Radość (z) Laudato Si’

Czytając encyklikę papieża Franciszka Laudato Si’ naprawdę poczułam radość i rodzaj ulgi. Nareszcie! Nareszcie mój Kościół poważnie zainteresował się naturą, którą Bóg oddał ludziom pod opiekę
i zauważył, że my, ludzie nie spełniamy oczekiwań Stwórcy.

Wiem, teraz już wiem, gdyż przypomniały mi o tym i sama encyklika, i liczne po niej wypowiedzi, że zwierzchnicy Kościoła katolickiego wypowiadali się wcześniej na ten temat. Mówił o środowiskowych zagrożeniach Paweł VI, Jan Paweł II wzywał do ekologicznego nawrócenia, do tego, aby ludzie traktowali swoje obowiązki względem natury jako element swojej wiary, a Benedykt XVI wskazywał na zgubny egoizm człowieka i nawoływał do zmiany stylu życia. Myślę, że te przekazy nie przebijały się jednak do przeciętnych wiernych. Może aktywiści ekologiczni wyławiali je z morza innych pouczeń. Ja ich nie zauważyłam, a też nie były szczególnie nagłaśniane. Dopiero ten najwyższej kościelnej rangi dokument, poświęcony w całości sprawie troski o Ziemię i o wszystko, co na niej żyje, łącznie z człowiekiem, zabrzmiał mocno, jednoznacznie i kategorycznie. I nie tylko do mnie dotarł, ale i mnie zachwycił. Wprawdzie, muszę przyznać, że nie usłyszałam o nim z kościelnej ambony w czasie niedzielnej mszy św. Trafiłam na niego przy okazji moich poszukiwań środowisk zajmujących się ekologią, ochroną przyrody, prawami zwierząt. Ale że nie tylko ta jedna papieska encyklika nie była przedmiotem zwykłych niedzielnych rozważań ani szczególnym obiektem zainteresowania wiernych, w tym moich, więc pomyślałam, że może nie ma co się szczególnie czepiać. Ważne, że jest, potem odkryłam, że są duchowni, którzy posługują się nią w swoim nauczaniu, w końcu – że są zwykli ludzie, którzy z równą mojej radością i nadzieją ją przyjęli. I to niekoniecznie tylko chrześcijanie.
Dlaczego tak się ucieszyłam? Dlatego, że nawet jeżeli nie było to w pełni uświadomione, całe życie odczuwałam brak takiego głosu w Kościele. Gdzieś zawsze był dysonans miedzy tym, co głosiły święte księgi a realnym stosunkiem katolickiego ludu do natury, była też jakaś dziwna dziura w katechezie. Byliśmy my – ludzie, ludzie między sobą, i Bóg, i nic więcej. A intuicyjnie czułam przecież od dziecka, że niszczenie, krzywdzenie natury, innych istot żywych nie może być miłe Stwórcy i że o tym powinno się w Kościele mówić.
Nie biję się wyłącznie w piersi moich katechetów, kaznodziei i moich bliźnich, biję się także w swoją może nie tyle pierś, ile głowę, bo i mnie zabrakło niezależnego myślenia, wyciągania wniosków z lektur, a najbardziej zabrakło moich czynów. Wrodzona wrażliwość i wychowanie uchroniły mnie wprawdzie od poważnych grzechów przeciw środowisku i mniejszym braciom: nie dewastowałam, nie wyrzucałam śmieci do lasu ani trujących substancji do rzek, nie głodziłam zamarzającego psa na krótkim łańcuchu, nie czerpałam radości z upolowania sarny, jednak przez większość życia brakło mi wyobraźni, aby pomyśleć o odległych skutkach mojego stylu życia i o tym, że powinnam zmienić swoje zachowania, aby te skutki zmniejszyć. Nie myślałam o tym, że beztrosko używane przeze mnie plastiki pływają po morzach i niszczą w nich życie. Nie spędzało mi snu z oczu to, że jeżdżąc cztery ulice dalej samochodem albo biorąc długi prysznic sprawiam, iż ktoś musi iść po wodę 10 km albo umiera z głodu. Większość życia mnie – niby miłośniczce zwierząt – nie zaprzątały głowy myśli o masowych hodowlach „mięsa” i o tym, jakim morzem cierpienia są wypełnione. Cóż, jestem, byłam tylko jednym więcej przykładem antropocentrycznej, ograniczonej do „tu i teraz” płytkomyślności. Aż dziwne, jak potrafimy rzeczy niewygodne zepchnąć na margines, nie widzieć, przymknąć oczy, zbagatelizować, nawet bez złej woli, ale tak naprawdę dla indywidualnego spokoju i komfortu. Teraz dużo zastanawiam się nad tym dlaczego tak jest? Może organicznie czujemy, że problem jest tak ogromny i skomplikowany, iż zwalniamy się od myślenia i działania w obszarze, który wydaje się nam, że nas przerasta? Psycholodzy z pewnością podsunęliby tu odpowiednie usprawiedliwienia. Tyle że nie chodzi o szukanie usprawiedliwień.
Myślę ja, katoliczka, że gdybyśmy od dawna słyszeli w kościele, na lekcjach religii, wprost, że bezmyślne kupowanie, obojętność na los niewidzianych nigdy zwierząt, dziki wyrąb drzew, palenie śmieci, wybijanie dzików po to, aby ktoś nie stracił wielkich pieniędzy, polewanie pól herbicydami, żeby mieć jak największe plony i zyski – to są grzechy przeciw prawu Bożemu i przeciw miłości bliźniego, to może refleksja nad tymi sprawami byłaby wśród nas częstsza. Takiej głębszej refleksji nad misją człowieka w ziemskim ekosystemie i skutkach naszego konsumpcjonizmu w czasie kazań, na lekcjach religii nigdy nie byłam świadkiem, dopóki nie zaczęłam szukać i znalazłam wyjątki od tej reguły.
