Gęś a muzea Watykanu

Ewa Podolska o swoim życiu i zwierzętach.

Oddwudziestu lat prowadzi Pani programy publicystyczne o tematyce ekologicznej i medy­cznej z udziałem ekspertów i słuchaczy. Raz w tygodniu w audycji „Zielono mi” zajmuje się tematyką ochrony środowiska i szeroko pojętą problematyką humanitarnego traktowania zwierząt. To dziś, ale jak to się zaczęło…
– Moja historia z dziennikarstwem rozpoczęła się nietypowo. Wielu osobom wydaje się, że ukończyłam studia dziennikarskie. Nie! Byłam bardzo dobra z matematyki i fizyki. I ambitna, więc poszłam na najtrudniejszy wówczas wydział na Politechnice Śląskiej, na automatykę. Szybko zorientowałam się, że kiepski ze mnie będzie inżynier, więc po roku zdałam na fizykę, na UJ. Typowe „z deszczu pod rynnę”. Trzy lata studiowałam fizykę, w końcu doszłam do wniosku, że na naukowca fizyka też się nie nadaję… Przeniosłam się na socjologię. Fizyka to była orka na ugorze, w porównaniu z nią socjologia wydała mi się spacerkiem po kwiecistej łące.
Pracy magisterskiej nie napisałam, stan wojenny zastał mnie we Francji. W 1983 roku wróciłam. Nadal nie miałam pomysłu, czym chcę się zajmować i jak ma wyglądać moje życie. Spędzałam czas w swoim domu na Śląsku, wśród kwiatów w ogrodzie, hodując kury i… wpadałam w kompleksy. Moi rówieśnicy, którym kiedyś udzielałam korepetycji, już byli ustawieni zawodowo. Byli lekarzami lub inżynierami, a ja? Plusem było to, że chociaż 15 lat od rozpoczęcia studiów, ale w końcu napisałam pracę magisterską (śmiech).

A jaki był jej temat?
– Zrobiłam wtedy najmądrzejszą rzecz w życiu – poszłam do profesora Zbigniewa Nęckiego, psychologa społecznego. Wiedziałam, że jest bardzo wymagającym nauczycielem, który mobilizuje i pomaga studentom. Poprosiłam go, aby przyjął mnie na swoje seminarium magisterskie. Poza tym znałam go prywatnie, wiedziałam, że nie mogę go zawieść i to mnie mobilizowało… Na socjologii pochodziłabym na zajęcia, zabierała głos, ale pracy magisterskiej by z tego nie było….
Potrzebowałam bicza nad głową. Był nim profesor Zbigniew Nęcki, któremu niniejszym za to serdecznie dziękuję. A temat?  Uśmieje się pan: „Zmiana postaw wobec alkoholu pod wpływem audycji radiowej”, a był to czas, w którym nawet do głowy mi nie przychodziło, że kiedyś będę pracować w radiu. Praca polegała na przygotowaniu kilku audycji. Jedna na oddziale odwykowym w Kobierzynie, kolejna – to rozmowa z lekarzem i trzecia – ze studentami. Audycje te „szły” przez radiowęzeł na miasteczku studenckim w Krakowie. Później w stosownej ankiecie badałam, jak pod wpływem tych audycji zmienił się stosunek słuchaczy do alkoholu.

Jaki był efekt badań?
– To dość oczywiste: wzrosła wiedza studentów. Trochę się przestraszyli skutków picia, ale… zmiana polegająca na tym, że ktoś mniej pije? To znacznie trudniejsze.

