Słońce nie zachodzi w mieście Longyeara

Myślę, że wielu z nas, jak nie każdy, bawiło się kiedyś globusem. Wprawiało go w ruch, chcąc poniekąd do swojej wyobraźni nagiąć bieg wydarzeń i porządek świata, wszelkiej rzeczy… i czekało z podekscytowaniem, jaki to kraj nagle znajdzie się pod palcem.

Jestem przekonana, że kraje okołorównikowe oraz te leżące pod i nad zwrotnikiem Raka przodowały jako konkluzje, rozwiązania tych zabawz globusem. Kto wie, ile ruchu turystycznego w strefach międzyzwrotnikowych oraz umiarkowanych zostało spowodowanego tą właśnie grą. Pamiętam, że sama kiedyś spróbowałam. Podświetlany globus lampa wirował na moim biurku,
a ja siedziałam podekscytowana, wpatrzona w niego jak w karuzelę, taką, którą człowiek bardzo chce się przejechać, ale też bardzo się boi, bo oto globus miał ukazać miejsce, w które odbędę podróż życia.
W wyobraźni miałam te wszystkie kraje egzotyczne, kolorowe. Odurzająca woń krajów arabskich, gwarne afrykańskie ryneczki, dżungle Ameryki Południowej, smaki Azji. Zamknęłam oczy i zdałam się na los. Palec zatrzymał się na Bułgarii. A niech mnie! Nie dość, że w Bułgarii już byłam, i to dwa razy, to nawet nie udało mi się utrafić w miejsce poza kontynentem. Nie wiedziałam wówczas, że drogi mojego życia skręcą o dziewięćdziesiąt stopni w stosunku do większości popularnych kierunków i zawiodą mnie na daleką północ globusa. W miejsce, gdzie nie ma zapachów, bo wszystko, każda pora dnia, każdy miesiąc, każda pora roku pachnie po prostu lodowcem. W miejsce, gdzie wszelka żywność jest dostarczana samolotem albo statkiem i obiad zależy od tego, jakie produkty właśnie przyleciały lub przypłynęły i czy przyszło się do sklepu rano czy wieczorem. W miejsce, gdzie nie ma ani jednego drzewa, a najwyższa roślina to trzydziestocentymetrowa trawa. Z radością donoszę, że sklep z azjatyckim jedzeniem jest. Tyle wygrać!
Aby odnaleźć miejsce, z którego piszę do Was te słowa, skierujcie, proszę, wzrok na północ globusa, wodząc po nim fizycznie palcem albo oczami wyobraźni. Ponad tą magiczną linią, gdzie koło podbiegunowe północne, polarny krąg zaciska się chłodną obręczą na kuli ziemskiej, rozciągają się ogromne i dzikie, niezwykłe i fascynujące tereny północnej Skandynawii. Szwedzka i fińska Laponia, Finnmark w Norwegii.
W końcu przylądek Nordcapp, najdalej na północ wysunięty punkt kontynentalnej Europy, popularne miejsce eskapad poszukiwaczy ekstremów, doświadczeń granicznych, poczuć w stylu, że już dalej nie można. A jednak można. Jeżeli zatopicie wzrok
w akwenie Oceanu Arktycznego, powędrujecie palcem lub wzrokiem jeszcze wyżej, tnąc nimi kolejne, coraz ciaśniejsze równoleżniki niczym dziób statku lodowate fale… w końcu odnajdziecie archipelag Svalbard, samotną grupę wysp prawie na szczycie świata. Tak, od kilku dni tu właśnie mieszkam.
Archipelag Svalbard w sześćdziesięciu procentach pokrywają lodowce. Tak jak wspomniałam, nie rośnie tutaj ani jedno drzewo, więc mieszkańcy Barentsburga, rosyjskiej osady górniczej, czasem malują je na budynkach. Na całym archipelagu znajduje się kilka stacji polarnych i tylko trzy miasteczka – opuszczona rosyjska osada górnicza, miasto widmo zwane Piramidą, zamieszkana rosyjska osada górnicza, czyli wspomniany już Barentsburg, oraz Longyearbyen, z ramienia Norwegii centrum administracyjne Svalbardu. Longyearbyen nieformalnie nazywane jest stolicą Svalbardu, a ja mieszkam cztery kilometry za miasteczkiem, czyli na końcu wszystkiego. To chyba jedyna stolica świata, gdzie wzdłuż głównej ulicy pasą się renifery.
Na Svalbard przyleciałam, aby zawiadywać najdalej na północ położonym kempingiem świata. Praca jako manager Longyearbyen Camping figurowała na mojej liście marzeń przez wiele lat. Starałam się o nią uparcie przez ostatnie trzy, wodząc palcem w górę globusa i pod prąd, marząc, że kiedyś będę siedziała dokładnie w tym miejscu, w którym siedzę dziś i piszę do Was te słowa. Jadalnia najbardziej północnego kempingu świata, jeszcze pusta przed sezonem, zakurzona i oprószona pyłem z pobliskiej kopalni węgla. Drewniany domek, obita brązową deską hytta z czerwonym dachem. Za chatką najdalej na północy położone lotnisko świata. Panoramiczne okna. A z nich widok na Adventfjord, widok tak piękny, tak niezwykły, że aż boli, gdy wgryza się w duszę. Wzdłuż fiordu prowadzi droga do Longyearbyen.
