboczy. Rozmawiano między innymi o krótkich łańcuchach dostaw, lokalnych targowiskach, zwiększaniu dostępności małopolskiej żywności, zamówieniach publicznych, bezpieczeństwie żywności oraz potrzebie lepszego rozpoznania potencjału lokalnego rolnictwa. Ważnym elementem była wymiana doświadczeń pomiędzy administracją rządową, samorządami, instytucjami związanymi z rolnictwem oraz organizacjami społecznymi.

Do wspólnej pracy Zespołu włączyli się przedstawiciele Samorządu Województwa Małopolskiego oraz Małopolskiego Oddziału Regionalnego Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, zaproszonych do udziału po decyzji podjętej podczas pierwszego posiedzenia. Procedury związane z ich formalnym przystąpieniem do Wielostronnego Porozumienia pozostają w toku.

Wielostronne Porozumienie o współpracy partnerskiej w ramach inicjatywy „Mądre Wioski. Przedmieścia w Mieście” zostało podpisane 25 marca 2026 roku. Porozumienie łączy administrację rządową, samorządy, instytucje publiczne i organizacje społeczne, tworząc przestrzeń współpracy ponad podziałami instytucjonalnymi i administracyjnymi. Tak szeroki skład partnerów pokazuje znaczenie problematyki podejmowanej przez Zespół oraz potrzebę wspólnego szukania rozwiązań dla relacji między wsią, przedmieściami i miastem.
(jb), fot. Małopolski Urząd Wojewódzki w Krakowie.




Drabina może być starsza od koła. Jedno z najstarszych znanych przedstawień drabiny odnaleziono w prehistorycznej sztuce naskalnej w hiszpańskiej Valltorta, datowanej szeroko na okres od około 8000 do 2000 roku p.n.e.; tymczasem naczynie z Bronocic, na którym znajduje się jedno z najstarszych przedstawień pojazdu kołowego, pochodzi z około 3500 roku p.n.e. Drabina pojawia się później niemal wszędzie. We śnie Jakuba łączy ziemię z niebem, a poruszają się po niej aniołowie. U Dantego złota drabina prowadzi ku wyższym sferom Raju, Szekspirowi służy jako obraz ambicji, Norwid pisze o „krwawej drabinie”, Przyboś o „pionach budowniczych drabin”, Białoszewski o wchodzeniu wyżej i spadaniu, a w dziecięcej rymowance po drabinie idzie kominiarz. Przez tysiące lat zmieniały się materiały, konstrukcje i znaczenia. Jedno się nie zmieniło: z drabiny nadal można po prostu spaść.
3 stycznia 1993 roku Jason Anker miał 24 lata. Pracował przy dachu na budowie. Drabina nie była zabezpieczona, podłoże nie było dobre, a on sam wiedział, że sytuacja jest ryzykowna. Mimo to z niej skorzystał. Drabina się ześlizgnęła, a Anker spadł z wysokości około dziesięciu stóp, nieco ponad trzech metrów. Uraz kręgosłupa sprawił, że został sparaliżowany od pasa w dół. Jego córka Abbi miała wtedy trzy lata.
Po latach właśnie ich historia stała się jednym z najmocniejszych elementów brytyjskiej kampanii „Get a Grip”. Ladder Association rozpoczęła ją w 2018 roku wspólnie z Royal Society for the Prevention of Accidents, RoSPA. Oficjalny komunikat kampanii jest bardzo prosty: jeśli drabina jest właściwym narzędziem do wykonania danej pracy, trzeba wybrać właściwą drabinę i umieć z niej bezpiecznie korzystać. W kampanii uczestniczą Jason Anker i jego córka Abbi Taylor, opowiadając o skutkach wypadku nie tylko dla osoby, która spadła, ale dla całej rodziny. W 2019 roku powstał film „Abbi’s Story”. Nie pokazuje wymyślonego wypadku ani aktora odgrywającego poszkodowanego. Pokazuje córkę człowieka, którego jedno zdarzenie na drabinie wpisało się również w jej życie.
W tym przypadku kampania nie straszy samą wysokością. Pokazuje czas. Upadek trwa kilka sekund, jego konsekwencje mogą trwać kilkadziesiąt lat. Zmienia się praca, codzienność, życie rodzinne. To inny sposób mówienia o bezpieczeństwie niż rysunek człowieka stojącego źle na szczeblu i czerwony znak zakazu.

Kilka lat później ta sama Ladder Association postawiła inne pytanie: a co, jeśli błąd nie leży wyłącznie po stronie człowieka? „Step Up to Safe Ladders” to brytyjska kampania dotycząca bezpieczeństwa samych drabin, początkowo przede wszystkim modeli teleskopowych sprzedawanych w sklepach i przez internet. W badaniu opublikowanym w maju 2022 roku 82 procent testowanych drabin nie przeszło wymaganych prób bezpieczeństwa. Organizacja prowadziła później kolejne badania i wracała do tych samych produktów.
W styczniu 2025 roku na potrzeby programu BBC „Morning Live” kupiono trzy drabiny teleskopowe oferowane na Amazonie i eBayu. Wszystkie trzy zawiodły w testach wytrzymałości jeszcze przed osiągnięciem pełnego obciążenia przewidzianego w procedurze badawczej. Produkty były przy tym oferowane jako zgodne z normą EN 131.
Za laboratoryjnymi próbami stoi jednak prawdziwy wypadek. Elektryk Joffrey Bogemans pracował przy instalacji alarmu przeciwpożarowego w obiekcie komercyjnym. Teleskopowa drabina kupiona od zewnętrznego sprzedawcy na Amazon Marketplace pękła, gdy znajdował się około 4,5 metra nad ziemią. Spadł na betonową podłogę. Miał złamane żebra oraz urazy miednicy, nadgarstka i kostki. Drabina była sprzedawana z nieprawdziwą, jak później ustalono, informacją o zgodności z normą EN 131. W marcu 2026 roku brytyjska organizacja konsumencka Which? poinformowała, że znalazła na 21 platformach internetowych sto drabin o konstrukcji podobnej lub identycznej do produktów uznawanych za niebezpieczne. Tutaj kampania przestaje być opowieścią o użytkowniku, który powinien bardziej uważać. Pytanie pojawia się wcześniej: kto wyprodukował drabinę, kto ją sprawdził, kto dopuścił ją do sprzedaży, co naprawdę oznaczają informacje podane przez sprzedawcę i dlaczego człowiek stojący kilka metrów nad ziemią ma odkrywać wadę produktu dopiero wtedy, kiedy ten produkt się pod nim łamie?

Irlandia poszła jeszcze inną drogą. 2 września 2024 roku tamtejsza Health and Safety Authority rozpoczęła dwutygodniową ogólnokrajową kampanię kontrolną dotyczącą pracy na wysokości w gospodarstwach rolnych. Inspektorzy pojechali zarówno do małych, jak i dużych gospodarstw. W komunikacie poprzedzającym akcję HSA podała, że w ciągu wcześniejszych dziesięciu lat w irlandzkich miejscach pracy w wyniku upadków z wysokości zginęło 98 osób, z czego 20 w gospodarstwach rolnych. Wśród najważniejszych zagrożeń wymieniono drabiny, niezabezpieczone krawędzie dachów i innych konstrukcji oraz kruche pokrycia dachowe.
Najciekawsze w irlandzkim podejściu jest jednak to, że rozmowa o bezpieczeństwie nie zaczyna się od instrukcji prawidłowego wejścia na drabinę. HSA zaleca najpierw ocenę ryzyka i zaplanowanie bezpiecznego sposobu wykonania pracy. Inspektorzy wskazywali między innymi ruchome podesty robocze MEWP, odpowiednie platformy i zabezpieczenia krawędzi. Rolnik może też zlecić pracę kompetentnemu wykonawcy posiadającemu właściwy sprzęt.
Drabina stojąca od lat przy stodole czy magazynie jest pod ręką, więc łatwo staje się rozwiązaniem automatycznym. Irlandzkie podejście próbuje ten automatyzm przerwać. Zanim pojawi się pytanie „jak wejść?”, ma się pojawić inne: „czy w ogóle trzeba wchodzić właśnie w ten sposób?”.

W Stanach Zjednoczonych profilaktyka przybrała formę, której nazwa może być myląca dla kogoś spoza tamtejszej kultury bezpieczeństwa pracy. National Safety Stand-Down to Prevent Falls in Construction nie oznacza protestu ani strajku. „Stand-down” to dobrowolne przerwanie normalnej pracy, żeby pracodawca i pracownicy porozmawiali o zagrożeniu. Można zrobić krótki „toolbox talk”, skontrolować sprzęt, omówić konkretne zagrożenia na budowie albo przeprowadzić szkolenie. OSHA podaje, że takie spotkanie może trwać piętnaście minut, ale może też rozciągnąć się na kilka godzin. Pierwszy National Safety Stand-Down odbył się w 2014 roku; w dniach 4–8 maja 2026 roku przeprowadzono jego trzynastą edycję.
Pomysł jest prosty: zatrzymać rutynę, zanim ona zatrzyma człowieka. Drabina, po której ktoś wchodził sto razy, z czasem przestaje wyglądać jak zagrożenie. Ale setne pierwsze wejście nie musi odbywać się w tych samych warunkach co pierwsze. Zmienia się podłoże, sprzęt się zużywa, człowiek jest zmęczony, spieszy się albo wykonuje ruch, którego wcześniej nie wykonywał. Amerykański National Institute for Occupational Safety and Health spróbował wykorzystać do tego również smartfon. NIOSH Ladder Safety App używa czujników telefonu, aby pomagać między innymi w prawidłowym ustawieniu drabiny przystawnej. Za pomocą obrazu, dźwięku i wibracji wskazuje właściwy kąt, około 75 stopni. Zawiera też narzędzia pomagające dobrać drabinę, sprawdzić jej stan przed użyciem i przypomnieć zasady bezpiecznej pracy. Do grudnia 2023 roku aplikację pobrano ponad 850 tysięcy razy. NIOSH zaznacza obecnie, że aplikacja nie otrzymuje aktualizacji i instytut analizuje możliwości rozwiązania tego problemu. To już nie jest plakat wiszący gdzieś w zakładzie. Ostrzeżenie znajduje się w kieszeni i może zostać użyte dokładnie w chwili ustawiania drabiny.

Jeszcze inaczej działa Singapur. 14 lipca 2022 roku Workplace Safety and Health Council uruchomił Target Zero Falls Campaign. Jej cztery podstawowe działania opisano słowami: „Communicate, Equip, Authorise, Supervise” – informować o zagrożeniu, zapewniać właściwy sprzęt, dopuszczać do miejsca pracy wyłącznie osoby do tego upoważnione i nadzorować wykonywanie zadań. Kampanii towarzyszyły filmy, animacje, checklisty i materiały dotyczące pracy na wysokości. Rok później WSH Council przygotował osobny SME WSH Pack on Ladder Safety, skierowany przede wszystkim do małych i średnich przedsiębiorstw. W pakiecie znalazły się przewodnik bezpieczeństwa, checklisty, sześć podstawowych zasad bezpiecznego korzystania z drabin oraz naklejki ostrzegawcze przeznaczone na sam sprzęt. Materiały udostępniono w czterech językach: angielskim, mandaryńskim, malajskim i tamilskim. Nie był to temat marginalny. Podczas singapurskiego Work at Heights Symposium w 2024 roku przewodniczący zespołu ds. bezpieczeństwa pracy na wysokości Abu Bakar Mohd Nor mówił, że w poprzednich trzech latach upadki z drabin odpowiadały za około dwie trzecie nieśmiertelnych obrażeń związanych z upadkami z wysokości. Wskazywał przy tym na źle używane, źle utrzymane albo niewłaściwie dobrane do zadania drabiny.

W Wielkiej Brytanii do człowieka przemawia historia ojca i córki, w kolejnej kampanii bada się produkty dostępne w sprzedaży. W Irlandii inspektor jedzie do gospodarstwa i pyta, czy do wykonania pracy w ogóle potrzebna jest drabina. W Stanach Zjednoczonych na chwilę zatrzymuje się pracę, żeby wyrwać ludzi z rutyny, a telefon może pomóc sprawdzić kąt ustawienia. Singapur przykleja krótkie ostrzeżenie bezpośrednio do sprzętu i tłumaczy je na języki tych, którzy mają z niego korzystać. Nie ma jednej kampanii i jednej metody. Jest za to wyraźna zmiana w myśleniu o wypadku. Samo „uważaj” przestaje wystarczać. Człowiek czasem się spieszy. Czasem jest zmęczony. Czasem wykonuje tę samą pracę od dwudziestu lat i właśnie dlatego przestaje dostrzegać zagrożenie. Może źle ustawić drabinę, stanąć o szczebel za wysoko, nie zauważyć uszkodzenia albo zaufać produktowi, który nie jest tak bezpieczny, jak zapewnia jego sprzedawca. Zapobieganie wypadkom zaczyna się więc wcześniej: przy projektowaniu i kontroli sprzętu, przy wyborze sposobu wykonania pracy, na szkoleniu, podczas krótkiej rozmowy przed rozpoczęciem zadania, a czasami od decyzji, żeby drabiny tego dnia w ogóle nie wyciągać. Drabina nie ma silnika, ostrza ani alarmu. Stoi oparta o ścianę i nie wygląda groźnie. Być może właśnie dlatego tak łatwo zapomnieć, że czasem kilka zwyczajnych szczebli dzieli codzienną pracę od upadku, którego skutki zostają na całe życie.
Janusz Bończak

Źródła i materiały:

1. Dams M., Dams L., „Spanish rock art depicting honey gathering during the Mesolithic”, „Nature”, 1977, t. 268, s. 228–230, DOI: 10.1038/268228a0.
2. Muzeum Archeologiczne w Krakowie, „Waza z Bronocic”, opracowanie muzealne dotyczące neolitycznego naczynia z przedstawieniami pojazdów kołowych.
3. The Ladder Association, „Get a Grip Initiative”, brytyjska kampania bezpieczeństwa drabin, prowadzona od 2018 roku we współpracy z Royal Society for the Prevention of Accidents (RoSPA).
4. The Ladder Association, „Telescopic Ladder Surveillance Survey Report”, maj 2022, raport z badań drabin teleskopowych w ramach kampanii „Step Up to Safe Ladders”.
5. The Ladder Association, „Step Up to Safe Ladders”, materiały dotyczące badań drabin dla programu BBC „Morning Live”, styczeń 2025, oraz raport „Stepping It Up”, październik 2025.
6. Which?, „Which? finds dozens of ‘dangerous’ ladders online after trader was seriously injured by fall from product bought on Amazon”, 13 marca 2026.
7. Health and Safety Authority (HSA), „HSA launch farm inspection campaign focusing on safe work at height”, Irlandia, 2 września 2024.
8. Occupational Safety and Health Administration (OSHA), „National Safety Stand-Down to Prevent Falls in Construction”, Stany Zjednoczone, materiały kampanii, w tym edycji z 4–8 maja 2026.
9. National Institute for Occupational Safety and Health (NIOSH), „Ladder Safety App”, Stany Zjednoczone, materiały dotyczące aplikacji do bezpiecznego korzystania z drabin, aktualizacja 26 listopada 2024.
10. Workplace Safety and Health Council, „Target Zero Falls Campaign 2022”, Singapur, 14 lipca 2022.
11. Workplace Safety and Health Council, „Release of SME WSH Packs on Ladder Safety and Roofworks Safety”, Singapur, 8 września 2023.
12. Workplace Safety and Health Council, „Opening Address by Mr Abu Bakar Mohd Nor at the Work at Heights Symposium 2024”, Singapur, wystąpienie z 19 marca 2024.

 

 

 

 

 




Rada Miasta Krakowa podczas 59. sesji, 16 września 2026 roku, podjęła uchwałę kierunkową dotyczącą rozwijania systemu wsparcia inicjatywy „Mądre Wioski, Przedmieścia w Mieście”. Projekt, oznaczony drukiem nr 1530, został wniesiony przez Klub Radnych „Nowa Lewica”, a podczas sesji referowała go prof. Joanna Hańderek. Projekt wcześniej otrzymał pozytywną opinię prawną. Oficjalne podsumowanie sesji potwierdza, że uchwała została przez Radę Miasta przyjęta.
Choć nazwa inicjatywy może na pierwszy rzut oka sugerować, że dotyczy ona przede wszystkim wsi i gmin otaczających Kraków, jej znaczenie dla mieszkanek i mieszkańców miasta jest znacznie szersze. Kraków nie kończy się przecież w codziennym życiu na swojej administracyjnej granicy. Każdego dnia pomiędzy miastem i sąsiednimi gminami przemieszczają się ludzie, żywność, towary i usługi, a rozwój całego obszaru metropolitalnego coraz mocniej łączy miasto, przedmieścia i miejscowości położone wokół niego.
W uzasadnieniu projektu radni zwrócili uwagę, że obszary wiejskie w bezpośrednim otoczeniu Krakowa nadal posiadają potencjał produkcji rolnej, mimo postępującej suburbanizacji. Jednocześnie inicjatywa „Mądre Wioski, Przedmieścia w Mieście” ma obejmować rozwijanie lokalnych społeczności, krótkich łańcuchów dostaw oraz bezpieczeństwa żywnościowego. Wśród możliwych działań wskazano promocję lokalnej i sezonowej żywności, wspieranie krótkich łańcuchów dostaw i wykorzystanie istniejącej infrastruktury targowej.
To już bardzo konkretna perspektywa dla mieszkańców Krakowa. Chodzi między innymi o to, czy żywność produkowana kilka lub kilkanaście kilometrów od miasta może łatwiej trafiać bezpośrednio do jego mieszkanek i mieszkańców, czy lokalni rolnicy i producenci mogą mieć lepszy dostęp do miejskiego rynku oraz czy istniejące targowiska mogą służyć nie tylko handlowi, ale również budowaniu trwałych relacji między miastem a jego najbliższym otoczeniem.
W uzasadnieniu uchwały jako przykład lokalnej inicjatywy wskazano Wielkowiejski Targ w Gminie Wielka Wieś, służący między innymi promocji lokalnych producentów i bezpośredniej sprzedaży produktów mieszkańcom gminy oraz osobom przyjezdnym. To doświadczenie pokazuje, że relacja wieś–miasto nie musi pozostawać wyłącznie tematem strategii i dokumentów. Może odbywać się przy targowym stole, pomiędzy osobą produkującą żywność a osobą, która chce ją kupić, bez rozbudowanego łańcucha pośredników.
Uchwała jest kolejnym etapem współpracy rozpoczętej wcześniej. 25 marca 2026 roku w Małopolskim Urzędzie Wojewódzkim w Krakowie podpisano Wielostronne Porozumienie o współpracy partnerskiej w ramach inicjatywy „Mądre Wioski, Przedmieścia w Mieście”. W gronie sygnatariuszy znalazła się również Istota.info. Porozumienie podpisali także przedstawiciele Małopolskiego Urzędu Wojewódzkiego, Gminy Miejskiej Kraków, Gminy Wielka Wieś, Stowarzyszenia Metropolia Krakowska, Stowarzyszenia Korona Północnego Krakowa, Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa, Małopolskiego Ośrodka Doradztwa Rolniczego oraz Stowarzyszenia Kuźnica.
Podpisanie porozumienia rozpoczęło formalną współpracę instytucji i środowisk, które wcześniej działały w różnych obszarach. 9 kwietnia odbyło się pierwsze posiedzenie Zespołu „Mądre Wioski. Przedmieścia w Mieście”, skupiającego przedstawicielki i przedstawicieli stron porozumienia. Przewodniczącą Zespołu została prof. Joanna Hańderek.
Przyjęcie uchwały przez Radę Miasta Krakowa oznacza kolejny etap: inicjatywa, która dotąd rozwijała się dzięki współpracy samorządów, administracji, organizacji i środowisk społecznych, została wpisana w kierunek działań oczekiwanych od władz Krakowa. Sama uchwała kierunkowa nie tworzy jeszcze szczegółowego programu ani nie przesądza, jakie konkretne rozwiązania zostaną wdrożone. Otwiera jednak przestrzeń do ich przygotowania i rozwijania. Oficjalne materiały Rady Miasta wskazują wprost na promocję lokalnej i sezonowej żywności, krótkie łańcuchy dostaw, miejską infrastrukturę targową oraz wzmacnianie funkcjonalnych powiązań Krakowa z jego otoczeniem.
A właśnie tutaj zaczyna się znaczenie tej uchwały dla mieszkanek i mieszkańców Krakowa. Bezpieczeństwo żywnościowe nie sprowadza się jedynie do tego, czy w sklepie jest pełna półka. To także pytanie o to, jak długa jest droga produktu do naszego stołu, ilu pośredników znajduje się pomiędzy producentem i konsumentem, jak trwały jest lokalny system dostaw i czy miasto potrafi współpracować z rolniczym otoczeniem, od którego w części jest zależne.
Podobnie jest z przedmieściami. Nie są one już wyłącznie przestrzenią „pomiędzy” miastem i wsią. To miejsce życia tysięcy osób związanych z Krakowem pracą, edukacją, usługami i kulturą. Problemy transportowe, środowiskowe, społeczne czy żywnościowe nie zatrzymują się przy tablicy z nazwą gminy. Dlatego współpraca Krakowa z jego otoczeniem może być traktowana nie jako dodatkowy projekt, lecz jako odpowiedź na rzeczywiste funkcjonowanie współczesnej metropolii.
W tym sensie „Mądre Wioski, Przedmieścia w Mieście” nie są projektem wyłącznie dla mieszkańców wsi. Dotyczą również Krakowa i pytań o to, skąd bierze się żywność w mieście, jak blisko może być produkowana, jak wspierać lokalnych producentów, jak wykorzystywać targowiska, jak budować odporność lokalnych społeczności i jak zszywać obszary, które administracyjne granice dzielą, ale codzienne życie nieustannie łączy.
Uchwała Rady Miasta nie daje jeszcze odpowiedzi na wszystkie te pytania. Daje natomiast podstawę, aby Kraków zaczął szukać ich wspólnie ze swoim najbliższym otoczeniem.
jb




19 i 20 września Centrum Kultury „Dworek Białoprądnicki” zaprasza na 7. Festiwal Równości. Tegoroczna edycja odbywa się pod hasłem „wszyscy się zmieszczą”, a symbolem wydarzenia będzie wspólny stół, przy którym przestrzeń otrzymają różne doświadczenia, historie i perspektywy. W tym roku szczególnie wyraźnie wybrzmi również pytanie o miejsce zwierząt we wspólnocie oraz o nasze międzygatunkowe relacje.

Festiwal Równości od początku jest miejscem rozmowy o różnorodności, wykluczeniu, prawach człowieka i współczesnych problemach społecznych. Organizatorzy siódmej edycji poszerzają jednak tę perspektywę. W programie znalazły się rozmowy o odpowiedzialności za dzikie zwierzęta, ochronie przyrody, wolontariacie, relacjach międzygatunkowych i ekofeminizmie.

Pierwszy dzień Festiwalu, w sobotę 19 września, odbędzie się pod hasłem „O zwierzętach i ludziach”. O godz. 14.00 przedstawiciele Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków wraz z fotografem przyrody Pawłem Łabajem opowiedzą o obserwowaniu i fotografowaniu dzikiej przyrody, początkach przygody z ornitologią oraz o zasadach etycznych, które powinny towarzyszyć człowiekowi w kontakcie ze zwierzętami żyjącymi w naturalnym środowisku.

