Krakowski Kazimierz, sztuka i koty

Z gracją przemykały między rzeźbami i obrazami, baraszkowały na fortepianie, w oknie wypatrywały gości, albo wylegiwały się na ławie tuż przy drzwiach wejściowych.Z gracją przemykały między rzeźbami i obrazami, baraszkowały na fortepianie, w oknie wypatrywały gości, albo wylegiwały się na ławie tuż przy drzwiach wejściowych.

Koty – wielka miłość i fascynacja Anety i Karola Kuberskich, właścicieli Galerii Szalom na krakowskim Kazimierzu. Koty szczęśliwe, ufne, wywoływały uśmiech na twarzach przechodniów, turystów, stałych bywalców galerii przy ulicy Józefa 16. Dodawały dobrej energii, domowego klimatu, są częścią historii tego miejsca. Jakiś czas temu mruczki Anety i Karola porzuciły artystyczne życie i rozkoszują się urokami wsi.
Opowieści Karola Kuberskiego, nie tylko o kotach, wysłuchała Magda Hejda.

Nie pójdę na żadne polowanie!
W moim rodzinnym domu nie było kotów. Mój ojciec był wojskowym, wojskowi wtedy polowali. Mieliśmy psy myśliwskie, wychowywaliśmy się z tymi zwierzętami. Ojciec nie tylko polował, oglądaliśmy razem, jak tokują głuszce, jak się zachowują różne zwierzęta w lesie. Bardzo chciał mnie zarazić myślistwem. Jako młody chłopak chodziłem na polowania na tak zwaną nagonkę, chciałem zobaczyć, jak to wygląda. W pewnym momencie odechciało mi się. A potem przyszedł taki moment, kiedy byłem pełnoletni i ojciec wysłał mnie ze swoim zastępcą na polowanie, żebym zobaczył, jak to wygląda od tej drugiej strony. Wtedy po raz pierwszy – to jest bardzo przykre i smutne – zastrzeliłem kuropatwę, a na polowaniu jest taki zwyczaj, że krwią tego pierwszego upolowanego zwierzęcia należy wysmarować przyszłego myśliwego. To mnie kompletnie ścięło z nóg. Przyszedłem do domu, rzuciłem strzelbę i powiedziałem: „Już nigdy nie pójdę na żadne polowanie! Nigdy nie zabiję żadnego zwierzęcia! Koniec, nigdy nie dotknę strzelby! Nie i koniec!”. Tak skończyła się moja przygoda z polowaniem. Od tamtej pory stałem się innym człowiekiem. Przestałem chodzić na polowanie, przestałem się tym interesować. Zajmowałem się zwierzętami, które były u nas. W tamtych latach w naturalnym środowisku było mało bażantów, więc mój ojciec założył hodowlę bażantów, kuropatw i potem je wypuszczał. Był łowczym koła myśliwskiego, mieliśmy w domu sarny, opiekowaliśmy się nimi, pamiętam dwie: Basię i Bystrą, mieszkały przez jakiś czas w naszym ogrodzie. Zostały przywiezione ranne i po wyleczeniu wypuszczone. Takie były czasy, że z mięsem były problemy, więc ludzie polowali. Dookoła były koła łowieckie. W tym miejscu, gdzie ja mieszkałem większość ludzi była myśliwymi. Szli na polowanie i stąd były zające na święta, w domu była dziczyzna, którą jedliśmy, czego dzisiaj bardzo żałuję, bo to bardzo negatywnie wpływało na moje zdrowie. To jadło się tak po prostu, tego mięsa nikt nie badał, a przecież dzikie zwierzęta mają całe mnóstwo chorób. Nie pamiętam, żeby w moim domu ojciec badał jakiegoś zastrzelonego zająca, albo ptactwo. Nie wiem, czy ludzie zdają sobie sprawę, że jedzenie dziczyzny to przekleństwo dla zdrowia. Mięso dzikiego zwierzęcia ma bardzo dużo kwasów moczanowych, tzw. puryn, które bardzo niekorzystnie wpływają na chrząstkę kostną stawów i powodują dnę moczanową. Królowie i szlachta chorowali na podagrę, bo jedli głównie dziczyznę.