Longyearbyen to miejsce niezwykłe. Jedno z gatunku tych, które człowiek musi doświadczyć własnymi zmysłami, poczuć na własnej skórze, musi przeżyć, bo żadne słowa, nawet pióra najbardziej utalentowanej reportażystki albo utalentowanego reportażysty nie są w stanie tego zrobić. Na przestrzeni prawie 120 lat swojej historii ta mała osada ludzka, ostatnie miasteczko przed biegunem północnym, widziała wiele. Począwszy od kopalni węgla i prymitywnych baraków górniczych, przez niemieckie bombowce oraz ewakuację w czasie drugiej wojny światowej, najdalej na północ położone lotniska świata, przez gigantyczną lawinę, która w 2015 roku zabrała kilka kolorowych domów oraz dwa ludzkie życia, aż do stacji badawczych wyposażonych w najnowsze technologie, oraz niezwykłego banku, w którym zamiast pieniędzy znajdują się nasiona wszystkich jadalnych roślin świata. Historia tej niezwykłej osady sięga roku 1901, kiedy to na Spitsbergen, na pokładzie statku wycieczkowego, przybył amerykański biznesmen John Munro Longyear. Patrzę na przedstawiające go fotografie zamieszczone na jednej z kart książkowego przewodnika, który nabyłam przed przyjazdem tutaj. Przygarbione barki, bujny, ale zawsze zadbany wąs, przenikliwe i skupione spojrzenie, twarz poważna i surowa, ale taka, która w każdej chwili mogłaby się radośnie roześmiać. Łatwo wyobrazić sobie, że Spitsbergen śnił mu się po nocach, że nie dawał mu spokoju. Już podczas tej pierwszej wspomnianej wizyty inwestor zauważył potencjał drzemiący w arktycznych złożach węgla. Po dwóch latach Longyear powrócił do wybrzeży Adventfjordu, aby przeprowadzić szczegółowe badania, które legły
u podstaw jego decyzji o wykupieniu terenu od Norwegów w 1904 roku. W 1906 ruszyła pierwsza kopalnia, a nowo powstała osada górnicza otrzymała nazwę Longyear City
– miasto Longyeara. Osobiście od nazywania przedsięwzięcia amerykańskiego biznesmena „osadą górniczą” preferuję stosowanie nazwy – projekt albo eksperyment górniczy. Nikt nie wiedział bowiem, jak eksploatacja złóż na skrajnej północy, w skrajnych warunkach klimatycznych, podczas trwającej kilka miesięcy nocy polarnej oraz krótkiego zimnego lata, w zupełnej izolacji będzie funkcjonowała długoterminowo. Myślę, że w świetle inwestycji, która miała wówczas wstrząsnąć górniczym światem, aspekty zarówno praktyczne, logistyczne, jak i psychologiczne zostały mocno niedoszacowane. Mimo otwartego pytania i problemu, jak umożliwić ludziom życie oraz pracę w warunkach, które panowały tutaj na początku ubiegłego stulecia, do miasta Longyeara napływali pracownicy skuszeni płacą wyższą niż kontynentalna. Na miejscu byli oni kwaterowani w 32- albo 64-osobowych barakach, gdzie dostawali spanie na pryczy. Kluczowe problemy: opętańcze zimno, brak stabilności w dostawie żywności, która albo dopłynęła albo nie, ograniczony dostęp do wody pitnej, a więc niski poziom higieny, absolutna izolacja od rodzin (brak łączności choćby telefonicznej), brak możliwości powrotu i odwrotu, strach obiektywny (niedźwiedzie polarne, brak możliwości transportu na ląd w razie wypadku), ciemność, być może pewna związana z nią zabobonność, depresja. Po fali buntów pracowniczych i strajków w roku 1916 Longyear odsprzedaje miasteczko Norwegom, a nazwa osady zostaje przetłumaczona na norweski (Longyearbyen to po norwesku dosłownie miasto Longyeara) i odtąd aż do dziś osada podlega norweskiej administracji (Sysselmannen). Taktyka Norwegów jest inna. Aby wyeliminować przynajmniej jeden z powyższych czynników problematycznych postanawiają oni sprowadzać tutaj całe rodziny. Cel: Longyearbyen ma z osady pracowniczej przekształcić się w osadę rodzinną. I tak właśnie wszystko się zaczęło. Zimą 1917-1918 w Longyearbyen przebywa około 180 mężczyzn oraz 34 kobiety i dzieci. W 1920 r. liczby te wzrastają do 289 oraz 37. Przed wybuchem drugiej wojny światowej, która odcisnęła swoje piętno także i na tym miejscu, miasteczko ma około 550 mieszkańców i liczba ta pozostaje średnio stabilna do 1975 roku. To właśnie wtedy izolację przełamuje budowa najdalej na północ położonego lotniska świata. Dziś miasto Longyeara liczy około 2500 mieszkańców. Znajdują się tu najdalej na północy położona szkoła i uniwersytet, najdalej na północy położone kino świata, najbardziej północny basen, najdalej na północy przyjmujący dentysta i krawiec… Oraz najdalej na północy położony kemping świata, którym się opiekuję. Obecnie na populację Longyearbyen składa się około czterdziestu różnych narodowości. Najliczniejszą mniejszość stanowią Norwegowie, na drugim miejscu plasują się Tajowie, następnie Szwedzi i Filipińczycy. Mimo tej różnorodności oraz egzotyki i tak niedźwiedzi polarnych jest tutaj dwa razy więcej niż ludzi. Wobec tego na spacery za miasteczko zabiera się ze sobą flarę ostrzegawczą oraz broń palną. W Longyearbyen nie można się urodzić, bo w szpitalu nie ma porodówki. Kobiety na kilka tygodni przed porodem zobowiązane są udać się na ląd. Na Svalbardzie nie można także zostać pochowanym.