O godz. 15.30 fundacja Akcja dla Dzikich Zwierząt zaprosi na spotkanie „Jak pomagać dzikim sąsiadom”. Lekarka weterynarii Karolina Ptak oraz biolog i edukatorka Magdalena Białas opowiedzą o ratowaniu miejskiej fauny, odpowiedzialnej pomocy rannym zwierzętom oraz możliwościach włączenia się w wolontariat. Wieczorem, o godz. 18.00, Marcin Kostrzyński, znany jako „Marcin z lasu”, pokaże własne materiały filmowe i opowie o wilkach, niedźwiedziach, lisach oraz innych mieszkańcach polskich lasów.

Sobotni program uzupełni również sztuka. W Galerii Baszta odbędzie się performance Suri Stawickiej „Czynnik Zewnętrzny”, odwołujący się między innymi do gender studies, nowego materializmu feministycznego i posthumanizmu.

W niedzielę, 20 września, od godz. 11.00 działać będzie Strefa NGO, w której zaprezentują się organizacje zajmujące się między innymi prawami człowieka i zwierząt, przeciwdziałaniem wykluczeniu oraz wsparciem różnych grup społecznych. Niedzielne rozmowy poprowadzi prof. Joanna Hańderek. W programie znalazły się panele dotyczące przemocy i stygmatyzacji, doświadczeń tęczowych rodzin, a także prezentacja miejskiego projektu „Odblokuj się na równość”.

Z perspektywy praw zwierząt szczególnie istotny będzie panel „Międzygatunkowy feminizm”, zaplanowany na godz. 16.30. Rozmowa ma dotyczyć ekofeminizmu, relacji ludzi ze zwierzętami oraz różnych form asymetrii wpisanych w te relacje. W dyskusji wezmą udział Elżbieta Talar-Suchan, Monika Kohut oraz Monika Konieczna. Niedzielny program zakończy koncert zespołu Miód.

Festiwal nie ograniczy się jednak do paneli. W programie znalazły się również warsztaty poświęcone gołębiom, spacer ornitologiczny po terenie Dworku Białoprądnickiego i Parku Kościuszki, joga w parku z psami, charytatywne szycie ubranek dla bezdomnych zwierząt, międzypokoleniowe malowanie, sitodruk oraz otwarty trening samoobrony.

7. Festiwal Równości odbędzie się 19 i 20 września 2026 roku w Centrum Kultury „Dworek Białoprądnicki” w Krakowie. Wstęp na wszystkie wydarzenia jest bezpłatny, na wybrane warsztaty obowiązują zapisy. Wszystkie panele dyskusyjne będą tłumaczone na Polski Język Migowy. Organizatorkami i organizatorami wydarzenia są Centrum Kultury „Dworek Białoprądnicki”, Fundacja Dialogu Obywatelskiego, Joanna Hańderek i Kultura Wykluczenia?. Istota objęła Festiwal opieką medialną.




Red. Magda Hejda, prezeska Fundacji Przyjaciele Konia Petrusa, od dekady organizuje „Kundla Burego i Kocury w Dworku” – charytatywne wydarzenie, które łączy pomoc bezdomnym zwierzętom, adopcje, edukację i spotkania z osobami działającymi na ich rzecz. Tegoroczna edycja odbędzie się w niedzielę 4 października w Centrum Kultury „Dworek Białoprądnicki” w Krakowie.

Od godz. 12.00 do 16.00 w Dworku prezentowane będą psy i koty czekające na nowe domy. Przyjadą podopieczni Fundacji „Skrzydlaty Pies”, Fundacji Człowiek dla Zwierząt, Stowarzyszenia Dog Rescue z Wieliczki, House of Cats oraz Fundacji Przyjaciele Konia Petrusa.

To właśnie adopcje i realna pomoc zwierzętom są najważniejszą częścią „Kundla”. Przez całe wydarzenie prowadzona będzie również zbiórka karmy dla bezdomnych psów i kotów. Będzie można spotkać osoby, które na co dzień opiekują się zwierzętami, porozmawiać o adopcji, potrzebach psów i kotów oraz dowiedzieć się, jak odpowiedzialnie przygotować się do przyjęcia zwierzęcia do domu.

W programie nie zabraknie też wydarzeń dla dzieci. O godz. 12.05 krakowskie przedszkolaki zaśpiewają „Pies na łańcuchu”, a chwilę później „Kotki psotki”. O godz. 12.30 Ewa Stefańczyk z „Między nami Kot i Pies” poprowadzi warsztaty „Co mówi pies?”, a o godz. 13.00 odbędzie się spotkanie z Julią Zarycką, autorką książki dla dzieci „Bajka o piesku, który uczył miłości”.

Od godz. 12.00 do 16.00 odbywać się będą również warsztaty. Lidia Jewulska-Fitowicz z Akademii Senso Plastyki zaprosi dzieci do tworzenia serwetników-zwierzaków, Alicja Ożóg poprowadzi szycie maskotek, prof. Barbara Niedźwiedzka przygotuje warsztaty plastyczne i edukacyjne, a Michał Czuba z Fundacji Peruna opowie o dzikich zwierzętach żyjących w mieście.

Przez całe wydarzenie dostępne będą również porady behawioralne Agnieszki Zaborowskiej, pchli targ przygotowany przez fundacje i stowarzyszenia, „Psięgarnia”, w której książkę będzie można otrzymać za wolny datek, oraz „Kwiatek za wolny datek”. Wszystko po to, by wesprzeć działania na rzecz zwierząt i jednocześnie stworzyć miejsce spotkania osób, którym ich los nie jest obojętny.

Jednym z elementów tegorocznego programu będzie także cykl rozmów edukacyjnych poświęconych naszej relacji ze zwierzętami i odpowiedzialności za ich los. Rozmowy poprowadzi Janusz Bończak.

O godz. 12.30 dr hab. Joanna Hańderek, prof. UJ oraz red. Dagmara Szastak z Green REV Institute spotkają się w rozmowie „Co po Piątce?”. O godz. 13.20 Zofia Seweryn i Anna Piasecka porozmawiają w spotkaniu „Serce w siodle”. O godz. 14.00 Klaudia Bogros ze Skawińskiego Stowarzyszenia Pomocy dla Zwierząt i lekarz weterynarii Szymon Bałek podejmą temat zwierząt w schroniskach. O godz. 14.40 prof. Barbara Niedźwiedzka opowie o inicjatywie „Chrześcijanie dla zwierząt”, a o godz. 15.10 Michał Czuba poruszy temat dzikich zwierząt w mieście.

Pomiędzy rozmowami odbywać się będą prezentacje zwierząt czekających na adopcję oraz spotkania z aktywistkami i aktywistami działającymi na ich rzecz.

Wydarzenie poprowadzą Magda Hejda i Janusz Bończak.

Kundel Bury i Kocury w Dworku
niedziela, 4 października 2026
godz. 12.00–16.00
Centrum Kultury „Dworek Białoprądnicki”
ul. Papiernicza 2, Kraków
Wstęp wolny

Istota.info objęła wydarzenie patronatem medialnym.




W sobotę, 5 września, dach Galerii Bronowice ponownie wypełnią klasyczne samochody. Podczas III Zlotu Klasyki na Dachu będzie można zobaczyć blisko 300 pojazdów z różnych okresów historii motoryzacji. W programie znalazły się również koncert, pokaz elegancji, konkursy, panel dyskusyjny oraz Wielkowiejskie Targi. Organizatorzy zapowiadają prezentację starannie wyselekcjonowanych samochodów podzielonych na kilka stref tematycznych. Na dachu galerii pojawią się między innymi auta przedwojenne, oldtimery, youngtimery oraz klasyczne samochody pochodzące z krajów dawnego bloku wschodniego. Przy pojazdach znajdą się specjalne karty pozwalające poznać ich historię oraz najważniejsze dane techniczne. W programie wydarzenia przewidziano także wjazd uczestników X Rajdu kanYny, spotkanie KKN, pokaz elegancji oraz głosowanie na Auto Zlotu. Jednym z punktów programu będzie panel dyskusyjny z uczestnikami, wystawcami i zaproszonymi gośćmi, który poprowadzi Janusz Bończak. Motoryzacyjnej części wydarzenia towarzyszyć będzie koncert zespołu Ornette.

Na III Zlocie Klasyki Zaplanowano ponadto mini giełdę akcesoriów do samochodów klasycznych, strefę gastronomiczną oraz możliwość konsultacji z rzeczoznawcą w sprawie procedury uzyskania żółtych tablic rejestracyjnych.

III Zlot Klasyki na Dachu odbędzie się w sobotę, 5 września, od godz. 12.00 do 19.00 na poziomie +2 Galerii Bronowice w Krakowie.
Źródło: Galeria Bronowice




Kraków administracyjnie kończy się na swojej granicy, ale życie miasta już dawno ją przekroczyło. Ludzie mieszkają pod Krakowem, pracują w Krakowie, korzystają z tych samych dróg, oddychają tym samym powietrzem i kupują tę samą żywność, a pola i gospodarstwa położone poza miastem coraz częściej stają się częścią jego zaplecza. W tym samym czasie sąsiednie gminy próbują samodzielnie budować lokalne rynki, krótkie łańcuchy dostaw, transport, miejsca spotkań i nowe relacje między wsią a miastem. Czy Kraków potrafi już myśleć o sobie nie jak o samotnej wyspie, ale jak o części większej wspólnoty?

Rozmawiam z prof. Joanną Hańderek, filozofką i wykładowczynią Uniwersytetu Jagiellońskiego, radną Krakowa, przewodniczącą Rady Krakowskiej Nowej Lewicy oraz Komisji Ochrony Środowiska Rady Miasta Krakowa. Jest też przewodniczącą zespołu „Mądre Wioski. Przedmieścia w Mieście”, dlatego tym razem nie będziemy rozmawiać wyłącznie o ideach. Zapytamy, co z nich naprawdę wynika.

Gdzie dzisiaj naprawdę kończy się Kraków? Na tablicy z nazwą miasta czy dużo dalej, tam, gdzie mieszkają ludzie, którzy codziennie przyjeżdżają do Krakowa, tutaj pracują, uczą się i korzystają z miasta?

Kraków, jak każde inne miasto, tak naprawdę nigdy nie kończył się na swoich rogatkach. W jego przypadku jest to z jednej strony szczególna zależność wynikająca z historii, z drugiej – niezwykłe uwarunkowanie geograficzne związane ze specyfiką rolnictwa w Małopolsce. Małopolska to niezwykła ziemia Jury Krakowsko-Częstochowskiej i wiele małych, rodzinnych gospodarstw rolnych.

Mamy więc ogromny potencjał dostępu do wyjątkowych produktów lokalnych. Pozwala to skrócić łańcuchy dostaw, zmniejszyć ślad węglowy, a przede wszystkim uzyskać zdrową i unikalną żywność. W Krakowie już wiele się dzieje. Mamy Targ Pietruszkowy i inicjatywy społeczne umożliwiające dostarczanie do miasta żywności produkowanej przez lokalnych rolników. Podpisano również wielostronne porozumienie w ramach inicjatywy „Mądre Wioski. Przedmieścia w Mieście” i powołano zespół do rozwoju programu.

Kraków rozwija się również kosztem przestrzeni wokół siebie. Przybywa osiedli i samochodów, znika ziemia rolna, a gminy muszą budować szkoły, drogi i usługi. Czy miasto powinno brać większą odpowiedzialność także za to, co dzieje się poza jego granicami?

Oczywiście. Miasto jest organizmem opartym na bardzo wrażliwych połączeniach społecznych, dlatego nie można patrzeć na nie wyłącznie jak na przestrzeń urbanistyczną. Jest ono siecią relacji międzyludzkich.

Z drugiej strony ekspansja miasta wymaga odpowiedzialności i uważności. Ziemia w Małopolsce oraz specyfika tutejszego rolnictwa powinny skłaniać do ochrony terenów rolniczych i zagwarantowania możliwości rozwoju gospodarstwom rodzinnym.

Odpowiedzialna polityka przestrzenna miasta i gmin ościennych powinna powstrzymywać niekontrolowaną ekspansję zabudowy. Z perspektywy rolnika prostsze może być sprzedanie ziemi uprawnej i przekształcenie jej w teren budowlany. Ogranicza to jednak dostęp do lokalnej żywności i uzależnia nas od produkcji masowej. Każde miasto powinno więc dbać o relacje z rolnikami z najbliższych sołectw i gmin, aby zachować tereny uprawne.

W programie „Mądre Wioski. Przedmieścia w Mieście” chcemy rozwijać integrację Krakowa z Wielką Wsią oraz innymi gminami i sołectwami ościennymi. Naszą misją jest dotarcie do rolników produkujących zdrową, lokalną żywność, aby zachować to dziedzictwo żywieniowe. Odpowiedzialna polityka miejska powinna traktować lokalne rolnictwo właśnie jako jego część.

Od kilku lat rozmawiamy o Mądrych Wioskach, krótkich łańcuchach dostaw i współpracy miasta z jego otoczeniem. W marcu podpisano wielostronne porozumienie. Co powinno wydarzyć się teraz, żeby za kilka lat nie pozostały po nim jedynie podpisy i dobre wspomnienie?

Razem z moim klubem zaproponowałam uchwałę wspierającą program „Mądre Wioski. Przedmieścia w Mieście”. Proponujemy w niej zaktywizowanie rad dzielnic, aby nawiązywały kontakty z najbliższymi gminami i sołectwami, oraz tworzenie nowych targowisk. Potrzebne są miejskie dotacje dla targowisk i społeczności pragnących organizować targi weekendowe lub jednodniowe.

Najważniejsze jest to, żeby rolnikom opłacało się przyjeżdżać do miasta i sprzedawać towary bezpośrednio konsumentom. Potrzebujemy uproszczonych procedur organizowania jednodniowych i weekendowych targów oraz wsparcia rolników działających z poszanowaniem ziemi i środowiska. Nie wolno zaniedbać tego, co dobre i co działa. Należy inwestować w ten model i rozwijać go w mieście.

Jaki będzie pierwszy konkretny krok po przyjęciu uchwały: kto ma go wykonać, w jakim terminie i z jakiego budżetu zostanie sfinansowany?

Liczę na spotkania z radnymi dzielnic. Już wiem, że są osoby zainteresowane, które również liczą na współpracę. Ponieważ budżet na ten rok jest już zaplanowany, o dotacji na wsparcie projektu będzie można dyskutować w grudniu. Na pewno złożę poprawkę z propozycją wyasygnowania odpowiedniej kwoty na ten cel. Na razie pozostanie praca urzędnicza, by przygotować wszystko na nowy rok. Oczywiście mówię o planach. Uchwała jeszcze nie została przyjęta przez Radę Miasta, więc najbliższym działaniem jest przekonanie wszystkich, jak bardzo potrzebna jest nam mądra polityka proekologiczna, wspierająca naszą lokalność.

We wrześniu ubiegłego roku Rada Miasta, z inicjatywy Koalicji Obywatelskiej, przyjęła uchwałę dotyczącą Miejskiego Programu Promocji Placów Targowych. Pani głosowała za. Minął prawie rok. Co rzeczywiście zrobiono?

Trochę się wydarzyło. Wydział do spraw Przedsiębiorczości i Innowacji Urzędu Miasta Krakowa uruchomił pulę środków na tak zwane małe granty, przyznawane w trybie art. 19a ustawy o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie. Organizacje pozarządowe mogą ubiegać się o dotacje do 10 tysięcy złotych na projekty aktywizujące i integrujące społeczności lokalne na miejskich placach targowych.

Zgodnie z założeniem, że targowiska nie powinny pełnić wyłącznie funkcji handlowej, organizowano na nich wydarzenia integrujące. Na placu targowym Unitarg przy ulicy Grzegórzeckiej odbywało się kino letnie, a na Tandecie przy ulicy Krzywda organizowano wymiany ubrań, warsztaty upcyklingu oraz kiermasze lokalnego rękodzieła. Na Starym Kleparzu, placu Na Stawach, placu Nowym i targowisku przy ulicy Bulwarowej organizowano sąsiedzkie wymianki, targi żywności lokalnej i sezonowej oraz kiermasze promujące regionalnych dostawców.

W budżecie znalazło się sto tysięcy złotych na promocję placów targowych. Czy jednak problemem krakowskich targowisk jest brak promocji? Czy ważniejsze nie jest pytanie, kto na nich handluje, skąd pochodzi żywność i czy mały producent z podkrakowskiej gminy w ogóle może się tam dostać?

Promocja jest istotnym elementem. Współczesny sposób odżywiania pokazuje, że wiele osób bez oporu daje dzieciom pieniądze, które są następnie wydawane na wysoko przetworzoną żywność z popularnych sklepów i łatwo dostępnych punktów gastronomicznych. Promocja targów może więc rozpocząć debatę społeczną o wartości zdrowej żywności.

Przede wszystkim musimy jednak ponownie określić, czym jest jedzenie. Jeżeli będziemy rozumieć posiłek wyłącznie jako sposób zapobiegania głodowi, mechaniczną czynność pozwalającą przetrwać i podstawową funkcję biologiczną organizmu, nadal będziemy popełniać błędy żywieniowe. Potrzebujemy nowej narracji i filozoficznego podejścia do jedzenia jako wydarzenia towarzyskiego, społecznego i rodzinnego.

Promocja nie rozwiązuje jednak problemu dostępu małego producenta do targowiska. Czy miasto przygotuje dla rolników z gmin ościennych preferencyjne stawki, wyznaczone miejsca handlowe albo wsparcie transportowe? Jeśli tak, kiedy?

Trwają prace. Mam nadzieję, że ten projekt uda się zamknąć w tej kadencji. Na pewno powstaną nowe miejsca targowe, które zobaczymy już w przyszłym roku. Niektóre procedury już są upraszczane. Proponuję powiedzieć: „sprawdzam”. W przyszłym roku wszyscy powinniśmy już zobaczyć różnicę.

Relacja pomiędzy Krakowem a gminami ościennymi staje się napięta również z powodu Strefy Czystego Transportu i obaw rolników korzystających ze starszych samochodów, które nie spełniają wymaganych norm. Moim zdaniem ten problem należy przepracować. Radni z mojego klubu rozmawiali o możliwości wsparcia czystego transportu. Można również rozważyć rozwiązania umożliwiające rolnikom dowożenie towarów w dni targowe. Najważniejsze jest wypracowanie ulg lub innych form wsparcia dla dostawców z gospodarstw rolnych. W przeciwnym razie napięcie pomiędzy Krakowem a rolnikami z gmin i sołectw ościennych będzie się utrzymywać.

Często mówi Pani o wykluczeniu i o tym, że Lewica powinna zauważać tych, których inni nie widzą. Czy wieś i przedmieścia nie stały się niewidocznym obszarem polityki miejskiej, potrzebnym Krakowowi, ale wciąż traktowanym przede wszystkim jako jego zaplecze?

Obawiam się, że tak.

Miasto można potraktować jako metaforę podwójnego wykluczenia. Dotyczy ono zarówno ludzi, którzy na co dzień muszą zmagać się z korkami, przeludnieniem, problemami mieszkaniowymi, wzrostem temperatury i niedostatkiem zieleni, jak i terenów pozamiejskich, gdzie wieś jest traktowana jak sypialnia miasta albo pozostaje niezauważana. Rozwój urbanistyczny, który zabudowuje i wchłania najbliższe tereny, sprowadza wieś do roli obszaru przydatnego miastu.

Polityka i działania samorządowe powinny zmienić tę sytuację. Musimy przejść od instrumentalizacji i uprzedmiotowienia do współdziałania i wzajemnego wsparcia. Podczas lockdownu w pandemii COVID-19 wiele towarów z zagranicy docierało do naszego kraju i naszych miast z opóźnieniem. Wojna może spowodować chaos i utrudnić dostęp do najpotrzebniejszych produktów. Miasta powinny również myśleć o możliwie dużej odporności żywnościowej i zdolności działania w warunkach kryzysu klimatycznego lub żywnościowego. Wykluczenie terenów wiejskich wynika więc nie tylko z niezrozumienia relacji między miastem a wsią. W szerszej perspektywie może także stanowić zagrożenie.

Potrzebujemy myślenia inkluzywnego, łączącego miasto i wieś w jeden organizm, którym w istocie są od zawsze. Administracyjny podział na wieś, gminę, sołectwo, miasto i dzielnice ułatwia zarządzanie, ale wszystkie te obszary tworzą współistniejący organizm instytucji i ludzi, zależnych od siebie i wzajemnie na siebie oddziałujących. To, co dzieje się na wsi – susza, powódź czy urodzaj, wpływa na miasto, między innymi na ceny produktów. To, co dzieje się w mieście, rozwój urbanistyczny czy edukacja, oddziałuje na wieś poprzez napływ nowych mieszkańców i presję zabudowy.

Jest Pani filozofką i radną, więc na koniec połączmy te dwie role. Jak powinna wyglądać uczciwa relacja między Krakowem a otaczającymi go gminami, żeby wieś nie była tylko miejscem, z którego miasto bierze przestrzeń, żywność, pracowników i czyste powietrze, ale rzeczywiście stała się jego równorzędnym partnerem?

Dla mnie bycie radną jest uzupełnieniem bycia filozofką. Przewodniczenie Komisji Ochrony Środowiska traktuję jako praktykę ekoetyki, a pracę radnej – jako praktykę filozofki kultury. Miasto jest organizmem i musimy patrzeć na nie jak na przestrzeń wielu praktyk, aspektów i możliwości. Ten organizm jest jednak niezwykle wrażliwy, podatny na zmianę i zniszczenie. Wyzwania, które stawia przed nami miasto, muszą być rozwiązywane z uwzględnieniem kryzysu klimatycznego i jego konsekwencji.

Relacja między wsią a miastem powinna być relacją wspólnotową. Wzajemność musi wynikać z dialogu zmierzającego do zapewnienia bezpieczeństwa w zmieniającym się świecie. Kraków ma szczęście znajdować się blisko cennych terenów rolniczych, na których przetrwało wiele rodzinnych gospodarstw. To daje nadzieję. Nadal zależy od nas, czy stworzymy wzajemność, nauczymy się doceniać rolników i ich pracę oraz zbudujemy wspólnotę.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Janusz Bończak




5 i 6 września Kraków będzie gospodarzem XVIII Kongresu Kobiet. W Centrum Kongresowym ICE spotkają się przedstawicielki i przedstawiciele świata nauki, polityki, organizacji społecznych, kultury i mediów. Tegoroczna edycja odbywa się pod hasłem „Demokracja, Równość, Solidarność”.

Program jest bardzo obszerny: sesje plenarne, kilkanaście centrów tematycznych, warsztaty, Park Kobiet oraz wydarzenia towarzyszące. Wśród tematów są prawa kobiet, społeczeństwo obywatelskie, edukacja, polityka, ekonomia, klimat, żywność, prawa zwierząt, kultura, media, samorząd czy coraz mocniej obecna w debacie publicznej manosfera.

