Pegaz który uskrzydla

Poznałam Pegaza, gdy miałam 10 lat. Był wtedy końskim dwuletnim dzieckiem. Od tego czasu przez życie idziemy wspólnie, dzielnie. Będąc małą dziewczynką nie mogłam wiedzieć, jak wielki wpływ na moje życie będzie miała ta istota. Nasze drogi się przecięły i tak miało już pozostać. Wiele lat zajęło mi, zanim zobaczyłam, jak ważną postacią był i jest w moim życiu.

Jego życie miało wyglądać inaczej. Gdy został uratowany, był jeszcze źrebakiem. Od dni jego narodzin, początku historii jego życia skazany był na ubój. Hodowany na mięso, chowany w skandalicznych warunkach, w zamknięciu. Wtedy z Polski wywożono na rzeź około 40 tysięcy koni rocznie. Pegaz miał być jednym z nich. Jednak został uratowany, a jego los całkowicie się odmienił. Wykupił go Klub Gaja, ratując mu życie. Moje życie też miało się od tej chwili zmienić. Zostałam jego opiekunką i wolontariuszką Klubu Gaja.
Przez wiele lat mieszkał wraz ze mną w pewnej całkiem brzydkiej, jednak urokliwej wiosce w Beskidzie Małym. W tym okresie naszego wspólnego życia, mimo młodego wieku, bardzo ciężko pracowałam. Była to praca fizyczna. Oporządzenie jego i stajni zajmowało bardzo dużo czasu i energii. Całość obowiązków spoczywała na mnie. A on nie był wyrozumiały, był młodym, stanowczym wałachem, który uparcie dążył do swoich celów. Nie był to problem, że zamiast spędzać wolny czas na spotkaniach z przyjaciółmi nosiłam ciężkie wiadra z wodą i przerzucałam kostki siana. Bardzo lubiłam tę pracę, a w stajni czułam się bezpieczniej niż gdziekolwiek indziej. Wychowałam się w stajni. Ten okres naszego wspólnego życia, okraszony wieloma wzruszającymi i zabawnymi historiami, był dla nas niewątpliwie wyjątkowy.
Kiedy miałam jakieś 20 lat, z Pegazem u boku spędzone już dziesięć, na naszej drodze pojawiła się trzecia istota – wspaniała, piękna, biała kobyła White Lady.
Oswojone przez nas zwierzęta wymagają poświęceń, tak po prostu jest. Przytoczę tutaj tak dobrze znany i często powtarzany cytat z „Małego Księcia” Antoine de Saint-Exupéry’ego: „Jesteś odpowiedzialny za to, co oswoiłeś”. Wszystkie chwile, które spędziłam z Pegazem, a później także z Lady, to nie tylko miłe wspomnienia o naszym wspólnym bezpiecznym domu w Beskidzie czy wszystkich innych miejscach, w których byliśmy. To także nieprzespane noce z powodu kolki czy pobudki o trzeciej nad ranem w oczekiwaniu na spóźnioną wizytę weterynarza: „Bo przecież to gastroskopia, skoro trzeba do niej konia przegłodzić, a nie chcę zrobić mu tego ponownie, to…”. Te myśli brzmiące z tyłu głowy zwlekały mnie z łóżka nawet w środku nocy. Żeby tego było mało – dziesiątki ucieczek Pegaza, ponieważ jego przekonanie o tym, że zamknięcie jest najgorsze, co może go spotkać było tak mocno zakorzenione w jego sercu, że uciekał przy każdej sposobności. Nie miało znaczenia, czy miał towarzystwo innych koni, trawę, siano. Pegaz po prostu chciał być za ogrodzeniem, chciał być wolny. Wszystkie przemoczone skarpetki podczas sprowadzania koni z pastwiska w strugach deszczu, zabryzgane błotem samochody i szkła okularów nauczyły mnie odpowiedzialności.
Dopiero wkraczając w dorosłe życie z perspektywy dostrzegłam, jak ważne były to doświadczenia. Mam wrażenie, że jako młodzi ludzie nie wiemy o życiu tak wiele jak nasi rodzice i starsze pokolenia, ponieważ zmieniły się realia, w jakich dorastamy, jesteśmy wychowywani w przeświadczeniu, że rzeczy po prostu są i można je kupić. Nie uczy się nas, że świat to naczynia połączone, a jedzenie na półkach ktoś musiał wcześniej pielęgnować. Wszystko wymaga pracy. Żyjemy coraz dalej od natury i zwierząt. Rozłączamy tak istotną więź pomiędzy nami a przyrodą. Jestem dumna z tego, że wychowałam się na wsi, że pracowałam, by nauczyć się tego, czego się nauczyłam i zdobyć tę wiedzę, którą teraz mogę się dzielić. I cieszę się, że było mi dane doświadczać tego wśród natury i zwierząt.
Nie stałoby się to, gdyby nie on – Pegaz – symbol wolności, z mitologii greckiej psychopomp, który pomagał zmarłemu
w podróży na drugą stronę. Mnie pomaga stąpać po ziemi już teraz. Mój przewodnik. Jestem mu za to szczerze wdzięczna, także jego przyjaciółce i życiowej towarzyszce White Lady. Jej życie nie należy do lekkich. Jest wyjątkowo schorowanym koniem. Ta jedna istota mieści w sobie ogromny bagaż trudnych doświadczeń. Przeżyłam wiele załamań wiary, dni zwątpienia i braku perspektyw, gdy każda jej choroba pociągała za sobą kolejną. Nikt nie nauczył mnie wytrwałości tak bardzo jak ona i jej historia. Pokazała mi, że warto, a nawet trzeba walczyć, że zawsze jest nadzieja, za co jej bardzo dziękuję. Dzięki niej i naszemu wspólnemu doświadczeniu zyskałam wiedzę, którą teraz dzielę się z innymi i pomagam ratować kolejne istnienia. Obecnie jesteśmy zdrowi i szczęśliwi. Zapewne do momentu, w którym życie znowu rzuci nam wyzwanie, które przyjmę wraz z moimi końskimi nauczycielami.
Pomyśleć, że 18 lat temu Pegaz, wtedy jeszcze bezimienny gniady źrebak, miał pojechać na wycieczkę w jedną stronę tirem do Włoch na rzeź. Do końca życia nie zapomnę, jak wracałam z rodzicami ze stajni, siedziałam na tylnym fotelu fiata cinquecento i słuchałam, jak rodzice rzucają pomysły na imię. „Pegaz” – padło z czyichś ust. Zapamiętam wybrzmienie tego imienia do końca życia. Przez jeden gest dobrych ludzi całkowicie zmienił się bieg wydarzeń…
Pasuje tu zasłyszany gdzieś przeze mnie tekst: „Nie można uratować życia wszystkich istot, ale można uratować całe życie jednej istoty”.
Doświadczajmy, współodczuwajmy.
Tekst Jagoda Świętosława Bożek