Sprawa karpi

Spread the love

Zwyczaj masowego dostarczania żywych karpi przed Świętami Bożego Narodzenia do sklepów i na targi naszych miast nie jest dawny. Jedliśmy wprawdzie w Polsce karpie od dawien dawna, hodowano je w dworskich stawach, ale uważano zawsze, że to ryby gorszego gatunku, niezbyt wykwintne w smaku, tłuste, zalatujące mułem. Dlatego w domach zamożniejszych, w dworach, na wigilię podawano ryby szlachetniejsze, np. sandacze, sumy czy szczupaki.  W domach skromniejszych, to, co złowiono: płocie, leszcze, karpie, pstrągi, nad Bałtykiem śledzie i inne łowione ryby morskie. W zależności od bliskości miejsc połowu ryby były albo codziennością, albo wielką rzadkością. Pamiętam, że wszystko, co można było dostać, np. w Krakowie w latach 70. I 80. To był wędzony pikling, w pewnym okresie szprotki, potem i one zniknęły, i mrożone tekturowe płaty pachnących tranem ryb, które jadło się w domu w ostateczności w piątki, w szkolnych i pracowniczych stołówkach. W niektórych restauracjach można było zjeść pstrąga.

Karp stał się królem wigilijnego stołu dopiero w PRL. Wszystkie wady ówczesnej gospodarki i handlu sprawiały, że w okresie świątecznym, kiedy każdy chciał mieć ryby na Wigilię, stawało się to prawdziwym problemem.  Świeżych ryb na rynku nie było nie tylko z powodu niewystarczających połowów i nieudolono-tajnej ich dystrybucji, ale także dlatego, a może przede wszystkim, dlatego, że nie było jak je przechowywać. Teraz, w czasach ciężarówek-chłodni, rozmaitych technologii mrożenia i wielkich lodówek w domach, trudno nam sobie wręcz wyobrazić czasy, kiedy tego wszystkiego po prostu nie było. Mieliśmy, w najlepszym razie, niewielkie lodówki z małymi zamrażakami. Przed Świętami te lodówki pękały w szwach od kupowanych z wyprzedzeniem, gromadzonych skrzętnie na tę okazję, zapasów. Nie było w nich już miejsca na szybko psujące się ryby, a nie było też mowy, jak powiedziałam, aby kupić je w ostatniej chwili.

I wtedy władze, a konkretnie minister handlu Hilary Minc postanowił rozwiązać problem. Karpie, stosunkowo łatwe do wyhodowania, miały braki „na odcinku ryb” wypełnić. Udało się Hasło „Karp na każdym wigilijnym, polskim stole” zaowocowało na przełomie lat 50. i 60. Setkami stawów hodowlanych. Od połowy grudnia karpie odławiano i żywe transportowano, w jeszcze o wiele bardziej okrutnych niż teraz warunkach, do sklepów, na targi. Nadal trzeba je było utrzymać „w świeżości” do Wigilii. Polak potrafi. Były wanny, cebrzyki, balie. Kąpiel w tych dniach przedświątecznych była w większości polskich domów niemożliwa, gdyż w tych wszystkich akwenach pływały mniej lub bardziej przyduszone ryby. Ze sklepów, z wiader i kadzi na targach, ludzie nosili je do domów w zwykłych siatkach z oczkami lub torbach, bez wody. Bardzo rzadko ktoś szedł na zakupy z wiaderkiem na wodę. Genialnie opisuje ten proceder Olga Tokarczuk w opowiadaniu „Profesor Andrews w Warszawie”: „[…] Stanął przy blaszanych stołach ustawionych wprost na chodniku, przed którymi ludzie posłusznie stali w ogonku. […] Mroźne powietrze topniało od ich oddechów. Patrzył na opatulone sprzedawczynie, które odławiały z wielkich beczek dorodne szare karpie. Rzucały je wprost na wagę. Ryby trzepotały się na mrozie. Sprzedawczynie pytały każdego z kupujących: brzmiało to jak refren, jak mantra. Ucho profesora Andrewsa złapało melodię tej kantyczki i teraz śpiewało mu w głowie: „Żywą czy na miejscu?” Profesor mógł się tylko domyślać znaczenia. Gdy kupujący potakująco kiwał głową, sprzedawczyni waliła w łeb ryby odważnikiem. Ryby znajdowały swoje miejsce spoczynku w rozdziawionych nicianych siatkach. Przeszedł go dreszcz. Miał wrażenie, że bierze udział w religijnym rytuale. Zabijanie ryby. […]”.

A potem karpie głodzono do ostatniej chwili w wannach i cebrzykach. Miały się w ten sposób oczyszczać z mułu, mówiono, więc pływały w wypełnionych chlorowaną wodą wannach, do momentu, kiedy już absolutnie trzeba było się świątecznie wykąpać. Niektóre z nich tej procedury nie przeżywały, mówiło się – zasypiały. Te były już niedobre. Te, które przeżyły zabijane były, zwykle nieumiejętnie, przez domorosłych rzeźników. W moim domu prosiło się o to jakiegoś sąsiada. Ani Ojciec ani Mama nie potrafili tego zrobić.  Pamiętam też taki raz, kiedy rodzice mojej koleżanki polecili jej narzeczonemu zabić ryby na wigilię. Nie chciał się kompromitować przed przyszłymi teściami, a strasznie się bał. Opowiadał jak owinął rybę w ręcznik położył na niej jakieś deski i usiłował trafić siekierą w przerwę między nimi. Minęło prawie pół wieku, a ja wciąż pamiętam tę jego relację i moje smutno-przerażone współczucie. Jednak wtedy bardziej dla niego, niż dla ryby. Taka niewprawna rzeź odbywała się we wszystkich domach. Tuż przed radosną Wigilią, świętowaniem życia. Nie mogłam jeść ryby, której przez kilka dni przyglądałam się, jak wolno, bez-nadziejnie, pływa w wannie.

I to wtedy, w czasach PRL karp zakrólował na polskich wigilijnych stołach. Jego cena była przystępna, był świeży. Był. Choć wciąż czasem go brakowało. Aby sprawiedliwie rozdzielić ryby dystrybucja odbywała się poprzez zakłady pracy, były listy i przydziały. A przed sklepami kolejki, a nawet walka o każdą sztukę i niepokój, czy wystarczy. To sprawiało, że kulturowa wartość tych ryb rosła. Im coś trudniej dostępne tym bardziej pożądane. Kolacja wigilijna bez karpia dla 90% Polaków stała się nie do pomyślenia. I tak narodziła się tradycja.

Możemy teraz, na przykładzie tej, tak młodej, rozwijającej się na naszych oczach normy prześledzić, jak piękna, ale czasem i przeklęta, rzecz – tradycja, potrafi nas znieczulić, zawiązać oczy i serca na oczywistości. Na ból, cierpienie, strach czujących istot. Już dawno nie potrzebujemy dodatkowo dręczyć karpi. Nie muszą dusić się i ranić w transportach. W ogóle nie musi się ich jeść, tyle jest możliwości zastąpienia ich mięsa innymi produktami.  A jednak dla wielu ludzi, karp nadal ma pływać przed Wigilią w wannie. To, co działo się z nim zanim do niej trafił, i co będzie działo się, kiedy z niej zostanie wyłowiony, jest obojętne. Ważne jest, aby dochować „tradycji.”
Tekst dr hab. Barbara Niedźwiedzka, prowadzi źródłowy portal Opowiedzzwierzę.pl, rys. Janusz Bończak