W „Istocie” szczególnie zwracamy uwagę na niedzielny panel „Od praw kobiet po klimat. Jak blokowane są progresywne reformy?”. Rozmowa rozpocznie się 6 września o godz. 9.00 w Centrum Obywatelskim, sala S4/D. W panelu wezmą udział Emilia Barabasz, Natalia Broniarczyk, Anna Duniewicz, Magdalena Gałkiewicz, Joanna Hańderek i Natalia Klima-Piotrowska. Moderować będzie Sylwia Spurek.

Joanna Hańderek jest filozofką związaną z Instytutem Filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego, radną Miasta Krakowa i przewodniczącą Komisji Ochrony Środowiska RMK, a także od lat współpracuje z „Istotą”. W swojej działalności łączy kwestie praw człowieka, wykluczenia, praw zwierząt, ekoetyki i kryzysu klimatycznego.

To niejedyny punkt programu bliski tematom, którymi zajmuje się „Istota”. W sobotę w Centrum Zielonym zaplanowano rozmowy o dezinformacji ekologicznej, żywności w stołówkach jako narzędziu polityki troski, transformacji zielonych miast oraz roli kobiet w transformacji energetycznej. Szczególnie interesująco zapowiada się panel „Żywność w stołówkach kołem zamachowym polityki troski” z udziałem m.in. Morgan Janowicz i Justyny Zwolińskiej oraz rozmowa „Transformacja zielonych miast – Kraków i Łódź pokazują drogę”.

W niedzielę działać będzie także Centrum Zwierząt. W programie znalazły się debaty o bezdomności zwierząt, odbieraniu zwierzętom ich podmiotowości i ciał, politycznych doświadczeniach związanych z próbami zmiany prawa oraz rozmowa Magdaleny Środy z Karoliną Kuszlewicz „Zmieńmy prawo łowieckie!”.

Warto odnotować również Okrągły Stół Rolniczek i Kobiet z Obszarów Wiejskich, zaplanowany na sobotę w godz. 13.15–14.45. To jeden z tych punktów programu, w których kwestie równości spotykają się bezpośrednio z problemami wsi, rolnictwa i lokalnych społeczności.

XVIII Kongres Kobiet odbędzie się 5–6 września 2026 roku w Centrum Kongresowym ICE przy ul. Marii Konopnickiej 17 w Krakowie. Udział wymaga wcześniejszej rejestracji, a na część warsztatów prowadzone są osobne zapisy.

Program i informacje o XVIII Kongresie Kobiet
Rejestracja na XVIII Kongres Kobiet




Biała Księga pokazuje, dlaczego „Piątka dla Zwierząt” upadła i jak projektować skuteczne reformy

6 września 2026 roku podczas XVIII Ogólnopolskiego Kongresu Kobiet w Krakowie odbędzie się premiera Białej Księgi „Legislacja pod presją. Lekcje z Piątki Kaczyńskiego. Jak projektować reformy odporne na strach polityków” autorstwa dr. Sylwii Spurek. Publikacja wydana przez Green REV Institute rekonstruuje proces legislacyjny z 2020 roku, wskazuje przyczyny zatrzymania reformy i przekłada doświadczenia „Piątki dla Zwierząt” na konkretny Model Projektowania Reformy.

„Piątka dla Zwierząt” była jednym z najgłośniejszych i najbardziej konfliktowych projektów zmian w ustawie o ochronie zwierząt w ostatnich latach. Obejmowała m.in. zakaz hodowli zwierząt na futra, ograniczenie uboju bez ogłuszania, zakaz wykorzystywania zwierząt w cyrkach oraz zmiany dotyczące zwierząt domowych, schronisk i interwencji organizacji społecznych.

Projekt przeszedł przez Sejm w ciągu 48 godzin. Po trzydziestu dniach prac Senatu wrócił do Sejmu. Na tym etapie prace legislacyjne zostały zatrzymane. Ustawy ostatecznie nie przyjęto, a opinia publiczna nie otrzymała pełnego wyjaśnienia przyczyn wycofania się z reformy.

Biała Księga pokazuje, że jej niepowodzenia nie można sprowadzić do jednego błędu ani jednej decyzji politycznej. Złożyły się na nie problemy prawne i proceduralne, brak pełnej oceny skutków regulacji oraz niewystarczające konsultacje. Znaczenie miały również brak trwałej większości politycznej, niedoszacowanie siły i zasobów przeciwników reformy, słabe przygotowanie komunikacyjne oraz brak alternatywnych scenariuszy działania na wypadek kryzysu.

„Reforma nie zaczyna się w Sejmie, ale dużo wcześniej. Jeżeli projektowana ustawa jest pierwszym krokiem w procesie reformy, projekt z definicji jest źle zaplanowany.” – dr. Sylwia Spurek, autorka Białej Księgi

Publikacja powstała na podstawie szerokiego materiału badawczego. Analiza objęła publicznie dostępne dokumenty legislacyjne, stenogramy z prac parlamentarnych oraz blisko 200 pisemnych opinii i stanowisk. Przeprowadzono także 25 wywiadów indywidualnych i trzy panele eksperckie. Biała Księga została poddana konsultacjom oraz pięciu niezależnym recenzjom wydawniczym.

„Przegrana Piątki dla Zwierząt nie powinna pozostać wyłącznie historią straconej szansy. Dlatego wracamy do niej po sześciu latach i pytamy, czego może nas nauczyć. Biała Księga ma być narzędziem dla osób, które chcą projektować zmianę zdolną przetrwać presję polityczną, ekonomiczną i medialną.” – Anna Spurek, prezeska Green REV Institute

Od diagnozy do Modelu Projektowania Reformy

Finałem Białej Księgi jest Model Projektowania Reformy. Pokazuje on, że skuteczna zmiana wymaga znacznie więcej niż przygotowania projektu ustawy i zdobycia większości w parlamencie.

Model obejmuje pogłębioną diagnozę problemu, wysoką jakość przepisów, pełną ocenę skutków regulacji oraz rzeczywiste konsultacje. Uwzględnia także mapowanie interesariuszek i interesariuszy oraz ich zasobów, budowanie trwałych koalicji, segmentację komunikacji i przygotowanie na dezinformację.

Autorka wskazuje również na potrzebę tworzenia alternatywnych scenariuszy działania, wcześniejszego określania granic negocjacji i przygotowania na możliwe weto prezydenckie. Jedną z rekomendacji jest także dzielenie rozbudowanych pakietów zmian na spójne projekty sektorowe, jeśli może to zwiększyć szanse powodzenia reformy.

Biała Księga zwraca uwagę, że proces nie kończy się wraz z głosowaniem. Reforma wymaga także skutecznego wdrożenia, monitorowania rezultatów i wyciągania wniosków również wtedy, gdy zostaje politycznie zatrzymana.

Lekcja nie tylko dla praw zwierząt

Znaczenie publikacji wykracza poza historię jednej ustawy. Opisane mechanizmy mogą pojawić się wszędzie tam, gdzie reforma narusza silne interesy ekonomiczne lub polityczne.

Dotyczy to praw zwierząt, ale także polityki klimatycznej, zdrowia publicznego, praw człowieka czy transformacji systemu żywnościowego. W każdym z tych obszarów sama racja merytoryczna lub etyczna nie gwarantuje powodzenia zmiany.

Biała Księga pokazuje, że reforma potrzebuje odpowiednio przygotowanego prawa, danych i zaplecza eksperckiego. Potrzebuje także trwałych koalicji, strategii politycznej oraz komunikacji odpornej na presję i kryzys.

Premiera 6 września w Krakowie

Premiera Białej Księgi odbędzie się 6 września 2026 roku podczas XVIII Ogólnopolskiego Kongresu Kobiet w Centrum Kongresowym ICE Kraków.

W ramach premiery, w godz. 11.15–11.45, odbędzie się panel „Legislacja pod presją. Przedwyborcze lekcje z Piątki Kaczyńskiego”, poświęcony politycznym i legislacyjnym wnioskom płynącym z historii reformy.

Egzemplarze Białej Księgi będzie można otrzymać na stoisku Green REV Institute podczas Kongresu. Publikacja będzie również dostępna bezpłatnie w wersji elektronicznej.

O wydawcy

Green REV Institute to wegański think tank działający na rzecz sprawiedliwej transformacji systemu żywnościowego. Prowadzi działania badawcze, rzecznicze i edukacyjne, łącząc kwestie zdrowia publicznego, praw człowieka, klimatu, środowiska oraz praw zwierząt. Jest inicjatorem Federacji Bezpieczna Żywność, prowadzi portal Bezpieczna Żywność i wydaje magazyn „Nowa Bezpieczna Żywność”.

 O autorce

Sylwia Spurek, radczyni prawna, doktorka nauk prawnych i legislatorka. Od ponad 25 lat działa w sferze publicznej: od organizacji pozarządowych, przez naukę i instytucje państwa, po politykę europejską. Była posłanką do Parlamentu Europejskiego i Zastępczynią Rzecznika Praw Obywatelskich. Jest prezeską EFI i współfundatorką Green REV Institute. Łączy prawo, dane i aktywizm. Jest feministką i była nią, zanim stało się to modne, oraz weganką, choć nadal bywa to uznawane za radykalne. W centrum jej działań znajdują się prawa kobiet i prawa zwierząt, szczególnie tych, których głos nie jest słyszany.

Finansowanie

Wydano w ramach zadania „Biała Księga Prac nad Piątką dla Zwierząt” finansowanego ze środków Narodowego Instytutu Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego w ramach Rządowego Programu Rozwoju Organizacji Obywatelskich na lata 2018–2030.
Źródło: Green REV Institute

 

 




W Krakowie rozpoczęła się 9. edycja BNP Paribas Green Film Festival. Festiwal otworzyli Grzegorz Dukielski – dyrektor wydarzenia, Dominika Gawęda i Paweł Rurak-Sokal z Blue Café – ambasadorzy festiwalu, Daniel Wiśniowski – dyrektor Departamentu Marki Kraków oraz Jarosław Frączek reprezentujący Bank BNP Paribas.

Filmem otwarcia był dokument „Do ostatniego oddechu” w reżyserii Ewy Ewart. Po projekcji odbyło się spotkanie z reżyserką oraz operatorem Robertem Ciodykiem. Film bierze udział w festiwalowym konkursie na najlepszy dokument.

Pierwszego dnia zainaugurowano również cykl naukowych stand-upów, podczas których o ekologii, środowisku i współczesnych wyzwaniach opowiadają eksperci oraz zaproszeni goście. W pierwszym spotkaniu wystąpili Paweł Ścigalski z Urzędu Miasta Krakowa, Jakub Wiech – dziennikarz i twórca podcastu „Elektryfikacja” oraz Krzysztof Ignaczak, mistrz świata w siatkówce z 2014 roku.

Naukowe stand-upy będą odbywać się podczas kolejnych dni festiwalu w godzinach od 19.30 do 20.30.

Cyrkularna przyszłość – drugi dzień festiwalu

Tematem kolejnego dnia jest gospodarka cyrkularna. Oprócz projekcji filmowych organizatorzy zapraszają m.in. na kino dla dzieci, darmowe naprawy krawieckie i rowerowe, wystawę rzeźb, strefę dobrego smaku oraz spotkania z ekspertami.

WE LOVE CINEMA – Bulwar Czerwieński

17.00 – „Homo Plasticus”, Francja, reż. Elodie Bones
18.00 – „Ostatnia strażniczka” („Last Ranger”), USA, reż. Cindy Lee
18.30 – „Odpady” („The Rubbish!”), Francja, reż. Benjamin Nuel

19.30 – Naukowy stand-up

„Bądź cyrkularny. Puść w obieg”
– Przemysław Feliga, InPost
– Karolina Mulhern, VIVE Group

„Szklana pułapka 2: sequel. Którędy do cyrkularnej przyszłości?”
– Przemysław Skowron, radiowiec i podcaster

„Zrównoważona moda”
– Zofia Piwowarek, Uczelnia Łazarskiego

20.30 – „Ludzie z plastiku” („Plastic People: The Hidden Crisis of Microplastics”), Kanada, reż. Ben Addelman i Ziya Tong

CANPACK CINEMA – Bulwar Czerwieński

17.00 – blok filmów dokumentalnych:
– „Sprawiedliwy handel tylko dla bogatych?”, Niemcy, reż. Patrick Jütte
– „Brak wody: co możemy zrobić?”, Niemcy
– „Odtamowani”, USA, reż. Shane Anderson
– „Jaskraworóżowe delfiny”, USA, reż. Nicole Gormley

18.30–20.00 – kino dla dzieci
„Jeżyk i przyjaciele”, Niemcy, reż. Regina Welker i Nina Wels

20.00 – „Toksyczne zbiory”, RPA, reż. Andréa Gema
21.00 – „Paul Robień. Apostoł przyrody”, Polska, reż. Marek Osajda

BNP Paribas Green Film Festival łączy kino dokumentalne poświęcone środowisku i zmianom klimatycznym z debatami, spotkaniami z ekspertami oraz wydarzeniami edukacyjnymi. Projekcje i wydarzenia odbywają się m.in. na Bulwarze Czerwieńskim w Krakowie.

Pełny program dostępny jest na stronie organizatora festiwalu.




Rozmowa o powietrzu, oddechu i odpowiedzialności.

Powietrze wydaje się niewyczerpane. Jest wszędzie, więc na co dzień prawie go nie zauważamy. Dopiero kiedy zaczyna nam go brakować albo kiedy dowiadujemy się, czym naprawdę oddychamy, rozumiemy, jak cienka i krucha jest przestrzeń, w której istnieje życie.
Podczas Wielkowiejskiego Targu, 18 lipca 2026 roku, rozmawialiśmy o czystym powietrzu, smogu, wymianie źródeł ciepła, ubóstwie energetycznym, ochronie drzew i edukacji ekologicznej. Punktem wyjścia stało się porównanie atmosfery do skórki jabłka. To właśnie w tej cienkiej warstwie żyjemy, oddychamy i podejmujemy działania, których skutki odczują kolejne pokolenia.
W rozmowie uczestniczyły prof. Joanna Hańderek, filozofka i etyczka, radna Miasta Krakowa i przewodnicząca Komisji Ochrony Środowiska Rady Miasta Krakowa, Monika Cyrek, ekodoradczyni w Referacie Ochrony Środowiska Gminy Wielka Wieś, oraz Katarzyna Bryzek, doradczyni energetyczna Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Krakowie. Rozmowę prowadził Janusz Bończak.

Joanna Hańderek:
Kiedy oddychamy, to, co naturalne, wydaje nam się oczywiste i w jakimś sensie nielimitowane. Nie zdajemy sobie sprawy, że czasami sami robimy wszystko, żeby nie móc swobodnie oddychać, żeby oddech przestał być tym, co daje nam życie.
Kiedy oddychamy zanieczyszczonym powietrzem, gdy jest w nim zbyt dużo różnych związków chemicznych powstających w wyniku naszego działania, sami działamy na swoją niekorzyść. Emitujemy do atmosfery gazy cieplarniane, między innymi metan, które będą długo pozostawały w tej naszej skórce, wpływając na jakość życia naszych dzieci i wnuków.
Pierwszą rzeczą, którą musimy sobie uświadomić, jest to, że oddech jest czymś naturalnym, ale jest też pewnego rodzaju przywilejem. Oznacza zdrowie i możliwość życia. Walka o czyste powietrze jest więc walką o to, żeby to, co najbardziej naturalne, mogło dalej funkcjonować. Żebyśmy mogli korzystać z życia i żeby następne pokolenia mogły żyć w dobrych warunkach.
Takie myślenie odbywa się tu na co dzień, na Wielkowiejskim Targu. Przyjeżdżają tu ludzie ze swoimi lokalnymi produktami, dzięki czemu zmniejsza się pozostawiany przez nie ślad węglowy. Produkty są tworzone z troską o środowisko, a to oznacza ograniczanie emisji i walkę o czyste powietrze. Pokazuje to, że tak jak oddech jest czymś naturalnym, tak samo naturalne może być dbanie o przyszłość i jakość życia na naszej planecie. Musimy jednak pamiętać, że to, co naturalne, także wymaga pielęgnacji.

Janusz Bończak:
Dlaczego nie dostrzegamy, że żyjemy w tak cienkiej przestrzeni, w tej skórce jabłka, w której może istnieć życie? Dopiero od kilkudziesięciu lat naprawdę wiemy, jak wygląda nasz glob. W 1968 roku, podczas misji Apollo 8, wykonano słynne zdjęcie wschodzącej Ziemi. Zobaczyliśmy naszą planetę jako niewielką kulę zawieszoną w przestrzeni. Czy wcześniej wydawało nam się, że bezkres powietrza jest nie do zniszczenia?

JH:
Problem polega na tym, że to, co naturalne, traktujemy jako oczywiste i dane nam raz na zawsze. Wyobrażamy sobie, że powietrze, które nas otacza, jest czymś nielimitowanym. Skoro było do tej pory, to będzie zawsze. Traktujemy to trochę jak niepisany kontrakt z rzeczywistością.
Oczywistość przyzwyczaja nasz umysł. Skoro oddycham i nie mam z tym problemu, wydaje mi się, że żadnego problemu nie ma. Dopiero kiedy zaczynam się dusić, na przykład biegnąc szybko pod górę, odkrywam, że oddychanie nie jest aż tak oczywiste. Mocno łapię powietrze i nie jestem w stanie go zaczerpnąć.
Kiedy oddech się uspokaja, znowu zapominamy o tym doświadczeniu. Wolimy o nim nie myśleć, bo duszenie się jest bolesne i przerażające. Wypieranie takich rzeczy jest naszym mechanizmem obronnym, ale na dłuższą metę staje się niebezpieczne. Nie słyszymy znaków alarmowych wysyłanych przez ciało.
Żyjąc w mieście, żyjemy trochę na bezdechu. Zanieczyszczenia powodują, że źle nam się oddycha, ale nauczyliśmy się funkcjonować w takich warunkach. Pierwsza rzecz to zatem usłyszeć, co mówi ciało. Ono chce oddechu, czystego oddechu. Nie bez przyczyny automatycznie dobrze się czujemy, kiedy widzimy zieleń i otwartą przestrzeń. W ten sposób nasz organizm reaguje na to, co bezpieczne i daje nam możliwość życia.

Często mówimy po prostu, że powietrze jest złe. Co jednak oznacza „złe powietrze”? Czym różnią się dym, pyły i smog?

Monika Cyrek:
Dla każdego „złe powietrze” może oznaczać coś innego. Jedna osoba pomyśli o powietrzu zadymionym, inna o nieprzyjemnym zapachu, a ktoś jeszcze o kurzu. Bardzo często nadużywamy też słowa „smog”. Jeżeli widzimy dym, od razu nazywamy go smogiem.
Najważniejszy w powietrzu jest dla nas tlen, bo daje nam życie. Bez jedzenia możemy wytrzymać tygodnie, bez wody kilka dni, a bez powietrza tylko kilka minut. Oddychamy tym, co akurat znajduje się wokół nas. Nie możemy wybrać sobie innego powietrza.
W powietrzu może znajdować się kurz, czyli większe cząsteczki ziemi, piasku i innych substancji obecnych w naszym otoczeniu. Kiedy oddychamy przez nos, błona śluzowa zatrzymuje część tych większych cząsteczek. Są jednak także pyły PM2,5 i PM10. To bardzo małe cząsteczki, które ze względu na swoje rozmiary z łatwością przedostają się do płuc i mogą wyrządzać w organizmie poważne szkody.
Dym powstający podczas spalania jest mieszaniną tlenków, pyłów i różnych substancji smolistych. Smog jest natomiast sytuacją, w której zanieczyszczenia gromadzą się w określonym miejscu i czasie, przy sprzyjających temu warunkach, między innymi bezwietrznej pogodzie i dużej wilgotności.
Znaczenie ma również ukształtowanie terenu. Jeżeli występuje niska emisja pochodząca z gospodarstw, jest bezwietrznie i wilgotno, a miejscowość znajduje się w dolinie lub kotlinie, zanieczyszczenia nie mogą się rozwiać i zaczynają się kumulować.
Możemy też wspomnieć o benzo[a]pirenie. To substancja, która przyczepia się do małych cząstek pyłu i razem z nimi łatwo dostaje się do organizmu. Jest silnie rakotwórcza. Możemy się nią zatruwać między innymi podczas spalania mokrego drewna.
Skutki przebywania w zanieczyszczonym środowisku nie zawsze pojawiają się od razu. Choroba może rozwijać się przez miesiące albo lata. Co ważne, to, co szkodzi nam najbardziej, często w ogóle nie ma zapachu. Nie jesteśmy więc w stanie tego samodzielnie wyczuć.

Nie chcemy nikogo straszyć, ale pokazać kruchość naszego świata i niezwykłe proporcje, dzięki którym możemy oddychać. Nasze organizmy są delikatne i wrażliwe. Powinniśmy więc wiedzieć, jak chronić powietrze. Pani Katarzyno, Wojewódzki Fundusz nie przyjmuje skarg na zanieczyszczenia, ale finansuje działania, które mają poprawić jakość powietrza. Jakiego rodzaju jest to pomoc?

Katarzyna Bryzek:
Skargi dotyczące zanieczyszczeń przyjmuje Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska. Wojewódzki Fundusz jest natomiast instytucją, która dofinansowuje działania z zakresu ochrony środowiska, w tym ochrony powietrza.
Dla osób fizycznych, gmin i przedsiębiorstw dostępne są różne programy. Niektóre mają formę dotacji, inne pożyczek. Pomagamy również w szukaniu innych źródeł finansowania i podpowiadamy, jak najlepiej je wykorzystać.

W gminie Wielka Wieś większość budynków stanowią domy jednorodzinne. Wiele z nich wybudowano kilkadziesiąt lat temu. Mieszkaniec zastanawia się, jaki ma piec i co może z nim zrobić. Rozumiem, że pierwszym krokiem jest wizyta u ekodoradcy w urzędzie gminy?

KB:
Ekodoradca jest pierwszą osobą, do której można się zwrócić i zapytać o dostępne źródła finansowania. Gmina Wielka Wieś obsługuje program „Czyste Powietrze”, dotyczący między innymi wymiany starych, nieefektywnych źródeł ciepła.
Można również pytać o inne środki przeznaczone na wymianę urządzeń. Programy pojawiają się w różnych terminach, a pieniądze niekiedy szybko się wyczerpują, dlatego zawsze warto sprawdzać aktualne możliwości. My także staramy się informować, jakie nabory są planowane i gdzie w najbliższym czasie pojawią się nowe środki.

Przychodzi więc mieszkaniec, który ma stary piec i chciałby go wymienić. Jak wyglądają pierwsze kroki?

MC:
Bazujemy przede wszystkim na programie „Czyste Powietrze”. Gminny program wymiany źródeł ciepła został zakończony. Obecnie w ramach lokalnego programu osłonowego realizujemy działania skierowane do osób znajdujących się w najtrudniejszej sytuacji, w tym dotkniętych ubóstwem energetycznym.
Trzeba jednak spełnić szereg warunków. Staramy się pomagać takim mieszkańcom, ale dotarcie do nich i przeprowadzenie całego procesu bywa bardzo trudne.

Czym właściwie jest ubóstwo energetyczne?