I tak rozpoczęła Pani swoją dziennikarską drogę?
– Gdy powstała „Gazeta Rybnicka” w 1989 r., zaczęłam pisać do niej artykuły dotyczące lokalnych wydarzeń. Ponieważ często wyjeżdżałam do Francji, bo dorywczo tam pracowałam, a także prowadziłam jednoosobową firmę handlową, zaczęłam pisać korespondencje z Paryża.
Dziś pracuję w dużej ogólnopolskiej rozgłośni radiowej TOK FM.
Gdy mówię młodym ludziom, że pracuję w TOK-u, to wydaje im się to czymś niebotycznym, trudnym do osiągnięcia. Ja wtedy odpowiadam, że rzeczywiście, od chodzenia pomiędzy kurami w moim ogrodzie do pracy w TOK FM droga wydaje się nie do przeskoczenia – z dołu na wierzchołek drabiny. Ale jak się wchodzi po jednym szczebelku coraz wyżej, to wierzchołek zaczyna być w pewnym momencie dość realny. A zaczęło się od tego, że w kuchni w Kamieniu stałam przy zlewie – dokładnie pamiętam ten moment – zmywałam naczynia, słuchając Radia Flash, bardzo popularnego na Śląsku. I tam słyszę, że jakaś dziewczyna coś opowiada i mówi, że jest korespondentką z Brukseli. Pomyślałam: Ja też potrafię opowiadać, różne rzeczy mnie interesują, a za trzy dni mam jechać do Paryża. Może mogłabym też nadawać korespondencję z zagranicy. Zadzwoniłam więc od razu do Radia Flash, a oni powiedzieli:
– Ok, daj nam swój paryski numer telefonu.
A ja na to: – Jadę w ciemno, nie wiem, gdzie będę mieszkać ani co robić. – No to odezwij się z Paryża.
To był rok 1990 lub 91. We wtorek rozmawiałam, w czwartek wyjechałam, w sobotę wypadał dzień 1 maja, a ten dzień we Francji jest Dniem Konwalii.
W tym dniu Francuzi obdarowują się konwaliami. Daje je każdy każdemu. Szłam Wielkimi Bulwarami; duże, małe bukiety, kompozycje konwaliowe można było kupić na każdym rogu. Po przyjściu do mojego przyjaciela Jeana, gdzie się zatrzymałam, napisałam dwie strony o 1 maja w Paryżu. Dodałam też coś o modzie: „Dziewczyny,
jak chcecie być modne tego roku, to musicie nosić takie buty, które będą wyglądały jakbyście weszły w smołę, a ona przykleiła się Wam od spodu”. Napisałam też o tradycyjnym tego dnia wiecu Frontu Narodowego pod pomnikiem Joanny d’Arc. Zeszłam do metra, nie chcąc narażać Jeana na koszty i stamtąd zadzwoniłam do Radia Flash mówiąc:
– Jestem gotowa. (Dla młodszych wyjaśnienie: to był świat bez komórek i roamingów). Powiedzieli, że do mnie oddzwonią. Wróciłam do Jeana i czekam.
Dzwonią! Naiwna myślałam, że tę moją opowieść nagrają, coś przytną, zmontują, a tu słyszę, że za 90 sekund wchodzimy na antenę… Mam przeczytać swoją pierwszą korespondencję na żywo! Przeraziłam się, momentalnie wyschło mi gardło i wiedziałam, że nie powiem ani słowa. Nie było już czasu, by wstać od stołu i szukać czegoś do picia. Niewiele myśląc, wyjęłam z flakonika kupione na bulwarach konwalie i napiłam się tej wody… Poooszło!
I tak przesłałam moją pierwszą korespondencję, z której później wynikły następne, również do innych rozgłośni, m.in. do Radia Manhattan w Łodzi, warszawskiego Radia Eska, do Bydgoszczy, do Koszalina i innych. Doszło do tego, że nadawałam korespondencję do prawie dziesięciu rozgłośni