Miłośników zwierząt najprawdopodobniej zainteresuje fakt, iż tutejsze prawo zabrania posiadania kotów, bo te łapią wściekliznę od pałętających się wszędzie lisów polarnych. Aczkolwiek w Barentsburgu mieszka jeden kot, który został zarejestrowany jako lis. Gdy chcę poprawić sobie humor, to często wyobrażam sobie scenę, która jest dla mnie kwintesencją skandynawskiej biurokracji. Urzędnik celny, przyjezdny, powiedzmy ukraiński górnik o imieniu Iwan. W jednej ręce trzyma pudełko, w którym siedzi rudy kot, a w drugiej papier, na którym Iwan napisał bukwami, że w pudełku znajduje się rev – po norwesku lis. Urzędnik pyta, co w pudełku, a Iwan bez zająknięcia mówi, że rev. Celnik otwiera pudełko, a tam siedzi rudy kot. Kot miauczy. Urzędnik patrzy na kota, ten miau-miau, a potem znów na papier, gdzie bukwami stoi, że rev. Potem na Iwana, który nawet nie mrugnie i mówi, że to przecież rev. Z powrotem na kota, a potem na papier. Kot miauczy już trochę poirytowany tą całą sytuacją. Urzędnik podejmuje decyzję – jeżeli dokument mówi, że lis, to znaczy, że musi być lis. Innego wyjścia nie ma. Z dokumentami się nie dyskutuje. I koniec. Tu jest koniec wszystkiego. Znak nieopodal mojego nowego domu informuje, że odległość stąd do bieguna północnego wynosi 1309 kilometrów i wskazuje na drugi brzeg fiordu. Koniec świata – to tam. A tam horyzont ciasno, ściśle, wręcz hermetycznie wypełniają, uszczelniają śnieżnobiałe góry, poszarpane szczyty i czarne, pręgowane ściany, płaskowyże przykryte poduchami puszystego śniegu oraz potężne jęzory olbrzymich lodowców. Choćbym chciała sobie wyobrazić, jak wygląda świat za tą surową, białą ścianą, te ostatnie 1309 kilometrów, to niestety nie potrafię. Moja wyobraźnia szaleje, choć w tej sytuacji granicznej brakuje jej zasobów, szlifu, ogłady.

Jest czerwiec. W mieście Longyeara słońce nie zachodzi już od kilku tygodni i nie zajdzie przez kilka następnych. Jest północ, a słońce o północy na północy osadza się wysoko nad horyzontem, delikatnie głaszcze buzię, łaskocze ciepłym pomarańczowym światłem i rozlewa się po Adventfjordzie migoczącą łuną, barwiąc lodowce na cytrynowo. Dzień polarny to jednocześnie piegi na nosie i czerwone od zimna policzki. Longyearbyen to jednocześnie ciągle zmarznięte dłonie i pyszna kawa w małej kawiarence Fruene, tak ciepła i rozkoszna, że człowiek chciałby się przytulić do kubka. To renifery pasące się przed budynkiem kina, w którym każdy film wyświetlany jest tylko jeden raz. To bieganie za białymi waleniami przepływającymi tuż przed domem.
To kłębki lisiego futra przetaczające się pod stopami. Miasto Longyeara to miejsce, gdzie gorąca czekolada nigdy nie jest zbyt ciepła. A jeśli podprowadzić rower na skraj położonego na zboczu miasteczka, to potem można zjechać z powrotem, bez pedałowania aż pod sam fiord.
Tekst, fot. Martyna Urbańczyk

Serdecznie zapraszamy do śledzenia opowieści Martyny Urbańczyk nie tylko
w naszym magazynie, ale również na jej autorskiej stronie http://raportglobtroterki.pl