„Śniąc pod pustynnym niebem” Ameryki – Joshua Tree i Zabriskie Point

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Lecz jest takie miejsce,
gdzie marzenia są wiecznie młode
(…)
Jeśli tylko zechcesz,
twój Zabriskie Point będzie wszędzie
– śpiewał Roy Orbison w filmie
Michelangelo Antonioniego.

Pod koniec 1986 roku irlandzki zespół U2 przygotowywał swą nową płytę, która miała być opowieścią o Ameryce. Album ten miał być zatytułowany „Pieśń pustyni” lub też „Dwie Ameryki”, zamiarem członków zespołu było bowiem przedstawienie dwóch wizji Ameryki: „mitycznej” i „faktycznej”. Lider U2 – Bono zwierzył się kiedyś: – Uwielbiam tam przebywać, uwielbiam Amerykę, uwielbiam to uczucie obcowania z olbrzymimi, otwartymi przestrzeniami, kocham pustynię, kocham góry i uwielbiam również tamtejsze miasta. Przez te lata, kiedy tam koncertowaliśmy, zakochałem się w Ameryce. Jednocześnie musiałem sobie jakoś poradzić z tą Ameryką, która nie tylko oddziaływała na mnie, ale również na cały świat. Na tej płycie musiałem zmierzyć się z tym problemem na płaszczyźnie politycznej, ale też w bardziej subtelny i osobisty sposób.
Członkowie U2 nagrywając tę płytę, poszukiwali „panoramicznego” brzmienia, które oddałoby otwarte, bezkresne przestrzenie Ameryki. Dlatego też poszczególne utwory miały mieć „kinowy” rozmach i „przepastne” brzmienie. W celu odnalezienia miejsc i pejzaży, które wyrażałyby taką niekonwencjonalną wizję USA, związany z zespołem fotograf Anton Corbijn zorganizował w grudniu 1986 r. wyjazd U2 do Doliny Śmierci w Kalifornii. To tu znajduje się najniżej położone miejsce (depresja) na półkuli zachodniej. Woda gruntowa w tej niezwykłej dolinie jest bardzo zasolona i niezdatna do picia. Corbijn tam właśnie chciał poszukiwać inspiracji w pobliskich miastach widmach (ghost towns)
– wyludnionych górniczych osiedlach, których mieszkańcy eksploatowali dawniej minerały tutejszej jałowej ziemi. Chciał on tu znaleźć miejsca, gdzie: „pustynia styka się z cywilizacją”, co miało wyrażać ducha nowej płyty zespołu.
Owo poszukiwanie inspiracji jednak nie szło dobrze – Anton Corbijn (nazywany czasem piątym członkiem zespołu) wspominał:
– Zrobiliśmy z U2 trochę zdjęć w miastach widmach w okolicach Parku Narodowego Yosemite i Doliny Śmierci. W jednym z takich opuszczonych miejsc Bono wpadł we wściekłość – dla niego była to jedynie wielka strata czasu. Odpowiedziałem mu, że zarejestrowanie szczegółów jest tak samo ważne jak wielkie, spektakularne ujęcia pejzażowe. Corbijn wiedział, co mówi, był autorem fotografii do okładek trzech poprzednich albumów zespołu. Opowiedział on Bono, skąd się wzięła nazwa tutejszych drzewiastych roślin pustynnych.
W 1847 roku mormoni podjęli wędrówkę do Kalifornii, uciekając przed prześladowaniami w stanach: Nowy Jork, Ohio i Missouri. Po wielodniowej wędrówce przez pozbawione życia pustynne, górskie krajobrazy pojawiły się pierwsze drzewiaste rośliny.
W wędrowcach rodzi się nadzieja – odbierają pojawienie się tych niewysokich pustynnych drzew jako znak od Boga. Wycieńczeni wędrówką mają nieodparte wrażenie, że te kolczaste rośliny swymi rozłożystymi gałęziami chcą im dodać otuchy – wznosząc je, wskazują zagubionym w bezkresie bezlitosnej przyrody wędrowcom drogę na zachód, drogę do ich nowej, wymarzonej ojczyzny. Mormoni nadali wówczas własną nazwę temu „drzewu nadziei” – Joshua Tree, czyli drzewo biblijnego proroka Jozuego, który przeprowadził swój lud przez rzekę Jordan do Ziemi Obiecanej. Następnego poranka Bono pojawił się z Biblią w ręku i oznajmił, że nowa płyta U2 będzie miała właśnie tytuł The Joshua Tree. Owa płyta ukazuje się w marcu 1987 r., szybko wspinając się na szczyty list przebojów w dwudziestu krajach, stając się najszybciej sprzedającym się brytyjskim albumem w historii. Na płycie tej znajdziemy chyba najbardziej rozpoznawalny utwór U2 „Nadal nie znalazłem tego, czego szukam” (I Still Haven’t Found What I’m Looking For), w którym Bono w ewangelicznym tonie śpiewa:
Wierzę w nadejście Królestwa, kiedy wszystkie kolory stopią się w jedno…
Uwiecznione przez Antona Corbijna na okładce płyty rosnące samotnie na środku pustyni drzewo Jozuego wkrótce stało się celem wędrówek współczesnych pielgrzymów – fanów rocka. Przybywają oni nadal z całego świata do Doliny Śmierci, mimo że drzewo z okładki płyty z powodu starości obumarło i przewróciło się w roku 2000. Zamiast niego można tu zobaczyć odlaną z brązu tablicę z napisem: „Czy już znalazłeś to, czego szukasz?”. Anton Corbijn opowiada, jak odnalazł owo samotne drzewo Jozuego: – Odkryłem je drugiego dnia na południe od Zabriskie Point i zrobiłem fotografię, która znalazła się na okładce płyty. Zdecydowałem się na użycie obiektywu szerokokątnego dla ukazania bezkresności krajobrazu, mimo że wcześniej nie miałem doświadczenia z takimi obiektywami.