w Polsce. Pieniądze z tego były symboliczne, ja utrzymywałam się z dorywczych prac w Paryżu. W 1995 roku przeczytałam w „Gazecie Wyborczej”, że rusza w Warszawie szkoła polsko-francuska z rocznym cyklem nauczania dla przyszłych dziennikarzy. Wróciłam definitywnie z Francji. Na zajęcia warsztatowe, które odbywały się
w szkole, przychodzili dziennikarze, redaktorzy naczelni pism, m.in. Jan Krauze, Michel Viatteau. Odwiedzali nas również przedstawiciele koncernów medialnych. I pewnego razu na zajęcia przyszedł Eugeniusz Smolar z BBC oraz Andrzej Mietkowski z rozgłośni Radio Wolna Europa. Powiedzieli, że powstaje najlepsze radio informacyjne w Polsce – Inforadio i niedługo rekrutacja. Praca w takim radiu wydawała mi się w tamtym momencie spełnieniem marzeń. Tym bardziej, że miało mieć filię w moim ukochanym Krakowie. To przesądziło. Muszę się tam dostać! De facto od 20 lat pracuję w Warszawie! (śmiech). Na egzaminie okazało się, że to eliminacje do newsroomu sekcji polskiej BBC, która ma przygotowywać informacje dla Inforadia. Przyjęto około dwudziestu kilku osób z ponad stu chętnych. To był mój wielki sukces. Ale praca w newsroomie to nie była moja bajka. Mordęgą dla mnie było to, że mam 30 sekund lub mniej na opowiedzenie czegoś naprawdę ciekawego.
Początki Inforadia – luty 1998 – to był dla mnie bardzo ciężki okres. W dodatku, gdy zaczynałam pracę, zmarła moja mama. Po pół roku Robert Kozak, który był szefem Sekcji Polskiej BBC, przeniósł mnie do zespołu programowego Inforadia.
Zaczęłam od funkcji wydawcy, m.in. Pauliny Młynarskiej. Po krótkim czasie szefostwo radia poprosiło mnie o przygotowanie scenariuszy cykli audycji o reformie emerytalnej. To, co nudne i może trudne dla niektórych dziennikarzy, dla mnie było superwyzwaniem. Wgryzłam się w reformę, wiedziałam o niej wszystko. Redaktor naczelny Marek Jackiewicz powiedział: – No to teraz to poprowadzisz. – Marek, miałam być tylko wydawcą, nigdy nie prowadziłam godzinnych audycji, nie dam sobie rady! – odpowiedziałam. A on: – No, ale w całym radiu TY wiesz najwięcej na ten temat.
Przez 10 dni byłam przerażona tą wizją, a potem stwierdziłam, że żaden z prowadzących dziennikarzy nie będzie miał ani ochoty, ani czasu, by naprawdę wgłębić się w temat. Będzie robił błędy, a ja – wydawca zza szyby – będę się bezradnie patrzyła, co robi z moimi pięknymi scenariuszami.
Mój debiut to był skok na głęboką wodę. Poprowadziłam dwugodzinną audycję. Gościem była pełnomocnik rządu do spraw reformy emerytalnej, minister Ewa Lewicka. Program miał być w sobotę, ja już w czwartek byłam przygotowana „na blachę”. Znałam nie tylko moje pytania, ale i wszystkie odpowiedzi gościa. I tak się zaczęło…
Przez kilka lat zajmowałam się tematami ekonomicznymi, a potem zaczęłam ewoluować w kierunku przyrody, zwierząt, psychologii, medycyny, prawa.
Z dr Dorotą Sumińską rozmawiałyśmy na antenie przez dobrych parę lat w audycji „Wierzę w zwierzę”. Mało kto wie, że tę nazwę wymyśliła w 2004 roku moja zdolna wydawczyni, młodziutka Agata Kuźnicka. Były zakusy na tę nazwę. Ktoś protestował, ale w końcu się ostała.
Przez pewien czas prowadziłam też audycje związane z nauką. Byłam nawet nominowana do nagrody „Popularyzator nauki” w konkursie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Moim problemem jest to, że interesuje mnie zbyt dużo rzeczy.