MC:
W dużym uproszczeniu jest to sytuacja, w której człowiek nie jest w stanie zapewnić sobie komfortowych warunków życia. Nie chodzi tylko o ogrzewanie zimą, ale również o funkcjonowanie podczas upałów.
Często takie osoby mieszkają w budynkach znajdujących się w bardzo złym stanie technicznym, wymagających kompleksowej termomodernizacji. Osoba dotknięta ubóstwem energetycznym może nawet posiadać kocioł spełniający wymagania, na przykład gazowy, ale nie stać jej na opłacenie rachunków. Oszczędza więc na najbardziej podstawowych potrzebach: prądzie, ogrzewaniu i codziennym funkcjonowaniu.
Sam termin „ubóstwo energetyczne” jest bardzo źle odbierany. Kiedy kontaktuję się z takimi osobami, staram się go unikać. Mówię raczej: „wiem, że jest państwu ciężko, trudno opłacić rachunki, a dom wymaga remontu”.
Do takich osób bardzo trudno dotrzeć. Zazwyczaj nie stoją jako pierwsze w kolejce po pomoc. Żyją po cichu, bardzo skromnie, nikomu się nie narzucają i nie mówią głośno o swoich problemach.

Oprócz pracy urzędniczej potrzebne są więc uważność i wrażliwość. Nie wystarczy wypełnić dokumentów. Trzeba zobaczyć drugą osobę.


MC:
Absolutnie.

Pani profesor, zwracam się do Joanny Hańderek, zajmuje się pani problematyką wykluczenia. Jak z tej perspektywy patrzy pani na ubóstwo energetyczne?

JH:
Osoby, które rzeczywiście potrzebują wsparcia, często mają ogromny problem psychologiczny, żeby o nie poprosić. Dlatego pierwszym apelem powinno być: wyjdźmy do tych osób.
Jeżeli widzimy, że sąsiad lub sąsiadka przeżywają kryzys ekonomiczny i mają problemy z ogrzaniem domu, czasami łatwiej jest rozpocząć rozmowę sąsiadom albo znajomym niż samej zainteresowanej osobie. Istnieje bowiem silna bariera psychologiczna.
Osoby, które same zgłaszają się po pomoc, zazwyczaj mają już część tego problemu przepracowaną. Są w zupełnie innej sytuacji niż ktoś, kto pozostaje sam i nie potrafi powiedzieć, że potrzebuje wsparcia.

Ochrona powietrza to zatem nie tylko dofinansowanie i wymiana kotłów. To również to, co możemy zrobić jako sąsiedzi: porozmawiać, podejść do kogoś i zwrócić uwagę w przyjazny sposób. Taka rozmowa może być równie ważna jak nowy piec.

MC:
Informacje o osobach potrzebujących pomocy otrzymujemy dzięki współpracy z radnymi, sołtysami i sąsiadami. Czasami odkrywamy taką sytuację przypadkiem podczas kontroli. Wchodzimy do budynku, widzimy stan kotłowni i zauważamy, że mieszka tam samotna osoba, której zwyczajnie jest ciężko.

Jak wygląda droga mieszkańca, który chce skorzystać z programu „Czyste Powietrze”?


MC:
Osoba zainteresowana wymianą kotła najczęściej kontaktuje się z nami telefonicznie albo przychodzi do urzędu, do pokoju 135. Najpierw sprawdzamy dane w Centralnej Ewidencji Emisyjności Budynków. Wojewódzki Fundusz bardzo dokładnie weryfikuje, jakie źródło ciepła zostało tam zgłoszone.
Jeżeli jest to kocioł węglowy, informujemy o możliwości uzyskania dofinansowania. Wyjaśniamy, jaki rodzaj urządzenia może zostać objęty wsparciem i jakie wymagania musi spełniać.
Możliwa jest również termomodernizacja, jednak budynek musi spełnić określone warunki. Sama wymiana źródła ciepła jest prostsza. Przy termomodernizacji pojawia się więcej wymagań.
Kluczowa jest sytuacja prawna budynku i ustalenie, czy osoba składająca wniosek jest jego właścicielem. Często pojawiają się nieuregulowane sprawy spadkowe. Zaczynamy wtedy od uporządkowania kwestii własności.
Następnie należy wykonać audyt energetyczny i przemyśleć zakres przedsięwzięcia. Czy będzie to tylko wymiana kotła, czy również wymiana okien i ocieplenie budynku? Chodzi o to, żeby dobrze zaplanować całą inwestycję.
Pomagamy przygotować i złożyć wniosek o dofinansowanie. Po pozytywnej weryfikacji beneficjent otrzymuje umowę i ma określony czas na wykonanie zadania. Po zakończeniu inwestycji może ponownie przyjść do nas z fakturami i pozostałymi dokumentami. Pomagamy zebrać dokumentację i przygotować wniosek o płatność. Później sprawa trafia do Wojewódzkiego Funduszu.

Co dalej dzieje się z takim wnioskiem?

KB:
Jeżeli wniosek jest dobrze przygotowany i nie wymaga uzupełnień, beneficjent otrzymuje pozytywną decyzję i umowę, a następnie realizuje inwestycję.
Możliwe jest również złożenie wniosku po wykonaniu przedsięwzięcia. Wtedy do wniosku o płatność dołącza się między innymi faktury. Dokumentacja zostaje zweryfikowana i, jeżeli wszystko się zgadza, rozpoczyna się procedura wypłaty środków na konto beneficjenta albo wykonawcy.
W przypadku prefinansowania, dostępnego dla osób najuboższych, beneficjent nie musi na początku wykładać całej kwoty z własnych środków. Znajduje firmę, która wykona zadanie, a część zaliczki trafia bezpośrednio na konto wykonawcy.

Czy dużo wniosków przechodzi bez konieczności wprowadzania poprawek?


KB:
Sporo dokumentów wymaga uzupełnienia albo poprawy. Dokumentacja jest rozbudowana. Nie wystarczy sama faktura. Potrzebny jest cały zestaw dodatkowych załączników.
Dlatego bardzo ważna jest pomoc gmin, które przejmują pierwszy kontakt z beneficjentem i pomagają mu przejść przez procedurę.

Czy zainteresowanie dofinansowaniem jest duże?

KB:
Zainteresowanie jest duże, ale trzeba spełnić określone warunki. Część osób ich nie spełnia i nie może złożyć wniosku.
Zasady programu „Czyste Powietrze” zmieniły się w 2025 roku. Przy kompleksowej termomodernizacji trzeba wykonać audyt energetyczny i zrealizować wskazany w nim zakres prac. Dla części mieszkańców jest to bariera. We wcześniejszych wersjach programu można było bardziej etapowo planować inwestycję. Teraz większy nacisk położono na jej kompleksowość.

Czy o dofinansowanie mogą starać się również przedsiębiorcy i rolnicy?

KB:
Program „Czyste Powietrze” jest przeznaczony wyłącznie dla osób fizycznych. Dla przedsiębiorców mamy jednak inne możliwości finansowania oferowane przez Wojewódzki Fundusz.
Mogą one obejmować nie tylko termomodernizację, ale także wymianę źródeł ciepła w mikroprzedsiębiorstwach i większych firmach oraz instalacje odnawialnych źródeł energii. Dużym zainteresowaniem cieszą się instalacje fotowoltaiczne, magazyny energii i pompy ciepła.

Pani profesor, jak obecnie wygląda sytuacja z zanieczyszczeniem powietrza w Krakowie? Czy w mieście pozostały jeszcze kopciuchy?


JH:
Kraków ma za sobą najcięższą część walki, ponieważ przeprowadzono wymianę kopciuchów. Historia tego procesu była momentami burzliwa.
Obecnie jednym z problemów miasta jest to, co napływa z zewnątrz. Dlatego tak często mówimy o konieczności współpracy Krakowa z otaczającymi go gminami. W części miejscowości stare źródła ciepła nadal funkcjonują, a Kraków jest specyficznie położony w niecce.
Powietrze nie jest przypisane do granic jednej miejscowości. Cyrkuluje. To, co dzieje się w jednej przestrzeni, wpływa później na inną. Ochrona powietrza jest więc wspólną sprawą.
Moim zdaniem drugim wielkim problemem Krakowa jest zabetonowanie miasta i zabudowywanie kolejnych terenów. Jeżeli nie mamy drzew, łąk i trawników, którym pozwala się swobodnie rosnąć, tracimy kolejną część przestrzeni pozwalającej nam oddychać.
W Krakowie powstają mikroparki. Są niewielkie, ale każda zieleń ma znaczenie. Komisja Ochrony Środowiska złożyła również projekt uchwały dotyczącej ochrony drzew, zwłaszcza starych. Uchwała została przegłosowana.
Chodzi o to, żeby osoba projektująca osiedle albo dom musiała uwzględnić istniejący drzewostan i wkomponować zabudowę pomiędzy drzewa, zamiast najpierw wszystko wycinać, a później sadzić nowe rośliny. Im starsze drzewo, tym jest cenniejsze i ma większe możliwości oczyszczania atmosfery.
Takie działania się pojawiają, ale nadal jest ich za mało i przebiegają zbyt wolno. Ochrona powietrza to nie tylko wymiana kopciuchów. Drzewa, które nas otaczają, są bezcenne i stanowią gwarancję naszego normalnego życia.

Co możemy zrobić jako mieszkańcy, nawet bez udziału w programach i składania dokumentów?

JH:
Nie wycinać drzew, sadzić nowe i reagować, kiedy widzimy, że jakieś drzewo ma zostać usunięte.
Bardzo często otrzymuję zgłoszenia od mieszkanek i mieszkańców, którzy pytają, dlaczego dane drzewo przeznaczono do wycięcia. Kontaktuję się wtedy z Zarządem Zieleni Miejskiej, rozmawiam i negocjuję. Czasami udaje się wycofać planowaną wycinkę.
Uważność ludzi, którzy upominają się o swoją przestrzeń i walczą o swoje drzewa, jest dzisiaj niezwykle ważna. Czasami warto ograniczyć inwestycję po to, żeby w przyszłości normalniej nam się żyło.

Czy mieszkańcy gminy przychodzą do ekodoradców również z pytaniami o proste, codzienne sposoby ochrony powietrza?


MC:
Jeżeli ktoś przychodzi po dofinansowanie na wymianę kotła albo termomodernizację, zwykle nie rozmawia z nami o zakładaniu sadu czy ochronie drzew. Największą wartość edukacyjną mają jednak spotkania bezpośrednio w domu mieszkańca.
Wtedy widzimy, co dzieje się dookoła i jak wygląda rzeczywista sytuacja. Osoby kontrolowane często bardzo się denerwują i początkowo źle nas odbierają. To jednak również moment, w którym możemy pokazać, że przychodzimy nie tylko kontrolować, ale także edukować.
Tłumaczymy, dlaczego węgiel nie powinien być przechowywany na zewnątrz i zawilgocony, ponieważ powoduje wtedy większe zadymienie. Mówimy, dlaczego warto kupować węgiel z certyfikatem i dlaczego drewno musi być suche. Ludzie bywają zaskoczeni, że nie powinno się palić drewnem dopiero co ściętym.
Wyjaśniamy również, dlaczego w kotłowni nie powinny znajdować się śmieci i jakie zanieczyszczenia powstają podczas ich spalania. Związki te trafiają do atmosfery i szkodzą wszystkim, ale osoba paląca odpady szkodzi również samej sobie. Zanieczyszcza komin, zwiększając ryzyko pożaru i utraty dorobku całego życia.
Nie mogę powiedzieć, że w naszej gminie mamy duży problem ze spalaniem śmieci. Zdarza się jednak, że ktoś wkłada do kotła na podpałkę kawałek kolorowej gazety i jest zaskoczony, kiedy podczas kontroli wykrywane są zanieczyszczenia. Papier zawiera farbę drukarską i różne związki chemiczne, które podczas spalania trafiają do atmosfery.

Bezpośrednia rozmowa z mieszkańcem jest więc bardzo skuteczna.

MC: Tak. Wyjaśniamy także, dlaczego warto wymienić stary kocioł. Takie urządzenia są często nieefektywne, zużywają więcej paliwa i nie spalają go całkowicie. Dotyczy to również starych kotłów gazowych.
Osoby, które przeprowadziły kompleksową termomodernizację i skorzystały z programu „Czyste Powietrze”, widzą ogromną zmianę w wysokości rachunków. To jest realna oszczędność, którą odczuwa się w codziennym życiu.

Czy Wojewódzki Fundusz prowadzi również szkolenia i dofinansowuje działania edukacyjne dotyczące ochrony powietrza?

KB:
Wojewódzki Fundusz udziela dofinansowania na działania edukacyjne, między innymi wyposażenie szkół i sal oraz zakup pomocy edukacyjnych. Wnioski mogą składać również stowarzyszenia.
Pracuję jako doradczyni energetyczna w projekcie Doradztwa Energetycznego, realizowanym przez szesnaście wojewódzkich funduszy. Partnerem wiodącym jest Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.
Wśród naszych zadań znajdują się szkolenia dla dzieci, młodzieży, dorosłych, seniorów i osób zagrożonych wykluczeniem. Od 22 kwietnia do 15 czerwca prowadziliśmy dużą kampanię „Energia się liczy”. Uczyliśmy oszczędzania energii w szkołach, przedszkolach, na uniwersytetach trzeciego wieku i w domach pomocy społecznej.
Muszę powiedzieć, że osoby najstarsze są często bardzo dobrze wyedukowane w zakresie oszczędzania energii. Wśród dzieci i młodzieży zainteresowanie było ogromne, ale spotkania zostały dobrze przyjęte we wszystkich grupach. Będziemy je kontynuować podczas konferencji, warsztatów i innych wydarzeń.

Czy wiedza o ochronie powietrza rzeczywiście przebija się do społeczeństwa? Czy zaczynamy dostrzegać, jak kruche jest środowisko, w którym żyjemy?

KB:
Coraz więcej osób jest zainteresowanych tym tematem. Otrzymujemy zaproszenia i prośby o szkolenia dla kolejnych grup.
Uczestnicy nie tylko siedzą i słuchają. Zadają pytania i bardzo aktywnie uczestniczą w spotkaniach. Moim zdaniem edukacja zmierza w dobrym kierunku i jest dobrze odbierana nie tylko wśród najmłodszych.
Świadomość ekologiczna rośnie między innymi dzięki edukacji i takim wydarzeniom jak Wielkowiejski Targ czy różnego rodzaju pikniki ekologiczne.

Jak wygląda świadomość ekologiczna mieszkańców gminy Wielka Wieś?

MC:
Uważam, że większość naszych mieszkańców jest bardzo świadoma. Mamy sieć czujników Airly zlokalizowanych w różnych punktach gminy. W każdym sołectwie znajduje się przynajmniej jeden lub dwa czujniki.
Zastanawiałyśmy się, czy te urządzenia tylko wiszą, ale nikt nie sprawdza wyników. Okazało się, że w ciągu roku odnotowano prawie osiem tysięcy wejść na informacje o jakości powietrza. To naprawdę dużo i pokazuje, że mieszkańcy chcą wiedzieć, czym oddychają w swoim najbliższym otoczeniu.
Na stronie gminy dostępny jest widżet, dzięki któremu można sprawdzić aktualny stan powietrza. Jeżeli zanieczyszczenie jest duże, informujemy szkoły i mieszkańców.
Mam również wrażenie, że mieszkańcy najbardziej słuchają swoich sąsiadów. Jeżeli jeden, drugi czy trzeci sąsiad wymieni kocioł, zacznie segregować odpady, ustawi beczkę i zacznie zbierać deszczówkę, kolejna osoba również chce to zrobić.
Często słyszymy: „sąsiad wymienił”, „sąsiad dostał dofinansowanie”, „sąsiad coś zrobił”. Ludzie dzielą się doświadczeniem i opowiadają, że teraz żyje im się lepiej. Spotykamy ich podczas targu albo nawet w sklepie i mówią: „nie muszę już dosypywać węgla, tylko ustawiam temperaturę”.
Takie dobre doświadczenia napędzają lokalną społeczność. Zmiana dokonuje się również przez przykład.

Czy studenci filozofii żyją w czystej chmurze, oderwani od rzeczywistości, czy zwracają uwagę na jakość powietrza i sprawy środowiska?

JH:
Uważałabym z tym odklejeniem filozofów, bo już starożytni pokazali, że nie byli oderwani od rzeczywistości.
Jeżeli chodzi o studentów, obserwuję radykalną zmianę, szczególnie w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Kiedy piętnaście albo dwadzieścia lat temu zaczynałam zajęcia z ekoetyki, musiałam tłumaczyć podstawy i prowadzić ludzi za rękę. Dzisiaj właściwie tylko dopowiadam. Studenci często bardzo dobrze znają literaturę.
To młodzi wychodzą na ulice, protestują i walczą w sprawie zmian klimatycznych. Czasami może nam się nie podobać forma ich protestu, ale młodzi mają świadomość zagrożenia i mówią o nim bardzo mocno. Myślę, że trzeba ich słuchać.
Młodzieżowy Strajk Klimatyczny przede wszystkim upomina się o edukację. Młodzi chcą, żeby do szkół wprowadzono pełnowymiarowy przedmiot dotyczący ekologii. Zdają sobie sprawę, że ważna jest praca u podstaw i sami często ją podejmują. Niesamowicie się pod tym względem zmieniliśmy.

Wielokrotnie podczas krakowskich paneli widziałem czternasto- lub piętnastoletnie osoby, które wstawały i upominały się o klimat, podczas gdy dorośli siedzieli zawstydzeni. Mam nadzieję, że ci młodzi ludzie będą kiedyś kierowali instytucjami zajmującymi się ochroną środowiska i zmienią kierunek naszych działań.
Jaką puentą zakończyłyby panie rozmowę o ochronie powietrza?

MC:
Edukacji nigdy dość.

JH:
Puenta znajduje się w miejscu, w którym się spotykamy. Jesteśmy tam, gdzie mamy zdrową, ekologiczną żywność. Przychodzimy po produkty wykonane w dobry sposób i z należytą troską. Znamy ludzi, którzy je tworzą. Wiemy, że dbają o ziemię i przyrodę.
Te produkty mają pełny, etyczny wymiar. Właśnie tutaj zaczyna się zmiana i tutaj jest przyszłość.

Chciałbym, żebyśmy za każdym razem, gdy kupimy i ugryziemy jabłko, spojrzeli na proporcję skórki do miąższu. Przypomnijmy sobie wtedy, że ta skórka jest przestrzenią, w której żyjemy. Naszą atmosferą.
To zaledwie cienka warstwa. Cienka wstążka życia.
Tekst Janusz Bończak




Joga na łące, kąpiel leśna, lokalne produkty, pokazy kulinarne, rodzinne warsztaty i spotkania ze zwierzętami. W sobotę, 15 sierpnia 2026 roku, Dosłońce Resort Wellness & Farm zaprasza na drugą edycję Wellness & Farm Festiwalu. Wstęp na wydarzenie jest bezpłatny.

Festiwal będzie okazją, aby spędzić dzień blisko natury, poznać lokalnych producentów i rękodzielników, spróbować regionalnych produktów, a także skorzystać z aktywności służących zdrowiu, wypoczynkowi i poprawie samopoczucia.
Wydarzenie odbędzie się na terenie Dosłońce Resort Wellness & Farm w miejscowości Dosłońce koło Racławic. Organizatorzy chcą w ten sposób promować zdrowy styl życia, świadomy odpoczynek oraz ideę życia w harmonii z naturą. Festiwal nawiązuje również do rozwijanej przez resort filozofii „Luksus z natury”, łączącej wellness, lokalną kuchnię oraz podejście farm-to-table, oparte na możliwie krótkiej drodze produktów od gospodarstwa do stołu.
Jedną z głównych części wydarzenia będzie targ lokalnych produktów i rękodzieła. Kilkudziesięciu wystawców zaprezentuje naturalną żywność, kosmetyki, wyroby regionalne oraz przedmioty tworzone przez lokalnych rzemieślników. Zaplanowano również degustacje, warsztaty kulinarne, pokazy gotowania i strefę gastronomiczną z grillem.

Osoby szukające spokojniejszych form odpoczynku będą mogły uczestniczyć w jodze na łące, sesji oddechowej oraz kąpieli leśnej, nazywanej również Shinrin-yoku. W programie znalazły się ponadto konsultacje związane z programem „8 Kroków Wellness”, pokazy masażu balijskiego oraz strefa relaksu.
Nie zabraknie atrakcji dla rodzin z dziećmi. Najmłodsi będą mogli skorzystać z animacji, dmuchańców, warsztatów i zabaw na świeżym powietrzu. Zaplanowano także zwiedzanie farmy i spotkania ze zwierzętami. Przez cały dzień dostępne będą otwarte boiska sportowe oraz strefa chillout. Zwieńczeniem festiwalu będzie losowanie nagród wśród uczestników.
– Wellness & Farm Festiwal to wydarzenie, które powstało z potrzeby promowania zdrowego stylu życia, lokalnych producentów i świadomego odpoczynku. Chcemy pokazać, że dobrostan zaczyna się od prostych rzeczy: kontaktu z naturą, wartościowego jedzenia i czasu spędzonego razem – przekazuje Dagmara Leja, General Manager Dosłońce Resort Wellness & Farm.

II Wellness & Farm Festiwal odbędzie się w sobotę, 15 sierpnia 2026 roku, w godzinach od 10.30 do 17.00. Miejsce: Dosłońce Resort Wellness & Farm, Dosłońce 56, 32-222 Racławice.
Wstęp jest bezpłatny.

Szczegółowy program wydarzenia

Źródło: Dosłońce Resort Wellness & Farm




Dawno, dawno temu, w VI wieku p.n.e żył sobie pewien człowiek, który uważał, że wszystko, co istnieje pochodzi z powietrza. Nazywał się Anaksymenes, był filozofem i żył w Jonii. W zasadzie Anaksymenes odkrył coś niezwykłego. Ponieważ bardzo trudno dochodzi się do prawd, które mamy przed swoimi oczami, a w tym przypadku nimi wręcz oddychamy, dlatego nie jesteśmy w stanie podejść do nich krytycznie. Jak coś staje się dla nas oczywiste zaczyna być do pewnego stopnia niewidoczne. Po prostu, już tak jest w naszym życiu, że jak coś wydaje nam się oczywiste i naturalne to nie zwracamy na to uwagi. Wielkość Anaksymenesa polegała więc na tym, że udowodnił ludzkości jak ważne jest powietrze. Wedle jego filozofii powietrze jest zasadą, podstawowym elementem, kodem życia, stwarzającym wszystko to, co nas otacza.

Nie tak dawno temu żył sobie człowiek, który odkrył, że życie na naszej planecie, warunki do życia, zawdzięczamy wyjątkowości atmosfery ziemskiej. James Lovelock pracował wówczas dla NASA i badając warunki innych planet uświadomił sobie, że ziemia ma coś niepowtarzalnego i niezwykłego: stabilną atmosferę. Cudowne warunki pozwalające na rozwój życia zostały stworzone przez współpracę biosfery, atmosfery, oceanów i ziemi. Biosfera składa się z krajobrazów tworzonych przez poszczególne ekosystemy, w ekosystemach funkcjonują całe sieci połączonych ze sobą istnień zwanych biocenozą. Biocenoza to zespoły populacji występujących w ekosystemach, a populacje to zbiory gatunków, w których konkretne istoty żyjące tworzą wszelkie przejawy życia. Biosfera jest zatem wielowarstwową siecią połączeń pomiędzy zwierzętami, roślinami, ziemią, wodą, powietrzem, funkcjonując jak jeden, gigantyczny, samoregulujący się superorganizm nieustannie wytwarzając i utrzymując warunki do życia.