Na Kazimierzu
Przyjaźniłem się z Leopoldem Kozłowskim. Mieszkaliśmy niedaleko siebie w Bronowicach. Kiedy jeszcze na Kazimierzu nie działo się nic, myśleliśmy, żeby coś tu zrobić. To było tuż po transformacji, początek lat dziewięćdziesiątych, chodziliśmy po Kazimierzu i snuliśmy takie plany: może otworzymy Klezmer Hois (Dom Klezmera). Ta nazwa, to miejsce urodziły się w naszych głowach. Potem przyłączył się do nas Mietek Święcicki. W tamtym czasie budynek mykwy był pod kuratelą miasta. Wcześniej zajmowała go Izba Skarbowa, a gdy się wyprowadziła, dostałem klucze od ówczesnego prezydenta Krakowa. Leopold to załatwił. Oglądaliśmy to miejsce, ale nie było jeszcze tej atmosfery. Wszystko szło jak z kamienia. Tu nikt nie przychodził. Pamiętam jak dziś, na Szerokiej stała grupa żydów, mówili po rosyjsku. Akurat znam ten język, podszedłem bliżej. Usłyszałem, jak jeden z nich powiedział: „To miejsce trzeba traktować jako cmentarz naszej kultury. To się nigdy nie może zmienić i niech tak pozostanie”. Ja wtedy oburzyłem się wewnętrznie. Przecież myśmy chcieli w to miejsce tchnąć życie. Leopold miał swoje plany: będzie grał, ktoś będzie śpiewał. Później moje rodzinne losy trochę się pokomplikowały. Pracowałem na Śląsku, ale bardzo tęskniłem za Krakowem. Cały czas miałem w głowie, że muszę tu wrócić. Wróciłem z biurem turystycznym ze Śląska, które nazywało się „Omnia”. Założyłem oddział krakowski w Rynku Głównym obok Piwnicy pod Baranami. Ktoś mi szepnął, że jest możliwy powrót na Kazimierz. Wtedy Galerię Szalom prowadziły dwie panie – Krysia Sowińska i Anna Stein. Jej założyciel zainwestował w remont, ale szybko zorientował się, że nie przynosi mu żadnych profitów. Panie przyszły do mojego biura i powiedziały, że jest taka galeria na Kazimierzu, która niestety wkrótce będzie zamknięta. Wzięły mnie za wielkiego biznesmena. Zapytały, czy bym się tym zajął. To było moje marzenie. No i życie potoczyło się tak, że powróciłem na Kazimierz. Zgodziłem się przejąć Galerię Szalom z długami. Spłaciłem zaległości. Mocno mnie to zubożyło, ale udało się. Miałem kontakty z Piwnicą pod Baranami, przyjaźniłem się z artystami. Mietek Święcicki to był mój taki pierwszy przewodnik, on mnie wprowadził do Piwnicy. Pomyślałem sobie – może artystami, społecznością piwniczną uda mi się przyciągnąć tutaj ludzi. W końcu w tej samej kamienicy, gdzie jest galeria, ostatnie swoje lokum miał sam Piotr Skrzynecki. Oprócz mojej galerii na Kazimierzu był tylko Ariel na Szerokiej i Singer na Placu Nowym. Nic tu jeszcze nie było. Tylko sklepy metalowe z gwoździami i innym żelastwem, małe okienka z nabiałem, warsztaty stolarskie, przybory szewskie, małe warsztaty rzemieślnicze jak przed wojną i jak po wojnie. Na ulicy Józefa sprzedawało się gwoździe, kurczaki, jajka. My chcieliśmy ludziom pokazać, że Kazimierz odradza się na nowo, istnieje. Zaczęliśmy robić duże imprezy, ściągałem artystów. Przychodzili do nas i Grzesiek Turnau, i Jan Kanty Pawluśkiewicz, Kazimierz Wiśniak, Krzysiu Litwin, Janek Nowicki, Ewa Preisner, Kaziu Madej z Camelotem, Zygmunt Konieczny, prof. Jerzy Skarżyński, Anna Szałapak, Agnieszka Chrzanowska, Beata Czarnecka, Michał Zabłocki. Pięknie wspominamy odwiedziny Aliny Janowskiej, Krystyny Zachwatowicz z Andrzejem Wajdą, Agnieszki Osieckiej, Wisławy Szymborskiej, Beaty Rybotyckiej, Marty Abako