A szkoda. Kościół instytucjonalny, mimo swoich obecnych ogromnych kłopotów, wciąż jest autorytetem w sprawach etycznych, społecznych. Zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, gdzie kontakt z księdzem nigdy nie jest anonimowy, gdzie rozmaite zależności wiernych i instytucji sprawiają, że obie strony muszą liczyć się ze sobą, Kościół mógłby szczególnie wiele zrobić dla środowiska i dla boskiego stworzenia. Gdyby wiedział, gdyby chciał. Ale wracam do encykliki.
Franciszek wskazał na szeroki, i ludzki, i teologiczny, wymiar naszej odpowiedzialności za, jak mówi, nasz wspólny dom. Wezwanie, aby każdy zaadoptował to, co złego dzieje się w świecie i zrobił przedmiotem swojej osobistej troski bardzo mnie poruszyło. Tak, rzeczywiście, tylko tak może przyjść zmiana. Musimy zacząć o tych sprawach myśleć, obudzić empatię, współczuć ludziom na marginesach świata, wyobrażać sobie cudze cierpienie, cierpienie innych istot, myśleć o zależnościach, skutkach naszych codziennych zachowań nawet jeżeli będzie to bardzo niemiłe. Papież operuje konkretem, naukowymi danymi, przykładami. Takiego mocnego głosu zawsze w moim Kościele brakowało. A kiedy zabrzmiał, nagle wszystkie elementy chrześcijańskiego nauczania ułożyły się w spójny, piękny wzór.
Muszę to dodać, encyklika Laudato Si’ była dla mnie także doznaniem estetycznym właśnie przez to, że wprowadziła w chrześcijańskie postrzeganie roli człowieka na Ziemi harmonię. Człowiek odnalazł swoje właściwe miejsce w puzzlu świata.
W końcu przestał być „nad”, przestał być władcą przyrody, którym przecież od zawsze wiemy, że… nie jest. Człowiek stał się Ziemianinem i kimś, od kogo Stwórca oczekuje, że będzie dobrym gospodarzem, który „uprawia i dogląda”. Jakże naturalna wydaje się ta rola, jak proporcjonalna do naszych możliwości, jak piękna.
Władcza interpretacja słów „Czyńcie sobie ziemię poddaną”, która przez wieki ciążyła na stosunku człowieka do natury i pokutuje nadal mimo to, że rozwój nauki pozwala nam nieporównanie lepiej niż np. św. Tomaszowi z Akwinu rozumieć naturę, zależności, wpływy, funkcjonowanie organizmów żywych istot, przestaje obowiązywać.
Pismo Święte nie mówi przecież, że człowiek ma być bezwzględnym władcą, wyzyskiwaczem. Ma być, zgodnie z hermeneutycznym czytaniem Księgi Rodzaju, w kontekście innych ksiąg, innych pism i współczesnej wiedzy historyczno-teologicznej, dobrym, odpowiedzialnym za dobrostan całego stworzenia gospodarzem. Ta wizja jest moja i nareszcie głosi ją otwarcie i bezkompromisowo przywódca mojego wyznania. Całe stworzenie „jest dobre” i CAŁE czeka niecierpliwie na to, że wyeliminujemy ze świata zło.
Encyklikę Laudato Si’ odebrałam więc jako wezwanie skierowane do mnie osobiście. To JA mam, na ile mogę, działać, nie czekać, nie dywagować. Franciszek daje mi oparcie w działaniu, które, abstrahując nawet od mojego duchowego światopoglądu, wydaje mi się słuszne i paląco pilne. Mogę pójść do swojego proboszcza i wymachując encykliką, śmielej niż bez niej, odeprzeć argument: „Pani martwi się o dewastację środowiska, o zwierzęta, a tyle ludzi cierpi” argumentem: „Jeżeli ksiądz nie wpłynie na styl życia swoich parafian, to tego cierpienia za kilkadziesiąt lat będzie niewyobrażalnie więcej”. I mam kościelny dokument, który mój argument wspiera, nie jestem ekologiczną oszołomką i lewaczką.
Słyszę też, że ludzie innych wyznań czy religii, także ateiści, ucieszyli się z głosu papieża. To w końcu, jakkolwiek by nie było, głos przywódcy miliarda 300 milionów ludzi na Ziemi.
Tak sobie myślę i marzę, gdyby ten głos do ludzi w Kościele dotarł! Ale wiem, że dotrze tylko wtedy, kiedy każdy kleryk, ksiądz, ojciec, proboszcz sam zastanowi się nad nim, douczy, weźmie to wołanie naprawdę do serca i przełoży na zwykłą katechezę i zacznie szerzej budzić wrażliwość i odwagę. Nie wystarczy ojciec Jaromi, abp. Ryś, abp. Skworc, ksiądz Boniecki, i kilku innych. Skąd jednak nagle wziąć rzesze takich duchownych? Trudna sprawa. Ale też myślę, że nawet jeżeli z wnętrza Kościoła ta prośrodowiskowa zmiana
w nauczaniu tak łatwo i szybko sama by nie wypłynęła, to nabierające impetu społeczne ruchy ekologiczne wymuszą ją także w tym środowisku i przyniosą zmianę. Ekolodzy wszelkiego światopoglądu – posługujcie się więc koniecznie także encykliką Laudato Si’, może i katolicy prędzej się obudzą!
Na koniec jeszcze jedno, encyklika Franciszka ma wspaniałą cechę – jest optymistyczna. Odnawia nadzieję, wiarę w dobro w człowieku i w jego sprawczą moc.
dr hab. Barbara Niedźwiedzka