Współpracując razem z biolożką Lynn Margulis James Lovelock ten niezwykły superogranizm dający życie na ziemi nazwał Matką Gają. Matka Gaja – ta która dała nam życie i której jesteśmy należni szacunek, oraz troskę – to wieloaspektowa, skomplikowana struktura połączeń jednostek, gatunków, populacji, ekosystemów, krajobrazów w biosferę. Jedność poszczególnych elementów w tym systemie, współdziałanie, współtworzenie, nieustanne rozwijanie i podtrzymywanie życia to ciągle napędzający mechanizm, którego sercem jest ziemia z jej fauną i florą, wodom i powietrzem, oraz ich zachodzące reakcje o organicznym charakterze. Atmosfera wytwarzała się wraz z ewolucją świata życia i jest podtrzymywana przez istnienia oraz interakcje poszczególnych elementów biosfery.

Wedle Marguli i Lovelocka człowiek jest jednym z wielu elementów tych połączeń, jesteśmy bowiem przedstawicielami gatunku, który wchodzi w interakcje z innymi gatunkami zwierząt, działa wobec otaczającej nas przyrody, tak jak inne osobniki fauny, jak inne elementy flory, ale również wody, ziemi i powietrza – współtworząc biosferę, czyli naszą Matkę Gaję. To, co robimy nie robimy tylko dla siebie i dla otaczających nas ludzi, robimy to również dla świata. A że w toku ewolucji rozwinął się w nas dość potężny mózg, dający nam siłę myślenia jesteśmy w stanie odkryć zależności i relacje nas ze światem, oraz nasze powinności. Stąd Lovelock i Margulis doszli do wniosku, że tak jak jesteśmy winni opiekę nasze matce, za to, że nas urodziła, wychowała i dała nam możliwości życia, tak samo jesteśmy winni to biosferze – Matce Gai. To Matka Gaja pozwoliła nam na ewolucję, dała szansę na to wspaniałe życie, tworząc tlen, dając idealne i stabilne warunki do istnienia.

W 1898 roku Svante Arrhenius opublikował zaskakującą jak na tamte czasy pracę (wydany w czasopiśmie naukowym „Philosophical Magazine” artykuł „Ueber den Einfluss des atmosphärischen Kohlensäuregehalts auf die Temperatur der Erdoberfläche”). W XIX wieku cywilizacja Europejska dokonała skoku technologicznego między innymi dzięki wydobyciu i spalaniu węgla. Arrhenius był jednym z nielicznych, który ten proceder przeraził. W swojej pracy obliczył jak spalanie węgla i emisja dwutlenku węgla do atmosfery będzie wpływać na Matkę Gaję. W ten sposób ludzkość po raz pierwszy dowiedziała się, że to, co robi grozi kryzysem klimatycznym. Pierwsze obliczenia Arrheniusa nie były jeszcze tak złowrogie, ponieważ wynikało z nich, że globalne załamanie klimatu nastąpi za paręset lat. Jednakże analizując dane i przyglądając się lawinowemu rozwojowi technologii, uwzględniając jak bardzo przemysł oparty na węglu się rozwija i jak wszędzie jest on stosowany Arrhenius zmodyfikował swe prognozy. W książce z „Världarnas utveckling” (tłumaczenie na angielski nosi tytuł: „Worlds in the Making: The Evolution of the Universe”) z 1908 roku jednoznacznie wskazuje na lata 70 XX wieku jako moment, w którym nastąpi ocieplenie klimatu na ziemi i zacznie się kryzys. Jak pokazała rzeczywistość Arrhenius się nie pomylił.

Co łączy filozofa z Jonii żyjącego w VI wieku przed naszymi czasami, z XX wiecznym filozofem, oraz z fizykiem z XIX stulecia? Ci ludzie odkryli bardzo ważną rzecz: świat stworzony jest przez elementy, które są dookoła nas. Powietrze, którym oddychamy, jest cennym darem Matki Gai, daje nam możliwość trwania i tworzenia naszego świata. Ludzkie życie zaczyna się od zaczerpnięcia pierwszego oddechu, bardzo bolesnego, kiedy płuca napełniają się powietrzem. Człowiek umiera, gdy nie może zaczerpnąć powietrza i jest to bardzo bolesna śmierć. Duszenie się boli. Każdy kto choć na chwilę stracił oddech wie, że to przerażające doświadczenie.

Oddech jest naturalnym odruchem. Nie zastanawiamy się czym oddychanie jest, nie zadajemy sobie pytania „czy mam dzisiaj oddychać?”, lub „jak ma dzisiaj oddychać?” – po prostu oddychamy, gdyż taka jest nasza życiowa funkcja. Dopiero ten moment, kiedy zabraknie nam tchu, kiedy zaczynamy mieć trudności i walczymy o oddech uświadamia nam tę bolesną i podstawową prawdę: bez oddechu nie ma życia. Potrzebujemy tlenu, potrzebujemy powierza.

Powietrze jest tym, co nas łączy, to tlen, który istniej dzięki pracy biosfery, dzięki relacjom zachodzącym pomiędzy poszczególnymi jej elementami. Oddech jest wspólny dla całej ludzkości, wszystkich gatunków zwierząt tlenowych, łącząc ich populacje w jeden system uzależniony od istnienia O2.

Lovelock i Margulis pisząc o hipotezie Matki Gai stworzyli etyczną zasadę postępowania dla człowieka. Ponieważ jesteśmy w stanie odkryć istnienie biosfery, ponieważ oddziałujemy na nią tak mocno, naszą powinnością jest zadbać o Matkę Gaję. Dokładnie tak jak opiekujemy się i dbamy o naszą ludzką matkę. Rzecz jasna są ludzie, którzy zapominają o swoich rodzicach, odchodzą od nich i w ramach rodzinnych „relacji” raz na jakiś czas zadzwonią do rodzinnego domu. To nie jest jednak ani normalne ani moralne. Docenienie tego, co zrobili dla nas rodzice, co dała nam matka jest podstawą społeczeństw, to zrozumienie czym są nasze korzenie, w czym tkwi nasza siła, co nas ukształtowało i w jaki sposób staliśmy się sobą. Dbanie o matkę, troska o nią to przede wszystkim budowanie więzi, jakie łączą nas nie tylko z osobą, która poświęciła dla nas życie, ale również budowanie więzi z przeszłością i przyszłością. To dzięki matce staliśmy się sobą i możemy sami budować dalsze relacje. Dlatego relacja z matką to konstruowanie całego społecznego świata. Relacja z Matką Gają to być albo nie być życia na planecie.

Anaksymenes w powietrzu widział abstrakcyjny element, pierwiastek, zasadę, z której wyłoniło się całe życie. Dla starożytnego filozofa powietrze było doskonałe i łączyło się z wszystkim, przenikając całą rzeczywistość. Dla współczesnego człowieka czyste powietrze, takie, które nie zostało skażone przez rozwój naszej cywilizacji wydaje się wręcz nieosiągalne. Coś najbardziej podstawowego i najważniejszego w naszym życiu zrujnowaliśmy pędem do postępu i coraz większej wygody życia. Gdy dziewiętnastowieczny noblista przestrzegał ludzi przed spalaniem węgla i emisją szkodliwych substancji do atmosfery ludzie woleli skupić się na wielkich osiągnięciach jego epoki. W XIX wieku pojawiły się pierwsze silniki spalinowe (Karla Benza), telegraf, oraz produkcja masowa. XX wiek kontynuował rozwój technologii, a głosy naukowców, coraz liczniejsze i coraz bardziej przerażone konsekwencjami naszego postępu i technologii milkły w ogólnej wrzawie nowych odkryć, rozwoju dobrobytu i konsumpcjonizmu.

We współczesnym świecie człowiek walczy o oddech, czysty, zdrowy oddech. Zanieczyszczenie atmosfery stało się plagą, a globalne ocieplenie faktem. Współcześnie Anaksymenes zamiast wielkich traktatów pracowałby zapewne nad doskonałą maską tlenową. Młodzież z Ostatniego Pokolenia uderza na alarm, ale my nadal wolimy naszą wygodę, nie widząc w niej ceny okrutnej, jaką zapłacą nasze dzieci i wnuki.
Tekst prof. Joanna Hańderek




Miasto po zamknięciu oczu
Tajemnicze miejsca w Krakowie? Tak, sporo się o nich mówi. To przecież miasto, którego historyczne centrum znalazło się wśród pierwszych dwunastu obiektów wpisanych na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Nie jest więc oficjalnie jednym z cudów świata, ale czy Kraków potrzebuje takiego potwierdzenia? No nie!
Na wawelskim wzgórzu ma leżeć tajemniczy, magiczny kamień. Ponoć jest jedną z czakr świata, bramą kosmicznej energii. Jeżeli ktoś w to wierzy, nie odbieram mu mocy czerpania darów z kosmicznych miejsc wszechświata… Są też inne cuda. Ponoć pod pomnikiem Kopernika, tuż przy Uniwersytecie Jagiellońskim, znajduje się kosmiczna skała… Ponoć. Kraków lubi to słowo, bo pozwala opowiadać dalej…
Pomyślmy, gdzie jeszcze ukrył się jakiś tajemniczy kamień. No tak, słyszałem o pewnym zakładzie pomiędzy pracownikami remontującymi piwnice ratusza na krakowskim Rynku a profesorem Zinem. Przynajmniej tak słyszałem. Gdzieś, od kogoś. Już nawet nie pamiętam od kogo. Brygada założyła się z profesorem, że usunie z piwnicy zalegający tam kamień. Był zbyt duży, żeby wynieść go przez drzwi, i zbyt twardy, żeby go pokruszyć. Jak niesie wieść, stawką była przysłowiowa skrzynka wódki. Być może nawet całkiem nieprzysłowiowa. Tego już pewnie nigdy się nie dowiemy. Panowie powiedzieli, że następnego dnia rano kamienia nie będzie. Nie będzie zalegał w piwnicy i koniec.
Słuchajcie. Profesor przyszedł rano do ratusza, zszedł do piwnic i, nie wierząc własnym oczom, stwierdził, że kamień rzeczywiście zniknął.
– Jak to zrobiliście? – zapytał zaskoczony.
Nie kazali mu długo czekać na odpowiedź.
– Zakopaliśmy go.
– To dobre. Skrzynka wódki jest wasza.
No tak, magiczny kamień był. Nadal jest, tylko trochę głębiej.
Co jeszcze jest magicznego w naszym Krakowie, ale z tych miejsc mniej oczywistych? Moim zdaniem jest takie jedno miejsce. Trzeba się tam wybrać późnym wieczorem albo nocą. Gdzieś na środek Błoń, tej ogromnej łąki w środku miasta. Stanąć, podnieść wzrok do nieba, rozłożyć ręce i przez chwilę mieć cały kosmos oraz całą przestrzeń Błoń tylko dla siebie. To jest prawdziwie magiczne miejsce. Niby ciche, a jednak wypełnione szumem i gwarem miasta. W nocy chłodne, ale z docierającą do niego falą miejskiego ciepła.
Jeszcze jakieś miejsce Wam podpowiedzieć? Dobrze. Jest takie miejsce pod Wawelem, z którego wieczorem widać z jednej strony światła Mostu Dębnickiego, a z drugiej światła Jubilata odbijające się w powolnych falach Wisły. To też jest magiczne miejsce. Tej właśnie magicznej ławki już nie ma, ale są inne, stojące obok. Równie magiczne, choć już nie tak wygodne i niezwykłe.
Jeszcze jedno mogę Wam podpowiedzieć, choć tutaj trzeba już być mną, żeby magia mogła się wydarzyć. To miejsce na Rynku Głównym, naprzeciwko ulicy Szewskiej, pod Sukiennicami, pośrodku przejścia. Można stamtąd zobaczyć Teatr Bagatelę i dzisiejszy Kraków. Można też zamknąć oczy i popatrzeć wspomnieniami na miasto sprzed kilkudziesięciu lat. Nie uwierzylibyście, jak bardzo się zmieniło.
Z szarego, ciemnego, pustego i głuchego stało się hałaśliwe, kolorowe, pełne gwaru oraz niezasypiającego dźwięku ludzkich głosów i instrumentów. Pamiętam bardzo jazzującą trąbkę i gitary. Tej najbardziej historycznej trąbki też można wysłuchać, a jakże, o każdej pełnej godzinie.
Największym zaskoczeniem są jednak krakowskie dorożki. Dziś wielkie, białe i dworskie, jakby przyjechały prosto z magnackiej powozowni w Łańcucie. Ciągnione przez dwa konie, lśniące złotymi ozdobami, powożone najczęściej przez kobiety w białych strojach, z cylindrami na głowach. Przecież ja takich dorożek nie pamiętam.
Tak, były dorożki. Małe, czarne, ciągnięte przez jednego konia. Jedna miała nawet napis „Zaczarowana”. Dzisiejszemu widokowi ciągle się dziwię. Widzę w nim jakiś wielki kulturowy kompleks. Miasto królewskie musi być przecież dostojne. Pamięta o wielkim malarzu Janie Matejce, który nieopodal Rynku, przy ulicy Floriańskiej, mieszkał i malował. Jest też Jagiełło, który ze swojego pomnika na placu, właśnie Matejki, spogląda konno na Kraków, ponad wieżyczkami Barbakanu.
Może jednak chodzi tylko o turystów, którzy prawie wyparli mieszkańców ze Starego Miasta i na których można zarobić pieniądze? Nie jestem pewien, czy dzieje się to z pożytkiem dla mieszkańców. Nie sądzę też, żeby było z pożytkiem dla koni. W naszych czasach, jeżeli już są z nami, powinny raczej hasać po łąkach.
Dziś widok dorożek smuci mnie bardziej niż kiedyś, choć lubię patrzeć na konie. Są piękne i dostojne. Może właśnie dlatego ten widok tak bardzo mi nie pasuje. Ich piękno nie powinno oznaczać, że muszą przez wiele godzin stać na kamiennej płycie Rynku, otoczone hałasem, tłumem i ruchem miasta. Zamykam oczy, później je otwieram, a zgrzyt nadal pozostaje.
W lipcu 2026 roku radni Krakowa odrzucili projekt, który miał rozpocząć stopniowe zastępowanie dorożek konnych innymi formami transportu. Dorożki zostały. Nie oznacza to jednak, że mieszkańcy nie mają nic przeciwko. Oznacza tylko, że tak zdecydowała większość głosujących radnych.
Dla mnie czas dorożek minął. Przynajmniej tych poruszających się po betonowych, kamiennych i asfaltowych drogach, bez trawy, bez łąki i bez spokoju. W hałasie, kurzu, z workiem podstawionym pod ogon. Będę przychodził na płytę Rynku i zamykał oczy. Później będę je otwierał z nadzieją, że udało mi się jakoś pomóc koniom. Może pewnego dnia, kiedy ponownie spojrzę przed siebie, nie będzie ich już pod Sukiennicami.
Prawda jest taka, że każdy kawałek Krakowa jest magiczny. Chciałbym w tej chwili przywołać następny, ale czuję w sobie wszystkie naraz. Te związane ze wspomnieniami, słowami i spacerami. Te podziwiane i oglądane. Te, z których jestem dumny albo kiedyś czułem się dumny.
Są też miejsca mówiące o wspólnocie. Miejsca protestujące, opierające się i walczące o swoją godność, równość i szacunek. Kiedyś walczyły o zwykły chleb, pracę oraz wolność. Wolność jest przecież najbardziej magiczną przestrzenią naszego miasta.
Zapraszam Was na spacer. Krok po kroku, z jednego magicznego miejsca w następne. Przez zaczarowane zaułki, pełne wróżb i zaklęć. Czasem wystarczy zamknąć oczy. Czasem przeciwnie, trzeba je wreszcie otworzyć.
Tekst Janusz Bończak




Inne, to samo Miasto
Za każdym razem, kiedy idziesz ulicą Floriańską od strony kościoła Mariackiego, możesz zobaczyć ją inaczej niż kiedyś. Nie myślę tu tylko o tym, że może być pełna innego światła. Wschodzącego słońca albo ostatniego skrawka dnia, który zachodzi gdzieś za kamienicami i jeszcze przez chwilę wędruje po niebie. Nie myślę też o tym, że możesz patrzeć na tę ulicę, mrużąc oczy od deszczu, albo chowając się w upalne dni w cieniu kamienic. Nie mówię nawet o tym, że możesz być smutny, podekscytowany, zamyślony albo zły. Choć to oczywiście robi dużą różnicę. Wiem. Pewnie też tak to odczuwasz. Pewnie nieraz zaskakiwał cię taki widok samego siebie. Może nie w czasie spaceru, ale wtedy, gdy przypominałeś sobie tę drogę od mariackich wież. Nie, jednak nie mówię o tym. Nie o tym egzystencjalnym czasie. Raczej o bardziej prozaicznej perspektywie. O zwykłym przesunięciu wzroku, które nagle zmienia całe miasto.
Idąc od strony wież, możesz patrzeć przed siebie. Na szczyty kamienic, zwieńczenia elewacji, ornamenty i maszkarony. Na te wszystkie miejsca, których zwykle nie widzisz, bo idziesz za nisko. Jakbyś patrzył na inne miasto. Nie z nudów, ale ze zdziwienia, że w ruchu nie możesz zobaczyć go w całości. Z tej niskiej perspektywy widać daleki obszar, ale nie widać szczegółów. Wiem, możesz powiedzieć, że jest czas, żeby zatrzymać się przed każdą elewacją. Obejrzeć bramy, okiennice, czasem ruch firanek. Może nawet poczuć ciężar zasłon po drugiej stronie okna. Ale to nie jest to samo, co patrzeć na miasto podczas ruchu, w spacerze. Wtedy myśli ogarniają naraz kolory, faktury ścian, gołębie wciśnięte gdzieś w gzymsy, jaskółki albo jerzyki, które przed deszczem nisko kłaniają się domom. Przynajmniej tak to sobie tłumaczysz, choć wiesz, że chodzi o te małe, owadzie smakołyki.
Ta perspektywa małej istoty jest ci bliska, bo jesteśmy bezbronni w tym mieście. Idziemy wzdłuż ulicy, tuż przy murach z okiennicami, prawie czując zapach wilgotnego tynku. Trochę też zapach uświęconego kamienia, którym przesiąknięte jest wnętrze Mariackiego. Kadzidła, zimnego marmuru, wielkości i maleńkości własnego bycia. Idziesz ulicą tak bezbronny, z utkwionym wzrokiem w nierównościach dachów, i jesteś jakby w innym, tym samym mieście. Prawie nie widzisz tych, którzy cię mijają. Głośnych, pośpiesznych, czasem ordynarnych i nie zawsze pachnących tak, żebyś poczuł, że uścisk byłby w tej chwili tym, czego najbardziej potrzebujesz.
Idziesz dalej. Czasem musisz spojrzeć niżej, zmienić perspektywę, popatrzeć pod nogi. Może nawet na chwilę zakręci ci się w głowie, ale zaraz wracasz wzrokiem w górę. Widzisz maszkarony, które są tu od dziesiątek lat, a prawie nikt ich nie zauważa. Czasem przewodnik. Czasem turysta. Zobaczy, zrobi zdjęcie i pójdzie dalej. Ja zawsze odrobinę zatrzymuję wzrok po lewej stronie, na kamiennej wiewiórce nad jedną z bram. Jest taka miła. Pamiętam też osobę, która mieszkała w tej kamienicy, na drugim piętrze. Drewniane schody, korytarz trzeszczący od długich, ciemnobrązowych desek, proste brązowe drzwi. Taki półmrok starego domu, którego nie da się dobrze opowiedzieć, bo on bardziej zostaje w ciele niż w zdaniu.
Ale wracasz szybko i idziesz dalej z myślami. Znów pamiętasz bramę po drugiej stronie ulicy, przez którą przechodziłeś kiedyś do znajomego. Długi korytarz, podwórze, wąskie i pachnące gołębim siedliskiem. Kraty w ścianie, z których unosił się zapach jakiegoś magazynu. Najbardziej jednak zatrzymuję wzrok na symbolu orła na czerwonym tle. Dostojnym, prostym, miłym dla oka i bardzo dumnym. Takim, jak powinien być widziany.
Idziesz dalej. Wiesz, że przed tobą jest jeszcze cień innych kamienic i kamienny mur z bramą, przez którą kiedyś przejeżdżali konno rycerze. Dziś ta droga jest już głęboko zakopana w ziemi. Dziś może tylko na osiołku mógłby się tamtędy przecisnąć uchodźca z palmą i kurzu na ubraniu albo krakowiak w czapce z pawim piórem. I…,
Taka droga. Nigdy, przenigdy nie wracałem nią, patrząc w ten sposób na kamienice w powrotnym kierunku. Może zadasz sobie pytanie: dlaczego? Może nawet będziesz zaskoczony, ale pewnie sam byś to odczuł, gdybyś zdecydował się tak wracać albo po prostu iść w tamtą stronę. Wtedy wzrok nieodmiennie i nieuchronnie zatrzymują dwie wieże kościoła Mariackiego. Zawłaszczają cię całkowicie, zabierają cały obraz. Wyrastają przed tobą krok za krokiem. Niezwykła budowla. Pasująca dokładnie do tej ulicy, do jej nastroju, do deszczu, do nocy i do zimy, która ogarnia krawędzie chodników. Zawsze jesteś tu trochę tą małą istotą idącą przy murze. To jest ulica owadów, pokarmów jerzyków i jaskółek, ale też ludzi, którzy czasem dopiero po latach widzą, którędy naprawdę szli. A ty jesteś żuczkiem. Drewnianym, na drucikach, w skrzyneczce, która mieści się w dziecięcej ręce. Takim żuczkiem z krakowskiego jarmarku.
Janusz Bończak




9 lipca 2026 roku w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi w Warszawie odbyło się drugie robocze spotkanie poświęcone rozwojowi Wielkowiejskiego Targu jako pilotażu strategii „Mądre Wioski, Przedmieścia w Mieście” oraz modelu współpracy wsi, przedmieść i miasta. W spotkaniu uczestniczyli: Jacek Czerniak, Sekretarz Stanu w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi, Bogdan Pomianek, radca generalny MRiRW, prof. Joanna Hańderek, radna Miasta Krakowa, oraz Janusz Bończak, pełnomocnik Wójta Gminy Wielka Wieś ds. realizacji programu Smart Villages / Mądre Wioski, Przedmieścia w Mieście. Rozmowa była kontynuacją prac przygotowywanych wspólnie z Ryszardem Śmiałkiem, II Wicewojewodą Małopolskim, Krzysztofem Wołosem, Wójtem Gminy Wielka Wieś, prof. Joanną Hańderek oraz Januszem Bończakiem. Podczas spotkania omówiono możliwości dalszego rozwoju Wielkowiejskiego Targu jako praktycznego modelu krótkich łańcuchów dostaw, współpracy lokalnych producentów, samorządu, mieszkańców, organizacji społecznych i partnerów instytucjonalnych. Wskazano również na znaczenie takich inicjatyw dla budowania bezpieczeństwa żywnościowego, wzmacniania lokalnych rynków oraz tworzenia nowoczesnej polityki rozwoju obszarów wiejskich i podmiejskich. Przy okazji spotkania zaprosiliśmy Pana Ministra Jacka Czerniaka do współzainicjowania obchodów Europejskich Dni Wspólnot Lokalnych, proponowanych na dzień 25 marca. Inicjatywa ta ma podkreślać znaczenie współpracy między wsią, przedmieściami i miastem oraz wzmacniać myślenie o lokalnych wspólnotach jako o jednym, współzależnym organizmie społecznym, gospodarczym i środowiskowym. (jb)

Materiał roboczy przedłożony

Panu Ministrowi Czerniakowi,

Podsekretarzowi Stanu w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi

9 lipca 2026 r., Warszawa

Małopolski model współpracy: wieś, przedmieścia, miasto

Kierunki dalszych działań na rzecz rolnictwa jakościowego, krótkich łańcuchów dostaw, lokalnych rynków żywności oraz programu Mądre Wioski, Przedmieścia w Mieście

  1. Cel główny

Celem drugiego spotkania jest przedstawienie Małopolski, Gminy Wielka Wieś i Wielkowiejskiego Targu jako gotowego pilotażu dla nowoczesnej polityki rolnej opartej na rolnictwie jakościowym, regionalności, krótkich łańcuchach dostaw, lokalnym bezpieczeństwie żywnościowym oraz współpracy między wsią, przedmieściami i miastem.