i wielu innych znakomitych osobistości. Chodziło o to, żeby przyciągnąć ludzi. Nie chcę sobie przypisywać jakichś wielkich zasług, ale jak dwadzieścia pięć lat prowadzi się coś i głośno krzyczy, to to dociera. Z czasem przy Józefa pojawiły się nowe galerie, a w końcu było ich już siedem. Jeszcze nikt nie liczył na jakieś zyski, wszyscy byli bardzo entuzjastycznie nastawieni do tego nowego, chcieli coś robić, no i wymyśliliśmy sobie wernisaże w jeden czwartek miesiąca we wszystkich galeriach przy ulicy Józefa. Czwartki na Kazimierzu to było święto. Czwartek jest najlepszym dniem na robienie wernisaży, w piątek ludzie wyjeżdżają z miasta, a w czwartek jeszcze są. Cała ulica zamykała się, wtedy nie było jeszcze takiego ruchu. Ludzie maszerowali od jednej galerii do drugiej, bo wydarzenia zaczynały się jedno po drugim, co piętnaście minut. I to był sukces. Robiliśmy też święto ulicy Józefa i tak to miejsce oraz Galeria Szalom przeszły do świadomości innych osób w Krakowie.

Koty w galerii
Aneta, dziś moja żona, wtedy jeszcze dziewczyna, przyjechała ze mną ze
Śląska i była na kursie przewodników po Krakowie. Któregoś dnia w czasie zajęć w Skarbcu Królewskim Koronnym na Wawelu coś zapiszczało, przebiegło po podłodze. To była maleńka kotka tricolorka. Aneta wzięła ją na ręce, przytuliła. Pani pilnująca ekspozycji zapytała: – Podoba się pani ten kotek? Aneta potwierdziła i usłyszała: – To niech go pani wsadzi za pazuchę i ucieka. Nie trzeba było jej tego powtarzać. Aneta chapsnęła kota za pazuchę i dała nogę z zajęć. Wcześniej mieliśmy już kota – wspomina Karol Kuberski i dodaje – niestety, żył bardzo krótko. Mieszkaliśmy na Woli Justowskiej w wynajętym małym domku. Poszedłem do azylu i wziąłem kota, to była tricolorka i miała na imię Jagódka. Ona spała mi na szyi, owijała się wokół niej. Ja nigdy nie miałem kota, byłem zdumiony. Okazało się, że była bardzo chora. Jeździłem z nią na rowerze do weterynarza, ale nie było ratunku, w ciągu dwóch tygodni zmarła. Mocno przeżyłem śmierć tamtej Jagódki. Umarła na moich rękach, to było straszne. Płakaliśmy oboje i dlatego Aneta zabrała kotkę tricolorkę ze skarbca i na cześć tamtej nazwała ją Jagódka. Przyniosła maliznę do galerii, a ona zaraz się zsikała. Ja mówię: – No jasne, będziemy mieli teraz kota i wszystko dookoła będzie obsikane. Będziemy mieli robotę! Po jaką cholerę przyniosłaś tego kota?! Jagódka była wspaniałą kotką. Oboje zakochaliśmy się w niej. Później mieszkaliśmy przy ulicy Olszańskiej i ona jeździła z nami codziennie do galerii. W 2000 roku pobraliśmy się z Anetą i na początku stycznia wyjechaliśmy w podróż poślubną do Izraela. Brat Anety kończył studia w Częstochowie, pisał pracę magisterską i nie miał komputera, a my już mieliśmy. Przyjechał więc do Krakowa, opiekował się galerią i kotką i pisał pracę. Tak opiekował się Jagódką, że jak wróciliśmy, to miała brzuch. Urodziła siedem kociąt. W galerii na środku stał fortepian przykryty dywanem i kocięta na nim baraszkowały. Pamiętam, przyszła Halina Jarczyk, moja przyjaciółka, i porwała jednego kota, Sebastian Kudas porwał drugiego, Kicia Zalewska trzeciego, tak że trzy koty poszły od razu w ręce artystów. Nam została reszta. Mieliśmy pięć kotów. Potem zamieszkaliśmy tutaj też na Józefa i wszystkie koty chodziły z nami na piechotę