Praktycznie co roku otrzymuje Pani nagrody za swoje audycje z różnych dziedzin. Wymienię tylko te najważniejsze: tytuł „Rzecznik praw chorych na raka”, trzykrotnie pierwsze miejsce w konkursie „Kryształowych Piór”, dwukrotnie tytuł Dziennikarza Medycznego Roku, Ambasador Czystego Powietrza. Jest Pani laureatką nagrody „Dziennikarze dla klimatu 2014”, a także Nagrody Współodczuwania Klubu Gaja za audycję „O zwierzętach i dla zwierząt”. (Już po naszej rozmowie Ewa Podolska otrzymała po raz czwarty Kryształowe Pióra za audycje medyczne). Świadczą one o dziennikarskiej rzetelności i wytrwałości w podejmowaniu trudnych tematów: medycyna, ekologia i inne.
– Mam ten przywilej, że radio daje mi sporo czasu antenowego dla moich programów i dlatego, mając np. dwie godziny na audycję „Zielono mi” lub dotyczących medycyny, mogę zrobić więcej audycji niż osoba, która ma króciutki 5-minutowy materiał informacyjny. Radio daje mi przestrzeń, a ja ją wykorzystuję. Teraz do spraw czysto „zwierzęcych” doszła ochrona środowiska, a także transformacja energetyczna i odnawialne źródła energii. Ostatnio dużo zajmuję się też lasami, Puszczą Białowieską itp.