Najważniejszy komunikat jest prosty: Małopolska nie wygra skalą areału, ale może wygrać jakością, bliskością Krakowa, świeżością produktu, lokalną marką i relacją producenta z mieszkańcem.

Małopolska wymaga osobnego spojrzenia. Nie mieści się łatwo w jednolitej polityce rolnej projektowanej głównie z myślą o dużych areałach i klasycznej produkcji towarowej. Jej położenie krajobrazowe, struktura osadnicza, bliskość dużych miast oraz rozdrobnienie gospodarstw sprawiają, że potrzebuje polityki dopasowanej do własnych warunków.

Rozdrobnienie rolnictwa nie musi być wyłącznie problemem. Przy mądrym wsparciu może stać się podstawą jakościowego, przychodowego i bliskiego mieszkańcom modelu rozwoju. Małe gospodarstwa mogą budować swoją wartość nie przez masową skalę, ale przez świeżość, autentyczność, jakość, relację z odbiorcą i obecność na lokalnym rynku.

  1. Fundament: Porozumienie Mądrych Wiosek i Przedmieść w Mieście

Ważnym fundamentem proponowanych działań jest Wielostronne Porozumienie o współpracy partnerskiej w ramach inicjatywy „Mądre Wioski, Przedmieścia w Mieście”, podpisane 25 marca 2026 roku w Małopolskim Urzędzie Wojewódzkim w Krakowie.

Porozumienie łączy administrację rządową, samorządy, instytucje publiczne, środowiska naukowe, organizacje społeczne i osoby zaangażowane w rozwój lokalny. Jego siłą jest współpraca ponad podziałami oraz połączenie różnych perspektyw: wsi, przedmieść i miasta.

Porozumienie podpisali: Ryszard Śmiałek, II Wicewojewoda Małopolski; Aleksander Miszalski, Prezydent Miasta Krakowa; Krzysztof Wołos, Wójt Gminy Wielka Wieś; dr hab. Joanna Hańderek, prof. UJ, w imieniu Stowarzyszenia Kuźnica, Janusz Bończak, redaktor naczelny magazynu Istota.info; Daniel Wrzoszczyk, Dyrektor Biura Stowarzyszenia Metropolia Krakowska; Piotr Adamczuk i Barbara Kawa w imieniu Stowarzyszenia Korona Północnego Krakowa; Marcin Kobuszewski, Dyrektor Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa w Krakowie oraz Bronisław Dutka, Dyrektor Małopolskiego Ośrodka Doradztwa Rolniczego

Pierwsze posiedzenie Zespołu Mądre Wioski, Przedmieścia w Mieście odbyło się 9 kwietnia 2026 roku w Urzędzie Gminy Wielka Wieś. Funkcję przewodniczącej powierzono prof. Joannie Hańderek, rolę koordynatora prac Zespołu potwierdził Janusz Bończak, a za siedzibę Zespołu uznano Urząd Gminy Wielka Wieś.

Dzięki temu program Mądre Wioski, Przedmieścia w Mieście nie jest jedynie hasłem. Ma realne zaplecze instytucjonalne i społeczne. Wielka Wieś i Wielkowiejski Targ mogą być miejscem, w którym idee zapisane w porozumieniu są sprawdzane, rozwijane i pokazywane jako model dla innych gmin.

  1. Wielka Wieś jako pilotaż i węzeł metropolitalny

Naturalnym miejscem pilotażu mogłaby być Gmina Wielka Wieś oraz Wielkowiejski Targ.

Wielka Wieś nie jest już wyłącznie klasycznym obszarem rolniczym. Położenie w bezpośredniej bliskości Krakowa sprawia, że staje się częścią struktury metropolitalnej Małopolski. To właśnie ta pozycja może być jej szczególną siłą.

Gmina może pełnić rolę węzła, czyli miejsca łączącego produkcję rolną, lokalnych producentów, promocję rolnictwa jakościowego, mieszkańców przedmieść i rynek miejski. Może być mostem między tym, co wiejskie, rolnicze i lokalne, a tym, co miejskie, konsumenckie, edukacyjne i instytucjonalne.

W tym sensie Wielka Wieś jest dobrym przykładem myślenia o Smart Suburbs, czyli mądrych przedmieściach. Są to przestrzenie, które nie są już wyłącznie wsią, ale nie są też zwykłą dzielnicą miasta. To nowe obszary życia codziennego, pracy, mobilności, relacji społecznych i kontaktu z lokalną żywnością.

Wielkowiejski Targ pokazuje, że lokalne targowisko może być czymś więcej niż miejscem sprzedaży. Może być inkubatorem przedsiębiorczości, miejscem promocji rolników, przetwórców i rzemieślników, przestrzenią edukacji, rozmowy społecznej i budowania zaufania między producentem a mieszkańcem. Nie chodzi tu o festiwalizację wydarzeń targowych, ale o trwałe wzmacnianie lokalnego rynku, relacji społecznych i bezpieczeństwa żywnościowego.

Ważnym elementem tego modelu jest także rękodzieło i lokalne rzemiosło. Obok producentów żywności pojawiają się osoby rozwijające własne pomysły, małe pracownie, warsztaty i przedsięwzięcia twórcze. To często pierwszy krok do działalności gospodarczej, dodatkowego źródła dochodu lub budowania lokalnej marki.

Rękodzieło nie powinno być traktowane wyłącznie jako dodatek estetyczny. Może być inkubatorem mikroprzedsiębiorczości, sposobem dywersyfikacji dochodów oraz narzędziem zachowania tożsamości, kultury i dziedzictwa podkrakowskich oraz innych społeczności lokalnych.

Ten kierunek jest również częścią myślenia o miastach, które muszą na nowo uczyć się swojego związku z wyżywieniem. Naturalnym zapleczem żywnościowym miast są ich najbliższe okolice, a te z dnia na dzień tracimy przez presję urbanizacyjną, rozlewanie się zabudowy i zanikanie terenów rolnych. Dlatego ochrona i mądre wykorzystanie stref podmiejskich powinny być częścią polityki rolnej, przestrzennej i społecznej.

  1. Najważniejsze prośby do Ministerstwa Rolnictwa

Na tym etapie zależy nam przede wszystkim na trzech decyzjach.

Po pierwsze, prosimy o potraktowanie Wielkiej Wsi i Wielkowiejskiego Targu jako pilotażu lokalnego rynku żywności w regionie rozdrobnionym agrarnie i silnie powiązanym z metropolią krakowską.

Po drugie, prosimy o rozpoczęcie prac nad umocowaniem instytucjonalnym tego kierunku, najlepiej poprzez zespół roboczy lub grupę konsultacyjną przy Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

Po trzecie, prosimy o wskazanie realnych źródeł finansowania dla gmin, które chcą rozwijać lokalne targi, krótkie łańcuchy dostaw, promocję lokalnych producentów oraz lokalne rękodzieło i rzemiosło.

Dziś inicjatywy takie jak Wielkowiejski Targ są wspierane przede wszystkim z budżetu gminy i dzięki zaangażowaniu samorządu. Jest to bardzo cenne, ale jeżeli podobne działania mają być trwałe i możliwe do powielania w innych gminach, potrzebne jest wsparcie systemowe.

Środki finansowe powinny obejmować między innymi infrastrukturę targową, promocję lokalnych producentów, logistykę krótkich łańcuchów dostaw, działania edukacyjne, szkolenia oraz obecność rolników, przetwórców, rzemieślników i rękodzielników na wydarzeniach branżowych.

  1. Zespół przy Ministerstwie i koordynatorzy w gminach

Proponujemy rozważyć powołanie przy Ministrze Rolnictwa i Rozwoju Wsi zespołu roboczego do spraw Mądrych Wiosek, Przedmieść i Lokalnych Rynków Żywności.

Zespół nie dublowałby istniejących struktur rolniczych. Jego zadaniem byłoby uchwycenie tego, co dzieje się dziś na styku wsi, przedmieść i miasta: lokalnej żywności, małych gospodarstw, targów, zdrowia publicznego, edukacji, gastronomii, samorządów, lokalnego rzemiosła i codziennych potrzeb mieszkańców.

Równocześnie warto rozważyć tworzenie w urzędach gminnych podobnych pionów, stanowisk lub funkcji koordynacyjnych. Nie musi to oznaczać nowej biurokracji. W wielu gminach mogłaby to być funkcja koordynatora, pełnomocnika albo małego zespołu międzyreferatowego, który łączyłby sprawy rolnictwa, środowiska, promocji, zdrowia, edukacji, kultury, przedsiębiorczości i współpracy z mieszkańcami.

Dla gmin byłoby to realne wsparcie organizacyjne. Program nie może opierać się wyłącznie na dobrej woli pojedynczych osób. Potrzebuje prostych struktur, jasnych zadań i środków, które pozwolą działać spokojnie, konsekwentnie i długofalowo.

  1. Sieć gmin i dzień 25 marca

Docelowo warto stworzyć sieć gmin, które rozwijają podobny model. Każda gmina mogłaby mieć własną specyfikę, ale wspólny byłby kierunek: lokalna żywność, krótkie łańcuchy dostaw, współpraca z miastem, jakość życia mieszkańców i wzmacnianie lokalnej przedsiębiorczości.

Proponujemy również, aby 25 marca stał się symboliczną i praktyczną datą dla programu Mądrych Wiosek, Przedmieść i Miast. Nie powinien to być wyłącznie dzień rocznicowy. Może stać się corocznym dniem rozpoczęcia prezentacji dobrych praktyk, lokalnych targów, producentów, projektów gminnych, debat, spotkań mieszkańców, szkół, samorządów i instytucji publicznych. Zapraszamy pana Ministra do podpisania listu intencyjnego tworzącego te obchody

W 2027 roku można przygotować pierwszą edycję takiego wydarzenia jako wspólne podsumowanie pilotażu i zapowiedź dalszego rozwoju programu.

  1. Pierwsze kroki działania

Podczas drugiego spotkania proponujemy uzgodnić kilka konkretnych kroków:

  1. wskazanie osoby kontaktowej w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi,
  2. rozpoczęcie prac nad zespołem roboczym lub grupą konsultacyjną,
  3. uznanie Wielkiej Wsi i Wielkowiejskiego Targu za pilotaż,
  4. wskazanie możliwych źródeł finansowania,
  5. przygotowanie roboczego spotkania w Małopolsce z udziałem samorządów, producentów i przedstawicieli ministerstwa,
  6. rozpoczęcie prac nad modelem koordynatorów Mądrych Wiosek w gminach,
  7. przygotowanie założeń pierwszej edycji wydarzenia 25 marca 2027 roku,
  8. uwzględnienie w pilotażu producentów żywności, rękodzielników, rzemieślników i małych lokalnych pracowni jako ważnej części lokalnego rynku, przedsiębiorczości i dziedzictwa.
  1. Najważniejsza intencja

Naszą intencją jest stworzenie prostego, praktycznego i możliwego do powielania modelu. Małe gospodarstwa, lokalni producenci, gminy podmiejskie i duże miasta nie powinny działać osobno. Mogą tworzyć jeden system współpracy, w którym rolnik ma bliższy rynek, mieszkaniec ma dostęp do dobrej żywności, a gmina wzmacnia lokalną gospodarkę i jakość życia.

To kierunek oparty na uważności i sprawiedliwości społecznej. Dobra żywność, lokalny rynek, przestrzeń spotkania i wsparcie małych producentów, rzemieślników i rękodzielników nie powinny być luksusem. Powinny być częścią dobrze zorganizowanej wspólnoty.

Wielka Wieś może być miejscem, w którym taki model zostanie pokazany w praktyce.
Prof. Joanna Hańderek, przewodnicząca Nowej Lewicy, radna Miasta Krakowa
Janusz Bończak, red. Nacz. Magazynu Istota.info, koordynator Mądrych Wiosek, Przedmieść w Mieście




Na pochylni przed wyjściem z supermarketu leżał pies. Leżał sobie po pańsku, jakby to było jego miejsce, a nie nasze, ludzkie. Pracownica sklepu prowadziła po pochylni załadowany po brzegi wózek sklepowy na parking. Pies ani myślał jej ustąpić. Ona nie krzyknęła, nie tupnęła, nie przegoniła go. Zamiast tego zaczęła z nim negocjować. Powolutku przesuwała jego łapki, żeby tylko nie najechać na nie wózkiem. Pies jak leżał, tak leżał. Łaskawie pozwolił przesunąć swoje kończyny. A ona manewrowała i czuła się winna, że narusza jego spokój.

To było dla mnie przecudowne doświadczenie. Może akurat ta kobieta wyjątkowo lubiła zwierzęta, ale odniosłam wrażenie, że na Sri Lance takie podejście ma wiele osób. Pies nie był tu problemem do usunięcia z przestrzeni publicznej. Był uczestnikiem tej przestrzeni. Leżał w tym miejscu, bo ono należało również do niego. Był u siebie.

Przez pół roku mieszkałam z rodziną w Matarze, średniej wielkości mieście na południowym wybrzeżu Sri Lanki. Psy były na każdym rogu, na każdej ulicy. Po pewnym czasie rozpoznajesz je jako znaczące figury w przestrzeni. Mają swoje rewiry. Ten leży zwykle pod sklepem, tamten śpi przy przystanku, inny kręci się przy plaży. Na początku moja europejska perspektywa podsuwała mi najłatwiejsze określenie: bezdomne psy. Ale szybko zrozumiałam, że ono tu nie pasuje.

Na Sri Lance mówi się o nich: streetdogs, czyli uliczne psy. To nie są psy „bezdomne”, bo one mają swoje domy: swoje psie, a bywa, że i ludzkie rodziny, swoje ścieżki, miejsca odpoczynku i miejsca, gdzie można się pożywić. Nie są też „bezpańskie”, bo żadnej władzy nad sobą nie potrzebują. Organizują się w grupy, w których hierarchia nie jest sztywna. Mają swoje sympatie i antypatie, swoje konflikty, swoje pojednania, swoje leniwe popołudnia i ekscytujące wyprawy po okolicy.

Większość lankijskich psów wygląda podobnie: sięgają mniej więcej do ludzkiego kolana, mają gładką, rudawą sierść, smukłe ciała. Im bliżej gór, gdzie jest chłodniej, tym częściej spotyka się psy z dłuższą sierścią i bardziej różnorodnym umaszczeniem. W Sigiriyi, gdzie metalowe schodki oplatają ogromną skałę, pomiędzy nogami turystów przebiegały psy, które trudno było nazwać ulicznymi. To były psy skalne, zwinne jak kozice górskie. Nie bały się wysokości.

Na naszej ulicy też mieszkała psia rodzina. Była tam Mamusia z okaleczoną łapką i szczeniętami, spośród których jedno nie było jej własne, ale opiekowała się nim jak swoim. Była Mamusia Druga, która też miała swoją czeladkę, ale nie była troskliwą matką. Był Czarny Król, był Ryży i Łachmaty. Psy odpoczywały całą grupą u wylotu ulicy, przemieszczały się razem, bawiły, tuliły, kłóciły się. Znikały na jakiś czas, aż zaczynaliśmy się martwić. Gdy wychodziliśmy, to często odprowadzały nas kawałek, a potem wracały do swoich spraw. Jakie to miłe uczucie: iść ze swoim stadem. Być częścią stada. To zupełnie nie do porównania z prowadzeniem na smyczy jednego psa albo nawet dwóch, także ze względu na tworzącą się od razu hierarchię i relację zależności.

Na Sri Lance większość ludzi widziała w psich stadach równoległy ludzkiemu świat, jak najbardziej mający prawo bytu. Nikt psów nie ograniczał, nie izolował, nie uważał, że człowiekowi należy się więcej miejsca. Psi świat czasami przecinał się z ludzkim światem. Najczęściej bezkonfliktowo. Jednak daleka jestem od romantyzowania tego psiego ulicznego życia. To, od czego na Sri Lance boli serce, to widok psów schorowanych i pokaleczonych. Nie znam odsetka przeżywalności szczeniąt do roku, ale musi być dramatycznie niski. Byliśmy świadkami zniknięcia pięciu spośród sześciu szczeniaków Mamusi Drugiej. Nie wiemy, czy to był wypadek czy atak dzikiego zwierzęcia. Z dnia na dzień została z jednym tylko szczenięciem. Natomiast największymi wrogami lankijskich psów ulicznych w każdym wieku są samochody i świerzbowiec.

Psy uliczne na Sri Lance żywią się głównie odpadkami z ludzkich stołów, a na nich przeważa ryż i curry z dużą ilością przypraw. Mięso jest rzadkością dla takiego psa, chyba że jego terytorium to targ rybny. Gdy zaczęliśmy karmić psy z naszej ulicy, kupowaliśmy im kurze żołądki. Było to jedyne mięso, jakie w ogóle kupowaliśmy. Świat nie jest dobrym miejscem i został tak urządzony, że jeden zjada drugiego. Jednym z największych osiągnięć, ale i wyzwań ludzkości, jest możliwość wyrwania się z tego zaklętego kręgu. Psom to nie jest dane. Widziałam, jak regularne jedzenie mięsa i trochę witamin zmienia psie ciała. Czarny Król na początku naszej znajomości wyglądał tak, jak wyglądało jego życie: był wypłowiały, z otarciami, trochę załzawionymi oczami i śladami po stoczonych bitwach. Kiedy wyjeżdżaliśmy, jego sierść lśniła, oczy były czyste, a blizny wyglądały dostojnie. Ale regularne jedzenie nie rozwiązuje wszystkiego. Nie chroni przed wścieklizną, świerzbem, ciążą za ciążą, potrąceniem przez samochód, ropiejącą raną. Gdzie przebiega granica między wolnością a koniecznością opieki?

W tym miejscu wkraczają do akcji rządowe i pozarządowe programy pomocowe: minimum to szczepienia przeciwko wściekliźnie, ale najczęściej idą z nim w parze programy sterylizacji i doraźnego leczenia. Jeszcze w latach 70. XX wieku każdego roku ponad trzystu Lankijczyków umierało w wyniku zakażenia wścieklizną. W obecnej dekadzie liczba ta spadła ponad dziesięciokrotnie i oscyluje wokół 30 zgonów rocznie. Dzieje się tak, pomimo tego, że liczba pogryzień przez psy jest bardziej stabilna i sięga około trzystu tysięcy na rok. To rezultat przyjętej na Sri Lance polityki One Health (Jedno Zdrowie), polegającej na łączeniu medycyny ludzkiej i zwierzęcej zgodnie z słusznym przekonaniem, że nasze życia, ciała i choroby są ze sobą powiązane.

W gabinecie lekarskim w państwowym szpitalu, do którego trafiłam na szczepienie po tym, jak zostałam ugryziona przez Czarnego Króla siedział lekarz z zeszytem, w którym zapisywał wykonane szczepionki. Na okładce było przyklejone zdjęcie małej dziewczynki z dwoma pieskami i cytat z Orhana Pamuka: “Psy umieją mówić, ale tylko do tych, którzy umieją słuchać”. Te pogodne fotografie i plakaty z pieskami w gabinecie szczepień przeciwko wściekliźnie stanowią mocny kontrast do sposobu pokazywania zwierząt chorych na wściekliznę w Polsce: wyszczerzone potwory z zębiskami ociekającymi śliną. Czy ta różnica wizualna nie jest znacząca? Przecież wścieklizna to także ich śmiertelna choroba, a nie zły charakter.

Charakterystycznie przycięte ucho psa to znak, że zwierzę zostało wysterylizowane i zaszczepione. Takie psy spotykałam pod supermarketem, na przystanku autobusowym, w pobliżu szpitala, w naszej dzielnicy. Przycięte ucho, które z daleka może wyglądać jak okaleczenie, było w rzeczywistości znakiem troski. Ktoś tego psa złapał, zawiózł, uśpił, zaszczepił, wysterylizował, pozwolił mu dojść do siebie i odwiózł z powrotem tam, skąd został zabrany. Bo to wspólny obszar, z którego nikt nie chce psów eliminować. Psy i ludzie (a także inne gatunki) pozostają w relacji współistnienia w przestrzeni, na którą żaden gatunek nie ma wyłączności.

Tysiąclecia koewolucji spowodowały, że to psy, a nie nasi najbliżsi krewni, szympansy, potrafią czytać z ruchu gałek ocznych człowieka. Psy czują nasze nastroje, adaptują się do każdych warunków, są wierne i lojalne. Jako gatunek odniosły ewolucyjny sukces, wraz z ludźmi zamieszkują niemal całą planetę. Ale sukces gatunku nie oznacza, niestety, szczęśliwego życia każdego psa. Patrząc na ludzi, którzy przez tysiące lat nie nauczyli się rozpoznawać psich emocji, od razu wiadomo, kto dominuje w tym nierównym partnerstwie.

Europejski model psiego życia jest tak silnie związany z mieszkaniem, własnością i kontrolą, że trudno nam pomyśleć psa inaczej niż przez relację do człowieka. Pies ma mieć dom, czyli nasze mieszkanie lub podwórko; ma mieć opiekuna, czyli kogoś, kto o nim decyduje; ma mieć imię, książeczkę zdrowia, miskę, posłanie, smycz, adres. To wszystko jest dobre i potrzebne, dopóki pamiętamy, że opieka nie jest niewinna. Opieka bardzo łatwo przechodzi we władzę, a władza odbiera całą sprawczość. Decydujemy, kiedy pies je, kiedy wychodzi, z kim wolno mu się przywitać, od kogo ma się odsunąć, ile może węszyć przy jednym krzaku, a kiedy ma już „iść przy nodze”. Potem dziwimy się, że nasze psy, doskonale odżywione, szczepione, zabezpieczone przed pasożytami i śpiące na miękkich posłaniach, cierpią na nudę, lęki, frustrację i rozmaite zaburzenia.