do galerii. Baraszkowały, biegały, jeszcze nie było tych wszystkich knajp i ruch na ulicy był znacznie mniejszy. One były tak nauczone, że rano wychodziliśmy z nimi do galerii. Jagódka szła pierwsza, za nią Oczko. Oczko, biały kot, był najbardziej ukochanym synkiem Jagódki, pozwalała mu na wszystko. Myślę, że jednak nie była najlepszą matką. Pamiętam, jak miała małe, to karmiła, wylizywała je, po czym odchodziła. Od razu było widać błękitną krew, typowa dama. Zuzia, jej córka, była inna, wzorowa matka, aż do przesady. Jej kociaka nie można było dotknąć, bo dostawała szału. Tylko Oczko mógł sobie wziąć z gniazda kociaka. Miał takiego swojego faworyta. Brał go, przytulał do siebie i spał z nim. W galerii Oczko mieszkał na szafie, Zuzia na ławie, pozostałe na parapetach, na fortepianie. Kiedyś rano idę z domu, przede mną koty, sznurkiem pięć, najpierw Oczko, za nim Jagódka, a te małe bąki biją się po drodze, ale idą. Nagle u wylotu bramy widzę – kamera, stoją ludzie. Myślę sobie, kamera, ekipa jak to zwykle na Kazimierzu. Podchodzę bliżej, rozpoznaję, że to telewizja niemiecka. Pani z mikrofonem mówi: – Idą! Idą! Odwracam się i zastanawiam, o kim ona mówi? Oprócz nas nie ma nikogo. Odsuwam się od tej kamery, a dziennikarka do mnie woła: – Nie! Nie! Niech pan idzie normalnie, bo my czekamy na pana i na te koty. Potem podeszli, pytali o koty. Ktoś im powiedział, i to było dla nich zjawiskowe, że koty same idą do pracy. Nie bały się żadnego psa, a tu ludzie chodzili z psami. Jagódka wszędzie z nami jeździła, setki kilometrów. One tu normalnie funkcjonowały, a jak przychodziła godzina powrotu, wszystkie wychodziły na ulicę, zamykaliśmy galerię i wracały z nami do mieszkania. W korytarzu w drzwiach była wycięta dziura, pod nią stało krzesło i koty wychodziły na podwórko. To pewnego dnia skończyło się tragicznie. Oczko zatruł się myszą. Nieudaczne dwie lekarki nie potrafiły się nim odpowiednio zająć, zabraliśmy go do innej lecznicy, miał transfuzję krwi, ale było już za późno.

Wakacyjne koty
Najgorsze były wakacje, bo ludzie wiedzieli, że kochamy koty. Mam tu zdjęcie jednego z takich wakacyjnych podrzutków. Mała, chora kotka. Nazwaliśmy ją Luna. Była podrzucona pod mój samochód, bardzo płakała. Ktoś przyszedł i mówi: – Tu strasznie miauczy kot, niech pan coś z tym zrobi! Poszedłem, patrzę, takie małe, przyniosłem ją tu. Zapchlona była potwornie. Zajęliśmy się Luną i traf chciał, że przyszła do nas pani, która straciła męża. Była zrozpaczona, przyniosła jakieś przedmioty do sprzedania, a ja trzymałem tę małą kotkę na rękach. Ona mówi, że ma do sprzedania kilka rzeczy po mężu, a ja jej: – Niech pani sobie weźmie kota. Żachnęła się: – Jak kot może zastąpić mi męża? Mówię jej, że pewnie nie zastąpi, ale nie będzie taka samotna. Ona: – No nie wiem. Za dzień, dwa przyszła z klatką i jedzeniem. Mówi: – Przekonał mnie pan, ja tego kota wezmę. Kotka poważnie chorowała, wyleczyła ją. Wydała dużo pieniędzy, ale ją uratowała. Potem przyniosła mi to małe zdjęcie (Karol pokazuje zdjęcie Luny, które ma na biurku) i powiedziała: – Proszę pana, to jest całe moje życie. Czasem córka chce ją pożyczyć dla wnuczki, ale nie zgadzam się. Jak chce, niech przyjedzie do nas. Luna jest moja. Ja teraz mam inne życie, inny świat. Mam do kogo mówić, mam o kogo dbać, Luna wszystko rozumie.