Często słucham Pani audycji, a gdy nie mam blisko radia, przesłuchuję podcasty, które są w serwisie internetowym TOK FM. Wielokrotnie miałem taką myśl, że Pani audycje powinny być swoistą lekturą obowiązkową dla osób, które działają lub zamierzają działać w obronie przyrody, zwierząt, gdyż na bieżąco zajmuje się Pani tematami, które w danym czasie są ważne: wycinka Puszczy Białowieskiej, odstrzał dzików…
– Tak, ale również zajmuję się tematami medycznymi, rozmawiam o książkach, o ludziach, podróżach. W tej chwili żałuję, że nie mam żadnych audycji dotyczących prawa, bo bardzo lubię prawo.

Ale bierze Pani udział i organizuje szkolenia, które są związane z prawem.
– Tak. Wspólnie z mec. Karoliną Kuszlewicz, która pokazuje, jak można wykorzystać prawo do obrony zwierząt, a ja – jak trafić z tymi informacjami do mediów.
Skąd to szkolenie? Mam takie podwójne doświadczenie. W Warszawie jestem dziennikarzem, a na południu Polski przez lata byłam liderem spontanicznego ruchu oporu. Przeciwstawialiśmy się budowie dróg przecinających pas lasu, który oddziela centrum Rybnika od dzielnicy Kamień, gdzie mam dom. Miasto, zamiast poszerzać istniejącą drogę, chciało zbudować szosę przez las o szerokości 25 metrów. Ja, kochając to miejsce swojego dzieciństwa i ten las, zaczęłam działać. Musiałam trafić do lokalnych dziennikarzy. Od razu powiem tym, którzy nas czytają: żadna droga nie miała iść przed moim własnym domem. Problem polegał na tym, że dziennikarze w Rybniku byli za inwestycją miasta, dlatego musiałam wykonać wielką pracę… Ściągnąć ich na miejsce, pokazać mapy, plany, wytłumaczyć. Potem wziąć na wycieczkę do tego lasu, aby zrozumieli nasze racje: że te drogi nie mają sensu. Zostanie bezpowrotnie zniszczony las i charakter tej dzielnicy. Tak spędził ze mną 6 godzin choćby red. Adrian Czarnota. Pozdrawiam Cię, Adrianie.
To moje doświadczenie osoby, która chce trafić do mediów. Z drugiej strony do mnie, do dziennikarza zwracają się ludzie ze swoimi tematami. Jest ich bardzo dużo. Dlaczego jedni znajdą się w radiu a inni nie???
Kiedyś wracaliśmy wspólnie z konferencji prasowej z Jackiem Bożkiem, szefem Klubu Gaja. Konferencja dotyczyła promocji książki Ala Gore’a. W długiej drodze na Śląsk powiedziałam mu, dlaczego ta konferencja była źle przygotowana: złe miejsce i czas, mało dziennikarzy. I jakie błędy popełniają ci, którzy chcą się „dobić” do mediów.
Pół roku później zadzwonił telefon: – Będziemy organizować konferencję dotyczącą Morza Bałtyckiego, może byś nam powiedziała, co robimy źle.
Przygotowałam więc prezentację pt. „Jak zainteresować, przekonać i uwieść dziennikarza, by napisał to, co chcemy”. Ta prezentacja stała się punktem wyjścia do szkoleń na bazie mojego podwójnego doświadczenia dziennikarki i aktywistki, która zabiega o zainteresowanie dziennikarza danym tematem.
Przez lata byłam świadkiem wielu cudownych, wspaniałych akcji organizowanych przez ludzi, którzy włożyli w nie moc wysiłku. A potem pytam ich: – A telewizja była? – No nie – odpowiadają. – A ilu było dziennikarzy, ilu było słuchaczy? – No mało…, ale byliśmy tak zmęczeni, przygotowywaliśmy do drugiej w nocy plakaty, transparenty, ulotki. Już nie miał kto zająć się porządnie mediami.
Osobiście bardzo mi żal takich straconych możliwości.
Pamiętam – wiele lat temu – uliczny happening „Jeszcze żywy karp” organizowany przez Klub Gaja. Podczas tego wydarzenia Jacek Bożek w grudniu otulony był tylko w przezroczystą folię. Miało to pokazać, jak duszą się karpie w torbach plastikowych. Później rozmawiałam z Beatą Tarnawą, działaczką Klubu Gaja: – Słuchaj, ale mało było przystających na ulicy osób… A ona mówi: – Nie szkodzi, widziałaś, ile było kamer telewizyjnych? Dało mi to wtedy do myślenia.