Obserwacja ulicznych psów na Sri Lance pozwoliła mi zobaczyć te wyjątkowe zwierzęta w bardziej naturalnych sytuacjach, w których to właśnie psy, a nie ludzie, określały warunki i stawiały granice. Tak zachowywałyby się nasze psy, gdybyśmy mogli dać im trochę więcej wolności.

Pies nie musi być czyjś, żeby mieć dom. Ale psy potrzebują ludzi, którzy nie zostawią ich samych z chorobą, bólem, raną, głodem i jedną ciążą po drugiej. Nie dlatego, że są naszą własnością, ale dlatego, że od tysięcy lat żyją w świecie, który współtworzymy z nimi i który najczęściej urządzamy pod siebie. Jeśli domestykacja była początkiem międzygatunkowej umowy, to nie możemy dziś udawać, że wolno nam korzystać tylko z jej przyjemnej części: z wierności, czułości, psiego spojrzenia.

Dobrostan psa składa się z dwóch rzeczy, które zbyt rzadko występują razem: wolności i opieki. Na Sri Lance zobaczyłam psy, które miały wolność, własne relacje, terytoria i autonomiczną wartość niezwiązaną z przynależnością do człowieka. Nie były niczyje. Były swoje. Mogę im tylko życzyć, żeby jak najczęściej doświadczały, oprócz poszanowania swoich granic, również troski i opieki, czyli tego, czego wolność sama w sobie nie daje.
Tekst, fot. Magdalena Kozhevnikova

 

Magdalena Kozhevnikova – antropolożka kultury i bioetyczka. Przez pół roku mieszkała na Sri Lance. Pracuje nad książką „Nieszczelny dom. Pół roku na Sri Lance z rodziną i psem”, osobistą opowieścią o codzienności na wyspie poza turystycznym szlakiem.

 




Miasto magii
Miasto ma wiele magicznych miejsc, które zapadają w pamięć na zawsze, na chwilę, przelotnie. Można je przywołać w każdym momencie, który na nie zasługuje. Mogą być przystanią właśnie teraz albo później, kiedy wspomnienia znów będą szukały dla siebie miejsca. I choć nie mówią dokładnie o historii, osobach, czasach, to jednak zawierają je w sobie, wszyte w swoją strukturę, jak książka, którą można czytać dotykiem, podążając palcami i dłońmi po powierzchni kamieni, murów, cegieł kamienic.

Każde z tych miejsc, w zależności od pory dnia i pogody, ma swoją odpowiedź. Ciepło wapienia nagrzanego słońcem inaczej opowiada o sobie. Jest chropowaty, czasem miejscami gładki, a w deszczu te różnice zanikają i dłonie mówią tylko, że kamień jest mokry. Później inaczej pachną, deszczem, kredą, chłodem. Inaczej mają się cegły. Te są szorstkie, czasem na krawędziach kruszą się i w palcach historia zostaje jak drobne okruszki. Jakby wysypały się minione sekundy, jakby minuty odpadły od ściany i w dłoniach został ten czas, który już nie powróci w pełnej całości, już nie stworzy tej samej, stałej, jednolitej struktury.

Są takie miejsca w starym mieście, które pamiętam, choć dziś moje dłonie są o wiele większe od tych, które kiedyś ich dotykały, przytulały je, badały wgłębienia i załamania. To na przykład szare lwy, które śpią albo drzemią na Krakowskim Rynku. Wielokroć byłem na nich sadzany z uśmiechem i też wielokroć sam wdrapywałem się na nie, żeby usiąść, przytulić się do twardej, choć zmierzwionej lwiej czupryny. Tam jakby stawiałem pierwsze kroki, żeby wejść tam, gdzie inni już potrafili. A dziś, gdy moje dłonie są już duże, mogę podejść i niby z ciekawości poklepać lwa po nosie, czytając tamte dotknięcia, uśmiechy i zdziwienia.

Ulica św. Tomasza, choć dziś już nie ta sama, nie tak zaniedbana, nie tak szara, nadal daje się czytać ręką. Idąc, można przesuwać palcami wzdłuż ścian i elewacji, jak patykiem po płocie albo jak igłą gramofonową po płycie, odsłuchując załamania, fakturę, chłód, ostrość lub miękkość powierzchni. To takie melodie, które zawsze mają swój klucz wiolinowy, a później, w miarę tempa przechodzenia, można razem z ulicą śpiewać. Nie otwierając ust, jedynie tym wrażeniem dotyku wysłuchać całego koncertu.

To niezwykłe, że fragmenty ulic zawsze podobnie brzmią. Ciekawymi wątkami są kamienne obramowania witryn. Czasem można je poczuć jak solowy występ altowych załamań, a czasem aż sopranowych, zaostrzonych, lecz miękko zamalowanych zakrzywień. Tak, zdecydowanie miasto śpiewa. I w zależności od nastroju można zagłębić się w te historie, czasem na bardzo długo. Może to wyglądać zabawnie, gdy ktoś zatrzymuje się przy ścianie, przy latarni, przy pniu drzewa, ale to tylko z boku wygląda jak dziwactwo. W środku jest wędrówką.

Ławki na Plantach, latarnie z odpryskującą farbą, drzewa, które zostawiają czarny pył na dłoniach, liście jesienne, śnieg, deszcz i zapach. Wszystko to zostaje w człowieku nie jak obraz, ale jak ślad na skórze. Miasto czasem pamięta za nas. Wystarczy dotknąć. Idź na spacer i posłuchaj jak gra dla Ciebie miasto.
Janusz Bończak




Podczas MRG Festiwalu 26’ „Młodzi dla Młodych” w Michałowicach redakcja Istota.info rozmawiała z osobami, które współtworzyły to wydarzenie i jego atmosferę. To seria rozmów o młodzieży, lokalności, odpowiedzialności i o tym, czy młodzi ludzie mogą być nie tylko odbiorcami gminnej oferty, ale także współtwórcami wspólnoty, w której dorastają. Festiwal, przygotowany przez Młodzieżową Radę Gminy Michałowice, odbył się 28 czerwca 2026 roku na placu Józefa Piłsudskiego w Michałowicach. Istota.info objęła wydarzenie patronatem medialnym.

Rozmowa z Anną Tarko, sekretarz Gminy Michałowice i opiekunem Młodzieżowej Rady Gminy Michałowice

Janusz Bończak: Jest Pani opiekunem młodzieży podczas Festiwalu Młodzi dla Młodych. Wybrali Panią młodzi, czy została Pani oddelegowana z urzędu do tej roli?

Anna Tarko: Jestem opiekunem Młodzieżowej Rady Gminy Michałowice pierwszej kadencji. Młodzieżowa Rada miała inaugurację w zeszłym roku, 9 stycznia. Rada ma w naszej gminie trochę inną specyfikę, bo skupia młodzież w wieku od 13 do 21 lat. Wspólnie z władzami i radnymi uznano, że dobrze byłoby, aby młodzież miała swojego opiekuna. Została podjęta stosowna Uchwała. Określono wymogi, jakie opiekun powinien spełniać. Było tam między innymi doświadczenie w pracy z młodzieżą i ukończone 25 lat. Te wymogi spełniałam. Młodzieżowi radni sami zgłaszają kandydatów na opiekuna Radzie Gminy. Tak to wyglądało. Zgłoszone zostały dwie osoby. Z ramienia urzędu zgłoszono mnie oraz panią nauczyciel, która miała doświadczenie w pracy z młodzieżą. Pamiętam sesję Rady Gminy. Byłyśmy dwie jako kandydatki i rada musiała wybrać jedną z nas. Nie była to dla nas komfortowa sytuacja, bo czułyśmy się trochę jak na „castingu”. Trzeba było się dobrze zaprezentować. Moją kontrkandydatkę zdążyłam poznać podczas sesji. To bardzo dobra Pani nauczyciel ze Szkoły Podstawowej w Michałowicach, ciesząca się pozytywną opinią wśród uczniów i ogólnie w szkole. Tak naprawdę najlepszym rozwiązaniem byłoby, gdybyśmy mogły tę funkcję dzielić. Ona ma większe doświadczenie w pracy z młodzieżą, z uwagi na wykonywaną pracę, ja mam kilkunastoletnie doświadczenie w pracy w samorządzie. Młodzieżowa Rada Gminy jest specyficzną jednostką, ma działać w samorządzie, musi więc znać zasady. Ktoś musi młodym ludziom pokazać, jak to po prostu wygląda.

Myślałem, że to młodzież ma wam pokazać, jak to ma wyglądać i mieć realny wpływ na decyzje, jakie samorząd ma podejmować. Ja tak widzę Młodzieżową Radę Gminy…

Anna Tarko: Zgadza się. Jest w tym dużo prawdy. Ale w Młodzieżowej Radzie są też osoby trzynastoletnie. To jeszcze nie są osoby dorosłe. Mają mnóstwo pomysłów, czasem nieprzewidywalnych, baśniowych. Dlatego wydaje mi się, że osoba, która ma wiedzę samorządową albo doświadczenie w pracy z młodzieżą, powinna czasem pomóc, czasem przystopować, czasem pokazać, co jest możliwe. Radni uznali, że taki opiekun jest potrzebny i tak ta funkcja trafiła do mnie.

Z tego, co widzę, młodzież dobrze trafiła z opiekunem…

Anna Tarko: To już trzeba ich pytać, czy są zadowoleni. Ja wspieram ich, jak mogę. Wójt Daniel Gajoch też jest bardzo przychylny różnym inicjatywom, które młodzieżowi radni podejmują. Muszę powiedzieć, że rok 2025 był pierwszym pełnym rokiem działalności Młodzieżowej Rady. Proszę zgadnąć, ile inicjatyw zostało przez młodzieżowych radnych podjętych i wykonanych.

Pewnie niezbyt dużo?

Anna Tarko: Czterdzieści cztery. To naprawdę robi wrażenie. Nawet przy tworzeniu raportu o stanie gminy za miniony rok, a jesteśmy świeżo po sesji absolutoryjnej, miałam przyjemność się tym pochwalić. Mimo że to dopiero pierwszy rok działalności i pierwsza kadencja, która trwa dwa lata, młodzieżowi radni zrealizowali już 44 inicjatywy. To nie są osoby, które chcą tylko „otwierać lodówkę” i wszędzie być widoczne. Oni działają po cichu i robią swoje. Przewodniczący Młodzieżowej Rady Gminy, Łukasz Hachlowski, to naprawdę świetny człowiek. Nie wiem, skąd w tak młodym wieku ma tyle pomysłów, taką kreatywność i taką umiejętność motywowania innych do działania. Wiele osób powinno brać z niego przykład.

Aktywności często opierają się na liderach.

Anna Tarko: Zgadza się. On jest świetnym liderem i bardzo dobrze rokuje. Ważne jest też to, że uzyskał poparcie wójta, który wspiera te inicjatywy. To właśnie za kadencji obecnego wójta, który jest pierwszą kadencję, Młodzieżowa Rada powstała i zaczęła tak działać. Naprawdę mamy się czym pochwalić.

A dzisiaj jesteśmy w trakcie pierwszego takiego festiwalu na terenie gminy…

Anna Tarko: Tak. W tle słychać muzykę, trwa koncert. To pierwszy festiwal tego typu na terenie tej gminy. Zobaczymy, z jakim skutkiem się zakończy i czy przejdzie do historii. Modliliśmy się o pogodę, ale może nie, aż o taki upał. Wolontariusze naprawdę dopisali. Cały czas czekamy jeszcze na mieszkańców, bo to wydarzenie jest także dla nich. Mamy nadzieję, że kiedy zrobi się trochę chłodniej, wszyscy skorzystają z tego, co tutaj się dzieje.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Janusz Bończak, tekst, fot., autor

 




Na Plantach
Takie uczucie, wiesz, jak Ci to opowiedzieć…?, jakbyś chciał być nie tu, gdzie jesteś. Jakbyś się śpieszył, choć przecież wcale nie wybrałeś się w drogę. Leżysz na plecach, czujesz wszystkie mięśnie, a w głowie masz myśl, że poszedłbyś już, z kimś porozmawiał, choć nie, nie jesteś sam w tej chwili i mógłbyś coś powiedzieć. Ale co to miałoby być? Co mogłoby kogokolwiek zainteresować? Znów te same zwroty, myśli, słowa wypowiadane gdzieś do przodu, w bok, ukosem, więc wolisz milczeć. Nic nie powiesz na głos, tylko ciągle mówisz w sobie, tym swoim głosem, który brzmi wyłącznie w twojej głowie. Jest twój, taki miękki, choć kiedy mówisz naprawdę, słychać coś innego. Jakby głos był jeszcze sprzed mutacji. Inny głos, inne myśli, a Ty milczysz, leżysz, patrzysz w sufit.

Jest już nie tak jasno, jak w upalny dzień. Podwieczór rozpoznaje się nie tylko po świetle, ale też po nastroju, po walorze cieni na ścianach. Leżysz tak i czujesz, jak przebiegają po tobie zimne ciarki. To frustrujące, więc wstajesz, ubierasz się i wychodzisz. Mówisz, że na spacer, że musisz wyjść, że cię gdzieś niesie. I idziesz, a pozostali oddychają z ulgą, bo choć byłeś złożony w horyzontalnym położeniu, to jednak wszystkie twoje wibracje dotykały ścian, powietrza, nawet ruchu firanki, gdy przechodziłeś obok.

Jesteś za domem. Idziesz, patrzysz pod nogi, albo uczciwiej, nie patrzysz przed siebie, tylko pozwalasz, żeby ulica sama cię prowadziła. Sięgasz ręką do wewnętrznej kieszeni. Tam już czujesz zapach papierosów w miękkiej paczce. Wyczuwasz, że zostały jeszcze trzy, może cztery. Wyciągasz jednego. To już rytuał. Zapalniczka albo zapałki. Z zapałkami więcej zachodu i ten zapach fosforu, bo wiesz, że tam jest i dym, pierwszy dym z drewna przesiąkniętego chemią. Niemiły zapach, choć płomień zawsze jest inny i ciekawy, zbudowany z błękitów, kadmowych żółci, bieli i ciemnego dymu na końcu, już po spaleniu.

Zapalasz, zaciągasz się. To nie jest miłe, nie jest fajne. Po co ja w ogóle palę, po co daję sobie coś, co wcale nie jest dla mnie, a jednak palisz. Idziesz, patrzysz ukradkiem po twarzach innych, na ich śmieszne ruchy, szare ubrania, pośpiech, brud kamienic, śmieci i zapach moczu, który tu, w mieście, zawsze wita każdego wieczornego spacerowicza.

Znasz uliczki, którymi można szybko przemknąć, niepostrzeżenie, cicho, tam, gdzie alejki Plant krakowskich otaczają miasto jak szalikiem. Miasto jeszcze jest nagrzane słońcem dnia, a teraz powoli oddaje to ciepło. Czujesz, jak stopy, nogi, dostają je z kamienia, z chodnika, z tych kilku godzin upału. Tuż nad karkiem puka już chłód wieczornego nieba. Okrywa ci barki, ramiona, sięga na głowę jak kaptur bluzy, zasnuwa cię i idziesz jak wędrowiec. Pod wpływem tej termicznej barwy wieczornego chłodu wnikasz w alejki, przy ławkach, w przejścia, którymi o tej porze nie każdy chce chodzić, bo nie każdy chce słyszeć tylko swoje kroki.

A teraz dym czujesz w oczach, zapach bibułki i dotyk filtra w ustach. To nie jest jakieś niezwykłe. Właśnie takie zwykłe, inaczej szare. Pasujesz do tego wieczornego spaceru, wychodząc z brudnego miasta, z pośpiechu, z irytacji, z frustracji, w chwilę, w której znów jesteś napięty, bez poczucia, że wiesz, gdzie chcesz iść. Choć przecież znasz te ławki i wiesz, gdzie mógłbyś przysiąść. Znasz też to, jak odgniatają się deseczki na udach, na pośladkach, a kiedy wtulisz się w kształt oparcia, ostre krawędzie będą ocierać się o kręgi twojego kręgosłupa lędźwiowego. Kiedy dopasujesz kark do tego zakrzywienia, zostanie taki niedosyt, bo głowy właściwie nie oprzesz. Ona będzie zawieszona niczym ptak siedzący na gałęzi, który nie widzi gwiazd, bo gwiazd jeszcze nie widać. Nie jest jeszcze na tyle ciemno, na tyle cicho, na tyle magicznie, by można je było zobaczyć.

Jesteś niecierpliwy. Nie chcesz siedzieć na ławce, zaraz ci się to znudzi, więc przechodzisz obojętnie obok. Zostało jeszcze kilka pociągnięć dymu do płuc. Robisz to, czując gorzki, piekący dym, który gdzieś wpływa, a później jakoś się ulatnia, częściowo na zewnątrz i gdzieś schowany wewnątrz ciebie. Idziesz, przyśpieszasz, z ciemnej, chłodnej alejki znów wpadasz w ulicę, chodnik, ściany kamienic, które zarysowują przestrzeń ciepła, wilgoci, innych ludzi, gołębi, krzywych płytek chodnikowych, porysowanych kredą ścian. Nawet sam mógłbyś kiedyś coś napisać, ale nie, nie masz na to w ogóle ochoty. Nigdy nie miałeś.

Idziesz dalej, rozglądasz się po oknach. Jest na tyle ciemno, że światła w domach migają, poruszają się jak w niemym filmie, choć miasto żyje dźwiękiem, buczeniem, piskiem, rozmowami, czasem szczekaniem małych psów, bo duże trudno jest mieć w kamienicy.

Idziesz gdzieś, już nie palisz, gdzieś coś myślisz i nawet zapomniałeś, że czegoś chciałeś. Zachwycasz się miastem, tymi ludźmi, których minąłeś. Odpuściła ci głowa, znikło zniecierpliwienie. Może nikotyna zadziałała, może to, że miasto jest twoje i ty dziś znów z nim zatańczyłeś, poza sceną. Moje miasto. Mój taniec. Nasz wspólny wieczór podczas spaceru.

Janusz Bończak




Świat zyskuje na tym, gdy młodzież jest w stanie go zobaczyć i zareagować. Bo że młodzi ludzie bardzo wrażliwie przeżywają to, co dzieje się wokół nas, w relacjach z innymi ludźmi, krajami, przyrodą czy klimatem, tego jestem pewny. I nie mówię tego hipotetycznie.
Jak dziś pamiętam pierwsze manifestacje i poruszenie związane ze zmianami klimatycznymi. To właśnie Młodzieżowy Strajk Klimatyczny w Krakowie organizował pochody i wiece, które opowiadały o zbliżającym się zagrożeniu, jakie niesie niepohamowany rozwój industrialny, technologia bez hamulców i świat, który zbyt często udaje, że granic nie ma. Byłem świadkiem różnych protestów, widziałem młodych ludzi zabierających głos, często mających dopiero 13, 14 czy 15 lat. Dla nich świat, urządzany przez nas, dorosłych, coraz rzadziej jest miejscem komfortowego, spokojnego życia, a coraz częściej czymś, o co trzeba się upominać, żeby dało się w nim normalnie żyć.
I choć MRG Festiwal 26’ „Młodzi dla Młodych” w Michałowicach był wydarzeniem radosnym, pełnym muzyki, sportu, nauki, spotkań i dobrej energii, to trudno było nie zauważyć jeszcze jednego bohatera tego dnia. Upału. Tego mocnego, lejącego się z nieba, chwilami bezlitosnego. Temperatury zbliżające się do 40 stopni Celsjusza jeszcze niedawno kojarzyłyby się raczej z południem Europy niż z placem Józefa Piłsudskiego w Michałowicach. Dziś stają się częścią naszej codzienności. To już nie jest tylko pogoda. To coraz bardziej klimat.
A mimo tego młodzi mieli odwagę przeprowadzić całą imprezę. Z koncertami, strefami sportu, nauki, pokazami, parkami maszyn, rozmowami, śmiechem, zdjęciami, wodą z węża strażackiego i tą szczególną atmosferą, kiedy wydarzenie nie jest tylko „dla młodzieży”, ale naprawdę przez młodzież współtworzone.
Z wielką przyjemnością przyjęliśmy patronat medialny nad tym wydarzeniem. I z równie dużą odpowiedzialnością staramy się opowiedzieć o pracy młodych ludzi, ich pomysłach, energii i dojrzałości. Oczywiście odrobina subiektywności w tej relacji pewnie się zakradła. Muszą nam to wybaczyć. Trudno jednak zachować pełny dystans, kiedy widzi się tak dobre wydarzenie, przygotowane z taką energią i zaangażowaniem.
Na zdjęciach widać to bardzo dobrze. Muzycy na scenie są skupieni, trochę jeszcze zanurzeni w swoim świecie, trochę już przed publicznością. Gitara, perkusja, mikrofon, słońce odbijające się od scenicznej siatki, kilka sekund przed kolejnym dźwiękiem. Nie ma tu udawania wielkiego festiwalu. Jest prawdziwe granie, napięcie i radość z tego, że można stanąć na scenie u siebie.
Jest też obrazek, który bardzo lubię. Uczestnicy z tablicą „Project 202”, dorośli z telefonami, ktoś robi zdjęcie, ktoś nagrywa, ktoś patrzy z boku. Niby zwykła scena z wydarzenia, a jednak mówi bardzo dużo. Bo czasem dorośli muszą po prostu stanąć obok i zobaczyć, że młodzi już są. Nie dopiero będą. Nie kiedyś dorosną. Już teraz mają swoje pomysły, swoją energię, swoje relacje i swój język.
W rozmowach, które przygotowujemy na Istota.info, wracał właśnie ten temat, że młodzież potrzebuje miejsca. Nie tylko sali, nie tylko wydarzenia raz do roku, nie tylko punktu w strategii gminy. Potrzebuje realnej przestrzeni, w której można coś wymyślić, zaryzykować, pomylić się, zaprosić innych, zrobić koncert, poprowadzić rozmowę, zorganizować strefę, zadbać o technikę, współpracować z urzędem, strażakami, szkołami, partnerami i mieszkańcami.
To ważne szczególnie w Michałowicach, gdzie prawie jedna czwarta mieszkańców to dzieci i młodzież. To nie jest margines społeczności. To jedna z jej najważniejszych części. Jeżeli młodzi mają czuć, że gmina jest ich miejscem, muszą ją nie tylko oglądać z ławki, szkolnego korytarza albo przystanku. Muszą mieć wpływ. I Młodzieżowa Rada Gminy Michałowice pokazała, że ten wpływ może wyglądać bardzo konkretnie.
Bo ten festiwal nie był tylko ładnym wydarzeniem do kalendarza. Był ćwiczeniem z odpowiedzialności. Ktoś musiał zaprosić ludzi. Ktoś musiał pomyśleć o programie. Ktoś musiał dogadać strefy. Ktoś musiał wyjść na scenę. Ktoś musiał rozmawiać z dorosłymi, którzy czasem pomagają, czasem doradzają, a czasem pewnie też nie do końca rozumieją, dlaczego młodzi chcą zrobić coś po swojemu. I właśnie w tym jest sens.
Obok sceny pojawiły się samochody, wielkie ciężarówki Mercedesa, strażackie wozy OSP Michałowice, Raciborowice i Zagórzyce, czerwone, ciężkie, z otwartymi skrytkami, z osprzętem, z historią lokalnych jednostek wypisaną na drzwiach. To nie były tylko atrakcje do oglądania. To była opowieść o wspólnocie. O tym, że gmina nie składa się wyłącznie z urzędu, szkoły i kilku wydarzeń. Składa się z ludzi, którzy coś potrafią, coś robią, za coś odpowiadają.
I chyba dlatego ten zestaw obrazów jest tak ciekawy. Z jednej strony młodzi na scenie, energia muzyki, skupienie, trema i ambicja. Z drugiej strony potężne maszyny, wozy strażackie, technika, siła i bezpieczeństwo. A pomiędzy tym wszystkim upał, woda, cień drzew, mieszkańcy z telefonami, dzieciaki, rodzice, opiekunowie, strażacy, organizatorzy. Mała lokalna scena, a jednak cały świat w pigułce.
Wójt Daniel Gajoch w rozmowie o młodzieży mówił o tym, że młodzi muszą mieć swoje miejsce. I to zdanie dobrze zbiera sens tego dnia. Bo miejsce to nie tylko budynek. Miejsce to także zaufanie. To zgoda na obecność. To możliwość powiedzenia: jesteśmy stąd, to jest nasze, chcemy tu działać, chcemy mieć wpływ, chcemy, żeby nas traktować serio.
MRG Festiwal 26’ pokazał, że w Michałowicach jest młodzież, która nie czeka wyłącznie na gotową ofertę. Jest młodzież, która potrafi współtworzyć. Jest też społeczność, która może na tym bardzo dużo zyskać, jeśli będzie chciała tę energię zauważyć i nie zgubić jej po drodze.
Wójt, samorząd, rodzice i cała społeczność gminy mogą być dumni z michałowickiej młodzieży. My jesteśmy pod wielkim wrażeniem. Bo młodość nie jest dodatkiem do gminy. Nie jest programem pobocznym. Nie jest „kiedyś”. Jest teraz. W upale, na scenie, przy mikrofonie, przy perkusji, przy strażackim wozie, przy sportowej strefie, przy nauce, przy rozmowie i przy odpowiedzialności.
I może właśnie dlatego warto było tam być. Żeby zobaczyć, że młodzi nie tylko potrzebują miejsca. Oni już je tworzą. Trzeba im tylko nie przeszkadzać, pomagać mądrze i traktować poważnie. Bo kiedy młodzi dostają przestrzeń, świat naprawdę zyskuje.
Tekst, zdjęcia: Janusz Bończak

 




Podczas MRG Festiwalu 26’ „Młodzi dla Młodych” w Michałowicach redakcja Istota.info rozmawiała z osobami, które współtworzyły to wydarzenie i jego atmosferę. To seria rozmów o młodzieży, lokalności, odpowiedzialności i o tym, czy młodzi ludzie mogą być nie tylko odbiorcami gminnej oferty, ale także współtwórcami wspólnoty, w której dorastają.
Festiwal, przygotowany przez Młodzieżową Radę Gminy Michałowice, odbył się 28 czerwca 2026 roku na placu Józefa Piłsudskiego w Michałowicach. Istota.info objęła wydarzenie patronatem medialnym.