Józio i wiersze
Ktoś nam podrzucił Józia – białego kota. To była zima. Józio miał chore oczy. Był bardzo miłym kotem, ale nie mógł zasymilować się z naszymi. One już były zakochane tylko w sobie i ten Józio był bardzo nieszczęśliwy. Często siedział tu w oknie. Kiedyś słyszymy, stoi samochód, warczy silnik. Długo stał, a Józio cały czas siedział w oknie. W końcu do galerii wchodzi człowiek i pyta: – Proszę pana, czy ten kot jest do wydania? Bo nam co dopiero zmarła kotka i moja żona ciągle płacze. Ja tu stanąłem, żona siedzi w samochodzie, ale ona nawet nie chce na niego patrzeć. Ja mówię: – Jak żona nie chce, to lepiej jej nie zmuszać. Wsiadł w samochód i pojechał. Przyjechali za dwa dni i pytają, czy Józio jeszcze jest. Powiedziałem, że jest i jednak go wzięli. Dzisiaj Józio mieszka w domu z ogrodem gdzieś koło Bochni. Myśmy go nazwali Józio, bo został znaleziony na ulicy Józefa. Jak przyjechała pani z klatką po kota, to powiedziała: – My go weźmiemy, ale on nie będzie żaden Józio! Później przesłali nam zdjęcia i jednak został Józio – uśmiecha się Karol Kuberski. Jest malowany na obrazach, wiersze o nim piszą. Teraz nikt tylko Józio. Pani jest w nim zakochana. Kiedyś na Kazimierzu było dużo kotów. Myśmy tu dokarmiali co najmniej dwadzieścia. W tej chwili nie ma ani jednego ulicznego kota. Tych historii tutaj było wiele. Mieliśmy taki przypadek, że ktoś nam podrzucił czarno-białą kotkę, no i okazało się, że była w ciąży. Było bardzo zimno, włożyliśmy ją pod kaloryfer w kuchni. Przychodzimy rano – jest pięć kociąt. Co zrobić, musieliśmy izolować nasze koty i dzielić tę przestrzeń. Na noc ona tu przychodziła z kojcem i spała z maluchami, miała kuwetę, była bardzo czysta. Na dzień, jak nasze koty przychodziły, to ona wyjeżdżała na zaplecze. Wszystkie kocięta oddaliśmy w dobre ręce.

Jan Nowicki i tajemnicze perfumy

Mamy mieć wieczorem wielkie spotkanie z Jankiem Nowickim, wydał książkę i organizujemy wieczór autorski. Sprzątamy, pucujemy, czyścimy. Niektóre obrazy stoją na podłodze oparte o ścianę, nie zdążyliśmy ich posprzątać. Oczko jest jeszcze niesterylizowany. W pewnym momencie Aneta krzyczy: – Karol! Chodź tutaj! Ja z kuchni: – Co się stało? Przybiegam i już wiem: Oczko solidnie strzyknął na obraz i to spłynęło na podłogę. Wsiąknęło w wykładzinę. Co tu zrobić? Śmierdzi jak jasna cholera. Wziąłem wszystko, co miałem w łazience i próbuję ten odór zneutralizować. Zrobiła się straszna mieszanka. Wietrzymy, ludzie za chwilę przychodzą, a w galerii jest straszny smród. Z upływem czasu połączenie tych wszystkich środków dało specyficzny zapach. Wchodzi Jasiek Nowicki z książkami pod pachą, staje koło mnie i pyta: – Czym ty się wyperfumowałeś? No czym ty pachniesz? – dopytuje się. Ja mówię: – Niczym nie pachnę, byłem zagoniony. Powiedz mi, czym ty pachniesz? Jakie to perfumy? Co, masz jakąś tajemnicę? – niecierpliwi się aktor. Odpowiadam mu: – Jasiu, akurat nie jestem spryskany niczym, żadnymi perfumami, bo nie było czasu, jestem zagoniony, trochę spocony, biegam tu, układam. Na to Nowicki: – Dobrze, dobrze, jak nie chcesz, to nie mów, indywidualista, tylko ty chcesz mieć takie perfumy. A ja mówię: – A co? – Rewelacyjny zapach – zachwyca się. Aneta siedzi i dusi się ze śmiechu. Chce mu powiedzieć, a ja mówię: – Nie mów. Janek był na mnie obrażony. Cały wieczór nie odzywał się do mnie. A co ja miałem powiedzieć, że kot nasikał i nalałem na to wszystko, co miałem? Powiedziałby – puknij się w łeb.