Chciałbym jeszcze dowiedzieć się, jak Pani najbardziej lubi odpoczywać?
– Ja odpoczywam, gdy muszę przed programem przeczytać książkę (śmiech). Najprzyjemniejsza rzecz. Lubię spędzać czas u siebie w ogrodzie, w którym rosną stare drzewa. Według pewnej estetyki ogród jest w stylu angielskim. Według innej, tej obcej mi a bliskiej moim sąsiadom, są w nim chaszcze i za wysoka trawa. Jestem jak dziecko. Lato to dla mnie wakacje, a wakacje to wyjazd z miasta. 10 lat temu odkryłam Biebrzę, a teraz jadę po raz pierwszy w Bieszczady.

A skąd w ogóle tematyka zwierzęca, skoro zaczynała Pani w radiu od finansów?
– Dla mnie naturalna. Zawsze miałam zwierzęta, z tym że ostatnie kupione zwierzę to był Ringo, cocker spaniel, prezent od mojej babci. Wszystkie następne przyszły do mnie same. Kilka „przyjść” było naprawdę spektakularnych.
Na przyklad suka, którą pogłaskałam na ulicy w Katowicach, a ona przyszła za mną na dworzec. Jechałam wtedy do Krakowa w lipcu na jakiś przesunięty egzamin. Kupiłam więc jej bilet, obwiązałam szyję szalikiem i przyjechała ze mną. Przez miasto szła jak na sznurku, pół metra za mną.
W pokoju, który wynajmowałam na ulicy Zwierzynieckiej, położyła się. Poszłam na dyskotekę do Rotundy. Wracam, a tu Asta (bo już tak ją nazwałam) nie jest sama. Urodziła 7 szczeniąt. Tak więc jednego dnia stałam się posiadaczką ośmiu psów… Co było dalej, osobna historia…
Inne zwierzę… Był taki okres w moim życiu, kiedy handlowałam książkami na targu w Rybniku. Pewnego dnia zdecydowałam, że sprzedam własny album „Muzea Watykanu”. Nie znam się na sztuce, a nie jestem taką snobką, by tylko ładnie wyglądał na półce. Tak zrobiłam. Album poszedł…
Wracam przez targ. Nagle coś się z boku rzuciło. Patrzę, a na ziemi leży wielka gęś ze związanymi nogami. Zrobiło mi się jej żal. Kosztowała równowartość „Muzeów Watykanu”. Do domu wracałam autobusem, wioząc ją w worku przerzuconym przez plecy. I tak Tess weszła w moje życie. Potem doszedł do niej jeszcze Pucek. I tak długo
i szczęśliwie w ogrodzie żyły dwie piękne gęsi.
No i Pogaducha. Hodowałam ozdobne kurki, liliputy. Pewnego razu pies zagryzł szóstkę małych. Została tylko ona, udało jej się schować pod stertą desek. Wzięliśmy ją do domu. Pogaducha w ciągu dnia żyła w ogrodzie. Wieczorem przychodziła do domu, siadała na oparciu krzesła. I… gadała i gadała. Gdy ktoś z drugiego końca domu zawołał Gapcia, zaraz odpowiadała. Po dwóch latach zachorowała. Choroba sprawiła, że przestała jeść. Wtedy dr Andrzej Kruszewicz pokazał mi, jak ją karmić. Pracowałam już w radiu. Pogaducha była ze mną w Warszawie. Jeżdziłm z nią do pracy, mieszkała ze mną w pokoju, który wynajmowałam. W mieszkaniu, w którym była także właścicielka! Bez jej wiedzy, niech mi wybaczy… To trwało kilka lat. Nikt nie wiedział z otoczenia, kto podróżuje ze mną w prostokątnej teczce…

A jakimi zwierzętami opiekuje się Pani w domu?
– Jestem nieodpowiedzialną osobą (śmiech), ponieważ nie mam ku temu warunków, a mój stan posiadania to trzy koty: Wypłosz, Mila i Broszka oraz pies Raksa. Dlaczego tak mówię? Ponieważ znam wiele osób, które swoją odpowiedzialnością tłumaczą to, że nie przygarną potrzebującego zwierzęcia. Dlatego też, z tego miejsca serdecznie pozdrawiam tych, którzy pomimo różnych fatalnych warunków i niesprzyjających sytuacji życiowych decydują się przygarnąć bezdomnego psa, kota czy inne zwierzę.