Rozmowa z Łukaszem Hachlowskim, przewodniczącym Młodzieżowej Rady Gminy Michałowice i jednym z organizatorów Festiwalu „Młodzi dla Młodych”.

Janusz Bończak: Panie Łukaszu, skąd wziął się pomysł na Festiwal „Młodzi dla Młodych”? Dlaczego uznaliście, że takie wydarzenie jest potrzebne właśnie teraz?
Łukasz Hachlowski: Od zawsze chodziło mi po głowie takie wydarzenie, w którym można zaangażować jak największą liczbę młodych osób i którego odbiorcami będą przede wszystkim młodzi ludzie. Mam tę przyjemność, że dobrze czuję się w organizacji wydarzeń dla młodych, także na większą skalę.
Kiedy dowiedziałem się, że jest taka możliwość i że jest na to przestrzeń ze strony Urzędu Gminy, od razu zabrałem się do pracy. Nie sam, tylko razem z wieloma młodymi organizatorami. Przy wydarzeniu działało ponad 70 młodych osób, które przez ostatnie miesiące skupiały się na tym, aby dać z siebie wszystko i doprowadzić festiwal do efektu, który widzimy dzisiaj.
Oczywiście było też wsparcie kilkunastu osób z urzędu, Centrum Kultury i Promocji oraz innych instytucji, takich jak szkoła, straż i różne organizacje.

Dlaczego właśnie Michałowice?

ŁH: Dlatego, że jestem z Michałowic. Wychowywałem się tutaj, chodziłem tutaj do szkoły przez 10 lat, w tym przez osiem klas szkoły podstawowej. Od przedszkola jestem związany z tym miejscem.
Spędziłem tutaj świetny czas i świetne dzieciństwo. Wyniosłem stąd bardzo dużo wartościowej wiedzy i takie przesłanie, które teraz mocno mi przyświeca: chcieć to móc. Głęboko wierzę, że jeśli się na czymś skupimy i włożymy w to odpowiednią ilość sił, pracy i własnej energii, to możemy robić naprawdę wielkie rzeczy. Również jako osoby młode.

Później była szkoła w Krakowie?

ŁH: Tak. Jestem absolwentem III Liceum Ogólnokształcącego im. Jana Kochanowskiego w Krakowie. To również wspaniała szkoła. Mam chyba szczęście do miejsc, które wybieram. To liceum z wieloletnią tradycją, ponad 120-letnią. Spotkałem tam wspaniałych ludzi i miałem okazję przez trzy lata działać w samorządzie uczniowskim, również jako przewodniczący szkoły.

Czy pomysł na festiwal powstał tu, w Michałowicach, czy raczej we współpracy z młodzieżą z Krakowa?

ŁH: Pomysł na festiwal powstał tutaj, w Młodzieżowej Radzie Gminy Michałowice. Natomiast od samego początku wiedziałem, że to nie jest wydarzenie, które robi się w pojedynkę. Dlatego szybko skontaktowałem się z liderami, z którymi współpracuję na co dzień, również w Krakowie.
Młodzieżowa Rada Gminy nie jest jedyną organizacją, w której działam. Od wielu miesięcy, a z niektórymi osobami od wielu lat, współpracuję z liderami z Krakowa. Mamy do siebie zaufanie. Wiedziałem, że mogę na nich polegać, a oni uwierzyli w moją wizję i są dzisiaj tutaj razem ze mną.

Porozmawiajmy o gminie Michałowice i o młodzieży. Czy młodzież ma tutaj swoje miejsce, żeby się spotkać, porozmawiać, spędzić razem czas? Czy jednak takim miejscem pozostaje Kraków?

ŁH: Właśnie po to powstała Młodzieżowa Rada Gminy, aby być może tę lukę zapełnić. Na terenie gminy mamy trzy szkoły podstawowe. Dwie z nich regularnie, co roku, organizują pikniki rodzinne. To nie są wydarzenia wyłącznie dla młodzieży, ale młodzi ludzie biorą w nich udział, więc taka przestrzeń pojawia się przynajmniej raz do roku. W tym roku również trzecia ze szkół zorganizowała swój piknik.
Są też samorządy uczniowskie, w których młodzież może się realizować. Uważam jednak, że decyzja o powołaniu Młodzieżowej Rady Gminy była bardzo trafna. Półtora roku naszej działalności pokazało, że ta decyzja się sprawdza.
Zorganizowaliśmy w tym czasie szereg różnych konferencji dla uczniów siódmych i ósmych klas. W ostatnim roku powtórzyliśmy je. Wzięło w nich udział kilkaset osób. W pierwszej konferencji około 300, w drugiej, rok później, około 200 osób.
To były wydarzenia dla wszystkich szkół. Zaprosiliśmy ekspertów i skupiliśmy się wokół egzaminu ósmoklasisty, ale nie od strony edukacyjnej, bo tutaj ufamy nauczycielom. Chodziło bardziej o psychologię, stres, podejście, strategie i o to, na czym młodzi mogą się faktycznie oprzeć.

Czy dorośli pytają was o zdanie? Czy raczej próbują narzucić wam rytm i sposób działania Młodzieżowej Rady Gminy? Czy macie poczucie, że samorząd i urząd naprawdę chcą was dopuścić do współdecydowania, czy jesteście raczej takim ozdobnym bukietem przy samorządzie?

ŁH: Myślę, że uczestnictwo w Młodzieżowej Radzie Gminy jest przestrzenią, żeby się sprawdzić. Jest dorosła rada gminy, a młodzieżowa rada daje możliwość zobaczenia, czy to jest coś dla nas i czy dobrze się w tym czujemy.
Wielu z nas spotyka się tutaj z odmiennością działania instytucji publicznej. Nie wszystko zawsze dzieje się szybko. Nie wszystko jest tak łatwe, jak młodzi ludzie często lubią: szybko, konkretnie i załatwione.
Mogę jednak szczerze powiedzieć, że Urząd, z którym współpracuję, jest otwarty na moje pomysły i wizje, a także na pomysły całej Młodzieżowej Rady. Na pewno chce słuchać. Jestem wysłuchany. A później siadamy do stołu i patrzymy, co da się zrobić, co jest realne i jakie są możliwości.
Działam już jedenasty rok z rzędu, a półtora roku w Młodzieżowej Radzie Gminy. Spotykałem się z różnymi instytucjami i tutaj naprawdę mogę powiedzieć, że jestem wysłuchany. Nie jestem liderem, który mówi, że musi być po mojemu, nawet jeśli coś jest wbrew zasadom. Chcę zrozumieć, dlaczego czegoś nie da się zrobić. Ale nie chcę kończyć rozmowy na tym, że „się nie da”. Chcę dojść do tego, co możemy z tym faktem zrobić, żeby jednak udało się dobrze przeprowadzić sprawę.

Gdybym zapytał: sprawdzam. Jaka decyzja samorządu najbardziej by was satysfakcjonowała? Co chcielibyście, żeby gmina przede wszystkim dla was zrobiła?

ŁH: Trudno mi odpowiedzieć, bo od razu nasuwa mi się to wydarzenie, na którym właśnie jesteśmy. Gmina zgodziła się, żeby je zrealizować. Dała mi przestrzeń, wsparcie i finansowanie tego pomysłu.
Po sześciu miesiącach przygotowań faktycznie to zrobiliśmy. To było moje marzenie, żeby takie duże wydarzenie zostało zrealizowane. Wydarzenie na skalę całej gminy, angażujące wiele różnych instytucji. Bardzo mi na tym zależało, zwłaszcza kiedy zacząłem wszystko planować, bo uwielbiam takie rzeczy robić.

A jaka powinna być pierwsza decyzja albo pierwsze działanie po festiwalu? Kiedy skończy się muzyka i zabawa, co powinno się wydarzyć dalej?

ŁH: Na pewno muszę po tym festiwalu odpocząć. Szczerze mówiąc, przez ostatnie miesiące 95 procent mojej energii było poświęcone temu wydarzeniu. A miałem w tym czasie sesję na Uniwersytecie Jagiellońskim i działałem też w innych organizacjach.
Jeszcze bardzo daleko nie wybiegaliśmy. Ale jeśli miałbym coś wskazać, to chciałbym, żeby jak największa uwaga została poświęcona przyszłym wyborom do Młodzieżowej Rady Gminy Michałowice. One odbędą się w najbliższych miesiącach, na przestrzeni jesieni i zimy.
Chciałbym, żeby jak najwięcej młodych ludzi dowiedziało się, że takie wybory będą i że taka przestrzeń istnieje. Mam nadzieję, że przez półtora roku, a wtedy już prawie dwa lata działalności, pokazaliśmy, że warto i że jest to miejsce do działania.

Gmina Michałowice jest urbanistycznie rozproszona. Czy macie problem z dotarciem do młodzieży z różnych miejscowości? Jak się komunikujecie?

ŁH: Na pewno ważne są media, ale takie, do których młodzież rzeczywiście dociera. Nie tylko strona internetowa. Ważny jest bezpośredni przekaz w mediach społecznościowych.
Druga rzecz to szkoły podstawowe. Jestem w stałym kontakcie z dyrekcjami trzech szkół. Jeśli potrzebujemy coś przekazać uczniom, możemy liczyć na wsparcie dyrekcji, czy to poprzez wiadomość na Librusie, czy na apelach. To już było sprawdzone i wiem, że działa. Bardzo ważna będzie też bezpośrednia promocja w szkołach: żebyśmy jako młodzieżowi radni opowiadali, co robimy, i zapraszali innych do działania z nami.
Jesteśmy pierwszą kadencją Młodzieżowej Rady Gminy Michałowice. Nie mieliśmy wcześniej lokalnego wzoru do naśladowania. Są młodzieżowe rady w okolicy, które działają dłużej, ale w naszej gminie czegoś takiego wcześniej nie było. My kreujemy tę rzeczywistość na nowo. Nie ukrywam, że bardzo mi się to podoba. Jako lider i wizjoner staram się układać te sprawy organizacyjnie, optymalizacyjnie i zarządczo jak najlepiej. Być może uda się nadać kierunek na przyszłe lata i pokazać, w którą stronę to może iść, żeby faktycznie działało.
Bardzo dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał, tekst i zdjęcia: Janusz Bończak




Podczas MRG Festiwalu 26’ „Młodzi dla Młodych” w Michałowicach redakcja Istota.info rozmawiała z osobami, które współtworzyły to wydarzenie i jego atmosferę. To seria rozmów o młodzieży, lokalności, odpowiedzialności i o tym, czy młodzi ludzie mogą być nie tylko odbiorcami gminnej oferty, ale także współtwórcami wspólnoty, w której dorastają. Festiwal, przygotowany przez Młodzieżową Radę Gminy Michałowice, odbył się 28 czerwca 2026 roku na placu Józefa Piłsudskiego w Michałowicach. Istota.info objęła wydarzenie patronatem medialnym.

Rozmowa z Danielem Gajochem, wójtem Gminy Michałowice.

Wprowadzenie do rozmowy
Gmina Michałowice to podkrakowska wspólnota złożona z 19 sołectw, w której działają trzy publiczne szkoły podstawowe i mieszka ponad 11,4 tysiąca osób według ewidencji na koniec 2025 roku. W praktyce, jak podkreśla wójt Daniel Gajoch, liczba osób związanych z gminą jest o wiele większa. Podczas MRG Festiwalu 26’ „Młodzi dla Młodych” rozmawialiśmy z Wójtem Gminy Michałowice o młodzieży, lokalnym patriotyzmie, Młodzieżowej Radzie Gminy i miejscach, które młodzi ludzie mogą uznać za swoje.

Janusz Bończak: Gmina Michałowice ma 19 sołectw, trzy publiczne szkoły podstawowe i ponad 11 tysięcy mieszkańców. Jak widzi Pan rolę młodzieży w tak rozproszonej wspólnocie lokalnej? Michałowice nie są jedną zwartą przestrzenią, gmina jest rozłożona dość szeroko.

Daniel Gajoch, Wójt Gminy Michałowice: Bardzo dobrze Pan zauważył, że Michałowice nie są zbyt duże, ale gmina jest przestrzennie rozproszona. To wynika także z jej układu urbanistycznego. Pojedyncze miejscowości, jak Wilczkowice, mają swoje centrum, gdzie lokalnej społeczności łatwiej się spotkać i jednoczyć. Natomiast same Michałowice to kilka dróg, które rozdzielają nas w różne kierunki. Stąd próba dotarcia do młodzieży trochę w inny sposób. Wracając do liczby mieszkańców: według danych GUS mamy obecnie około 12 tysięcy mieszkańców. Natomiast informacje, które też posiadamy, mówią praktycznie o 14 tysiącach mieszkańców. Młodzież z pewnością stanowi znaczną część naszej lokalnej społeczności.

Dzieci i młodzież to bardzo ważna grupa mieszkańców gminy. Czy polityka gminy jest projektowana z myślą o tej grupie jako o jednym z ważnych podmiotów lokalnego rozwoju?

Daniel Gajoch: Myślę, że trzeba tu mówić o systematyczności. Z młodzieżą często zaczynamy pracować dopiero wtedy, gdy ma 15, 18, a czasem nawet 20 lat. Dziś mamy tu przedstawicieli Młodzieżowej Rady, ale my staramy się aktywizować dzieci już od najmłodszych lat. Pokazujemy, że możemy znaleźć miejsce i czas, żeby wspólnie się aktywizować. Zaczynamy od najmłodszych, a teraz kolej na młodzież, która do tej pory faktycznie nie była dobrze zaopiekowana. Współpracujemy z lokalnymi działaczami społecznymi. Mamy propozycję dla dzieci, mamy propozycję dla osób w wieku produkcyjnym, mamy ofertę dla seniorów i właśnie brakowało tego miejsca dla młodzieży. Stąd pomysł związany z Młodzieżową Radą, która funkcjonuje od zeszłego roku, a efekt tych prac jest dzisiaj widoczny.

Uprzedził Pan właściwie dwa moje pytania. Jedno dotyczyło tego, czy ta impreza jest jednorazowa, czy jest koncepcja, żeby była cykliczna i pojawiła się także za rok. Drugie dotyczyło miejsc, które tworzycie dla młodzieży.

Daniel Gajoch: Mam nadzieję, że to będzie wydarzenie cykliczne. W przyszłym roku mam nadzieję na kontynuację działań Młodzieżowej Rady, bo dzisiejsza impreza jest organizowana przez młodych dla młodych. Tak naprawdę opiekun z Urzędu Gminy musi być osobą koordynującą i zabezpieczającą wydarzenie, natomiast całe wydarzenie zostało zaplanowane, przygotowane i odbywa się głównie dzięki pracy przewodniczącego Młodzieżowej Rady oraz wszystkich osób, które uczestniczą w organizacji. Wspomniano tutaj o 87 osobach. To nie tylko przedstawiciele naszej lokalnej społeczności, ale także liderzy społeczności spoza naszej gminy. Widać, że przewodniczący ma już zdolności zarządcze i potrafi pokazać, że młodzież może spędzać czas inaczej niż przed komputerem albo tylko we własnych miejscach.

Skoro to wydarzenie rzeczywiście jest przygotowane przez młodych dla młodych, to jaka jest dziś rola samorządu? Czy młodzież sama tworzy sobie tę przestrzeń, a Urząd przede wszystkim ją wspiera i zabezpiecza?

Daniel Gajoch: Nie byłbym w stanie zostawić tego faktycznie samej młodzieży. Chciałbym zobaczyć, czy wydarzenie jest odpowiednio przygotowane, czy młodzi są bezpieczni, czy sobie z tym radzą i czy my musimy się jeszcze w jakiś sposób zaangażować. Chcę się tutaj pojawić na pewien czas i przyjść także na finał, bo na końcu planowane jest specjalne zakończenie imprezy.

Gmina Michałowice jest gminą podkrakowską i naturalnie młodzież patrzy w stronę Krakowa. Tam młodzi szukają szkół, miejsc spotkań, możliwości. Jak myślicie o tym, żeby zainteresowanie młodzieży było kierowane także w stronę gminy? To przecież wiąże się z jej rozwojem.

Daniel Gajoch: Tak naprawdę mówimy o lokalnym patriotyzmie. Nie chodzi o to, żeby zatrzymać młodzież tutaj tylko po to, żeby spędzała czas w gminie. Chodzi o to, żeby młodzi mogli mieć nadzieję i myśleć o tym, żeby tu zostać, założyć rodziny i wychowywać dzieci. Łatwiej buduje się lokalne społeczności tam, gdzie ludzie poznają się od najmłodszych lat, bo później dużo łatwiej im funkcjonować. Dlatego od początku kadencji zaczęliśmy pracę nad projektami związanymi z rozwojem terenów rekreacji i sportu. To są miejsca, gdzie młodzież będzie mogła spędzać czas. Mówimy o Wilczkowicach, ale też o planach dużej inwestycji w Michałowicach: skateparkach, pumptrackach, innej infrastrukturze rowerowej, ścieżkach rowerowych i miejscach, gdzie młodzież rzeczywiście będzie mogła się spotkać.

Ten lokalny patriotyzm jest bardzo ważny i to mądre spojrzenie. To jest też bliskie mojemu myśleniu: budować lokalności. Mam jeszcze pytanie o Młodzieżową Radę Gminy. Czy ona ma realny wpływ na działania samorządu? Czy dopuszczacie młodych do udziału w urządzaniu gminy, czy na razie mają raczej miejsce, żeby się pokazać i integrować z rówieśnikami? Czy myślicie o tym, żeby wpuścić ich do przestrzeni współdecydowania?

Daniel Gajoch: Taki jest oczywiście plan. To jest pierwsza Młodzieżowa Rada, więc ja też uczę się współpracować z tymi młodymi ludźmi. Bardzo pomagają mi w obszarze edukacyjnym. Już dwukrotnie przygotowaliśmy, tak zwane pogadanki z naszymi absolwentami, które przygotowywały uczniów do egzaminów i uodparniały ich na stres. To była bardzo duża praca tych młodych ludzi. Pierwszą rzeczą, którą daliśmy młodym do zastanowienia, to była strefa rekreacji: uczestniczenie w konsultacjach i wyrażenie swojego zdania. Natomiast wszystko przed nami…

Czy ma Pan już konkretne decyzje albo pomysły na działania dla młodzieży, takie żeby młodzi mogli powiedzieć: tak, gmina jest nasza? Czy będziecie się dopiero nad tym zastanawiać?

Daniel Gajoch: Młodzieżowa Rada działa od stycznia 2025 roku. Przy dwuletniej kadencji druga część tego roku będzie czasem podsumowań, planów na przyszłość i pomysłów na to, w jaki sposób dalej funkcjonować. Będę się częściej spotykał z przedstawicielami Młodzieżowej Rady i będziemy wspólnie analizować to, co się wydarzyło, co możemy zrobić lepiej i co powinniśmy zainicjować. Te pomysły będą się pojawiać pod koniec kadencji, tak żeby mieć coś, co możemy młodym ludziom zaproponować na przyszłość, żeby aktywnie zaangażowali się w pracę Młodzieżowej Rady.

Panie Wójcie, bardzo dziękuję za rozmowę. Postanowiłem też porozmawiać z młodzieżą, więc będzie szansa zweryfikowania naszej dzisiejszej rozmowy.

Rozmawiał, tekst i zdjęcia: Janusz Bończak

 




To było wydarzenie przygotowane przez młodych ludzi i naprawdę było to widać. Była muzyka, energia, rozmowy, strefy tematyczne, park maszyn, strażacy, koncerty i dużo zwykłej, dobrej obecności. Ale najważniejsze było chyba coś innego: poczucie, że młodzież w gminie nie tylko „uczestniczy”, ale potrafi sama tworzyć wydarzenie, zapraszać innych i brać odpowiedzialność za wspólną przestrzeń.
Istota.info objęła festiwal patronatem medialnym. Byliśmy na miejscu, fotografowaliśmy, rozmawialiśmy i zbieraliśmy materiał do szerszej relacji. Pracujemy teraz nad tekstem, fotorelacją oraz wywiadami, między innymi o Młodzieżowej Radzie Gminy, lokalnym patriotyzmie, miejscach dla młodych i o tym, jak młodzież może realnie współtworzyć gminę.
Dziękujemy organizatorom za zaproszenie, a młodym ludziom z Michałowic za energię, sprawczość i odwagę w działaniu.
Szersza relacja u nas już wkrótce!