Wykonane zdjęcia były lekko rozmyte i kiedy po upływie tygodnia fotograf U2 odbierał je z laboratorium, zdał sobie sprawę, że chodzi po cienkim lodzie:
– W pierwszej chwili moje serce zamarło – zepsułem wszystko! Dopiero później zdałem sobie sprawę, że rozmycie obrazu tylko dodaje mu siły. Stojący w otoczeniu bezkresu pustyni Bono, David Evans, Larry Mullen i Adam Clayton wydają się jednocześnie dumni i pogrążeni w smutku. Do dziś jestem z tych zdjęć dumny – są na nich twarze przypominające mi twarze imigrantów, którzy właśnie przybyli do Ameryki – wspomina Corbijn. – Mam jedyny żal do siebie, że od razu nie zdałem sobie sprawy, jak ważny jest to album. Ale to jest normalne – nie wiesz, że masz do czynienia z arcydziełem w czasie, gdy nad nim pracujesz – mówi fotograf U2.
– Jednak po sukcesie albumu owe fotografie były wszędzie publikowane, przez co wizerunek U2 stał się zbyt poważny, co kłóciło się z ich nowym statusem światowych gwiazd – mówi A. Corbijn. Poważne miny na The Joshua Tree w rzeczywistości spowodował grudniowy, przejmujący pustynny chłód Doliny Śmierci. Mimo zimna członkowie U2 do pozowania do zdjęć zdjęli swe wierzchnie okrycia. Bono, który pozował w samym podkoszulku, tak wspomina sesję zdjęciową, która zaowocowała jedną z najbardziej ikonicznych okładek w historii rocka: – Było lodowato, a my na czas zdjęć musieliśmy zdjąć nasze ciepłe kurtki, by choć trochę wyglądać na ludzi przebywających na pustyni. To jeden z powodów, dlaczego na tej fotografii mamy tak ponure twarze.
Współcześni pielgrzymi przybywający do Doliny Śmierci są gotowi na skrajne wyrzeczenia. Gdy na początku lat 60. pisarka Joan Didion zamieszkała w tutejszym motelu, by poświęcić się pracy twórczej, w jej pokoju zepsuła się klimatyzacja. Żeby przetrwać w lipcowym upale, przykładała sobie do szyi lód owinięty ręcznikiem. Owocem jej umartwiania stał się esej
„O moralności”. Obecność J. Didion w Dolinie Śmierci nie była przypadkowa. Dla tej pisarki historie wydarzające się na bezludziu, na pustyni, w górach czy na urwistym wybrzeżu Pacyfiku nie były oderwane od tego otoczenia – współżyły one z lokalnym genius loci. Genius loci (łac. „duch opiekuńczy danego miejsca”) dla Rzymian była to związana
z danym miejscem opiekuńcza siła, coś, co sprawia, że dana przestrzeń jest jedyna w swoim rodzaju, przedstawiana często przez nich w postaci węża.
Choć ducha miejsca często nie potrafimy nazwać, jednak jest to coś, co działa na nas magicznie – powoduje, że do jakiegoś miejsca wracamy. Zbiory bardzo osobistych wizjonerskich esejów J. Didion zatytułowane „W stronę Betlejem” i „Biały album” kontemplują takie właśnie nieuchwytne, mitologiczne aspekty ziemi czy krajobrazu. Dla niej „uduchowienie miejsca” stało się przestrzenią do rzeczywistego spotkania się ze sobą samym.
Niebo nad pustynią,
Śniąc pod pustynnym niebem
tu rzeki mają swój bieg,
ale ten bieg wysycha,
tej nocy trzeba nam
nowych snów i marzeń
– śpiewał Bono w utworze In God’s Country („W kraju Boga”).