A jaki jest Pani stosunek do zwierząt hodowlanych?
– To się bardzo zmieniło. Uważam że wrażliwość zwiększa się z wiekiem i sytuacje, które kiedyś, gdy byłam dzieckiem, zupełnie nie wzbudzały mojej refleksji, dziś mnie poruszają. Choć zawsze byłam wrażliwa na cierpienie zwierząt, to jednak pewne rzeczy do mnie nie docierały. Pamiętam taki moment, gdy byłam we Francji zimą 1985 r. nad Atlantykiem. Mieszkałam w schronisku młodzieżowym i tam spotkałam młodego człowieka, takiego obieżyświata, luzaka. Szliśmy wzdłuż oceanu, ja miałam na sobie kurteczkę z królika (dary w stanie wojennym!). A on patrzy na mnie i mówi: – Dlaczego masz na sobie to futro. – O co ci chodzi, nie rozumiem?
– zapytałam. – Przecież to nie jest twoja skóra. To jest jego skóra, skóra królika. Wzięłaś mu jego skórę…
I te dwa zdania bardzo mną wstrząsnęły, ponieważ zwróciły mi uwagę na coś, czego ja w ogóle nie dostrzegałam.
W 2002 roku napisał do mnie słuchacz. Zapytał, dlaczego nie zajmuję się tematami związanymi ze zwierzętami gospodarskimi: krowami, końmi, świniami. Tylko na okrągło psy i koty. Zaczęłam robić te programy. Ta tematyka wydawała mi się bardzo trudna, niszowa. Pamiętam program, gdzie zadawałam pytania, dlaczego zabijane są krowy ciężarne. Powstał z inicjatywy nieżyjącej już pani Aliny Kasprowicz z fundacji Zwierzęta i My.
Teraz jest zupełnie inaczej. Trudno porównać wrażliwość społeczną z tą sprzed 20 lat. Jeszcze 10 lat temu było inaczej. Poznaję wiele osób, dla których równie ważne jak domowe są zwierzęta hodowlane. Dziś takim ludziom jest o wiele łatwiej, gdyż jest ich więcej i mają możliwość spotkania się w Internecie.
Choć więcej mówi się o zwierzętach hodowlanych, to paradoksalnie ich sytuacja uległa pogorszeniu. 40 lat temu moja babcia miała fermę kur, około trzystu. Kury te miały swój wielki wybieg z drzewami, grzędy do siedzenia, gniazda wyścielane sianem. Rano szłam z babcią, rozkładałyśmy wilgotną paszę w korytkach na wybiegu, potem otwierałam specjalne okienka i białe stado wybiegało. Piękny widok. A dziś w przemysłowych warunkach trudno jest mówić o jakimkolwiek dobrostanie.
Ludzie nie dostrzegają lub nie chcą dostrzegać cierpienia zwierząt hodowlanych. Nie widzą, co się dzieje ze zwierzętami hodowanymi na mięso. Jak wygląda produkcja mleka. Ja staram się im to uświadomić. Tak jak sprawę futer uświadomił mi tamten francuski luzak znad Atlantyku.
I na przykład wielu ludzi dowiedziało się teraz, że krowy mogą żyć wolno, a mleko krów może służyć tylko do tego, by wykarmiły swoje cielęta. I jak diametralnie różni się los szczęśliwych wolnych krów od tych, które są zamęczane w systemie przemysłowym. Podziwiam osoby, które pojechały do Deszczna i czuwały, by te krowy nie zostały gdzieś przewiezione pod osłoną nocy. Podziwiam ludzi zaangażowanych w ruchy, które wspierają zwierzęta podczas transportów przez ich pojenie i nagłaśnianie ich sytuacji przez robienie zdjęć i filmów umieszczanych później na różnych platformach społecznościowych.

Spytam o kulinaria. A jakie są Pani ulubione smaki?
– Ponieważ moja rodzina pochodzi ze Wschodu, a na Wschodzie często jadano mączne potrawy, kocham, niestety, makarony np. z sosem pomidorowym, uwielbiam pierogi, najbardziej ruskie, ale też
z truskawkami. Lubię klasyczne potrawy, a pośród nich polskie zupy, np. grzybową, pomidorową, smakuje mi też zupa szczawiowa, ziemniaczana i wszelkiego rodzaju jarzynowe. Tak, lubię zupy, ale pod jednym warunkiem, że nie są podawane w formie zmiksowanej jako kremy. Kocham knedle ze śliwkami. I muszę się przyznać, że potrafię zjeść ich o wiele więcej niż pięć, nawet do 20 sztuk (śmiech).

Sama Pani przygotowuje knedle?
– Nie. Znam miejsce w Warszawie, gdzie można kupić bardzo dobre knedle.

A czy kiedykolwiek przygotowała Pani sama makaron?
– Mąka, stolnica itd.? Nie! (śmiech).

A sos pomidorowy?
– No bez przesady! Sos potrafię przygotować, ale prawda jest taka, że nie nauczyłam się od moich dwóch babć przepisów świetnej kuchni wschodniej, czyli kresowej, lwowskiej. I dziś bardzo tego żałuję.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Janusz Bończak,
archiwum, autor

Ewa Podolska – dziennikarka radia
TOK FM specjalizująca się w tematyce ekologicznej i medycznej. Za swoje audycje otrzymała wiele nagród, w tym Nagrodę Współodczuwania przyznaną przez Klub Gaja za „rozmowy o zwierzętach i dla zwierząt”.