I tak by mi nie uwierzył. Potem sobie pomyślałem, a może byśmy wymyślili takie perfumy. Pięknie pachniało, zapach był niebywały, mocny, zdecydowany. Ja to chciałem potem powtórzyć, ale Oczko już nigdy nie strzyknął. I tak się Oczko zapisał jako producent tajemniczej perfumy. Potem został wysterylizowany, ale zdarzało się, że za naszymi kotkami wpadał do galerii jakiś kocur, znaczył i uciekał.

Kocia rodzina
Jagódka odeszła w zeszłym roku, miała dwadzieścia lat. Była kotką wyjątkową, damą, panią niezależną, prawdziwą królową z dworskimi manierami. Moja teściowa mawiała o niej „szlachcianka”. Teraz jest u nas pięć kotów: dziewiętnastoletnia Tuti, Tusio, Szarotka, Lala i Buba. Codziennie zabierają mi mnóstwo czasu. Wyprowadziliśmy się z żoną za Kraków, one teraz mają ogród osiemnastoarowy, czyli to jest wielka kuweta. Rano dwie, trzy godziny biegają po trawie, ale przychodzą regularnie do domu, załatwiają się w kuwecie i znów szybko pędzą do ogrodu. Ciągle je karmię, one wiedzą, że mam miękkie serce i u mnie nie ma godzin karmienia. Buba, ostatnio przygarnięta mała tricolorka, wcinała nawet ciasto, które jedliśmy z żoną. Wprost rzuciła się na nie. Pewnie wcześniej karmili ją chlebem i do tego była przyzwyczajona. Dziś je mięso jak szalona. Nazwałem ją Buba, bo Buba po hebrajsku to jest Lala. Czyli są dwie Lale. Tuti po hebrajsku to truskawka. Staruszka Tutinka ma cukrzycę, daję jej insulinę. To jest córka Zuzi. Zuzia trzy lata temu zmarła nam na raka. Robiłem mastektomię, ale nie pomogło, tylko niepotrzebnie przedłużyło jej cierpienie. Szarotka została znaleziona u nas na wsi, Tusio to też wiejski podrzutek. Nazwałem Lalę i Bubę „warszawianki” – to z „Pchły Szachrajki” Jana Brzechwy („Miała siedem koleżanek, czarujących warszawianek (…) Jadą, jadą koleżanki, elegantki z morskiej pianki”). Ja długo mieszkałem w Warszawie. Pamiętam, jak to było: przyjedzie panna z Tłuszcza, Wołomina czy Serocka, mieszka tydzień w Warszawie i już jest warszawianka. Tak samo Lala i Buba. Lala jest spod kościoła w Myślenicach, Buba spod hali targowej w Krakowie, no ale teraz to one już zachowują się tak wyniośle, tak im wszystko wolno, że ja je nazwałem warszawianki elegantki z morskiej pianki. Dwa buraki cudem uratowane, a takie mają pretensje – śmiejemy się z żoną. Jak jedzenie im nie odpowiada, to wywracają miseczkę obrażone, ogon do góry podnoszą i wychodzą. Choć jedzenie jest markowe, ale warszawianki czekają na tatara z wołowiny. Chcą tylko to.
Koty w galerii nigdy niczego nie zniszczyły, niczego nie zrzuciły. W domu Lala rozbiła nam świecznik i piękny kałamarz, historyczny. Dobrze, że atramentu w nim nie było. To moja wina, na parapecie postawiłem. Nie wiadomo po co…– Ja koty traktuję jak najbliższą rodzinę – mówi Karol Kuberski. Są z nami od dwudziestu lat, w galerii w niczym nie przeszkadzały, pięknie poruszały się tutaj wśród obrazów i rzeźb, a jak były kocie wystawy, to już obowiązkowo musiały być. Jagódka do dziś jest na wizytówce Galerii Szalom.
Tekst Magdalena Hejda