Bono i U2 nie byli jednak pierwszymi, którzy rozsławili bezludny interior amerykańskiego południowego zachodu. 16 lat wcześniej, w 1970 roku, Dolinę Śmierci pokazuje całemu światu „nowator srebrnego ekranu” – włoski reżyser Michelangelo Antonioni w swym kultowym filmie zatytułowanym Zabriskie Point. Jego pomysł zrodził się w głowie Antonioniego w roku 1966, gdy przyjechał do USA na amerykańską premierę swojego filmu „Powiększenie”. Zainspirowała go wówczas notatka w prasie mówiąca o młodym człowieku, który ukradł mały samolot z lotniska w Phoenix w Arizonie i został zastrzelony, gdy próbował bez zezwolenia na tym lotnisku wylądować, aby samolot zwrócić. Antonioni miał swój oryginalny styl – w jego filmach było dużo umowności, ostentacyjnego symbolizmu, unikał on natomiast tradycyjnej filmowej narracji, w której rzeczywistość ekranowa miała być jak najbliżej realiów życia. On nigdy nie budował swoich filmów wokół wyrazistego wątku czy też analizy postaci, zamiast tego wolał używać monumentalnych, wyrazistych obrazów jako wehikułu swej artystycznej ekspresji.
Podobnie jak w przypadku U2, również Antonioni w swoim filmie chciał przeciwstawić amerykańskiemu „wyścigowi szczurów” symboliczną, naturalną przestrzeń wolną od wytworów rąk człowieka. Tą przestrzenią stało się szczególne miejsce w Dolinie Śmierci – Zabriskie Point, gdzie kosmiczny, pofałdowany krajobraz przypomina skórę słonia w gigantycznym zbliżeniu. Gdy jesteśmy w tym niezwykłym, nierealnym miejscu, otoczeni formacjami skalnymi przypominającymi zastygłe fale wzburzonego oceanu, oddalamy się od stworzonej przez człowieka naszej rzeczywistości wizualnej.
W listopadzie 1969 r. ówczesna partnerka życiowa Antonioniego wróciła do Rzymu z Londynu, przywożąc ze sobą wydaną kilka dni wcześniej płytę Pink Floyd Ummagumma. Oboje odsłuchali ten album w swym rzymskim mieszkaniu na małym gramofonie. Antonioni świetnie poznał awangardową londyńską scenę muzyczną już wcześniej, podczas kręcenia w 1966 r.
w Londynie filmu „Powiększenie”, w tym czasie był nawet na jednym z klubowych występów tego debiutującego wówczas zespołu wraz z aktorką Monicą Vitti. Po wysłuchaniu Ummagumma Antonioni wpada w zachwyt i postanawia zaprosić Pink Floyd do stworzenia ścieżki dźwiękowej Zabriskie Point.
Zakończeniem filmu Zabriskie Point jest pokazana w zwolnionym tempie scena wysadzenia w powietrze typowo amerykańskiej, luksusowej górskiej rezydencji jako symbolu ślepej konsumpcji i korporacyjnego, bezdusznego kapitalizmu. Nie szczędząc pieniędzy, dla potrzeb filmu zbudowano dokładną kopię istniejącego do dziś budynku z Carefree w Arizonie, którą niezwykle widowiskowo wysadzono w powietrze. Scenie tej towarzyszy filmowa wersja słynnego utworu Pink Floyd Careful with That Axe, Eugene („Ostrożnie z tą siekierą, Eugeniuszu”). Prócz Pink Floyd na ścieżce dźwiękowej tego filmu słyszymy także muzykę m.in. Grateful Dead i wspomnianego Roya Orbisona, którego utwór So Young pojawia się wraz z napisem końcowym filmu Antonioniego.
U2 ma rację. Istnieją dwie Ameryki. Jedna jest do bólu przewidywalna – to kraj prostych po horyzont, gładkich jak stół dróg krzyżujących się pod idealnym kątem prostym, z wszędzie takim samym fast foodem i stacją benzynową. Druga zaś to obszary uznane za „nieużytki” – kamienne i słone pustynie, góry czy mokradła, gdzie jedno osiedle ludzkie od drugiego dzieli 30-50 km. Racjonalna, „świetnie zorganizowana” Ameryka za wszelką cenę chce na nas zrobić wrażenie – karmi nasze zmysły i kusi konsumpcją. O tej drugiej Ameryce mówi basista U2 Adam Clayton:
– Pustynia była dla nas niezmiernie inspirująca jako duchowy symbol tej płyty. Większość ludzi odbiera pustynię bezpośrednio jako miejsce nieurodzajne i jałowe, co oczywiście jest zgodne z prawdą. Pustynia ma jednak również bardzo pozytywny wymiar, bo pozwala ci na zagospodarowanie tej pustki na swój sposób – to tu „budzimy nasze wiecznie młode marzenia”, by spotkać się sami ze sobą.
Tekst Marek Kryda